GP #14, 3 lipca 2010 r.

Sobótka

JANUSZ KOPEĆ

Noc świętojańska jest radosnym świętem ludowym. W najkrótszą noc roku (24 czerwca), na świętego Jana, tu i ówdzie zapala się sobótkowe ogniska. Zwyczaj ten – choć powoli zamiera – ma wiele uroku i romantyzmu. Jest dawnym pogańskim echem kultu ognia i wody. Ongiś zapalano ogień w skupieniu i ciszy, płonął on bowiem dla bóstw i mocy tajemnych. Modlono się przy płonącym ognisku, prosząc o zdrowie i obfite plony. Wierzono, że ogień ma moc oczyszczającą i zabezpiecza domostwa przed klęskami żywiołowymi. Chroni też zbiory przed gradem. Popiół z ogniska sobótkowego rozsiany po polu zabezpieczał urodzaje.

Kult wody przetrwał w postaci wianków rzucanych na wodę. Robią je najczęściej dziewczęta pragnące wyjść za mąż. Na każdym wianku płoną świece – za wiankami unoszonymi z prądem rzeki udają się w pogoń chłopcy. Któremu uda się wyłowić wianek, może prosić dziewczynę o rękę. Jeśli wianek zatonie w rzece, wróży to pannie staropanieństwo, gdy zaś kręci się w kółko, oznacza to, iż panna długo jeszcze czekać musi na zamążpójście.

Wieczór sobótkowy uważany był za feralny. Owej nocy złe moce mogą nawiedzić domostwo. Należało zatem przewiązać się bylicą, by odstraszyć czarownicę. Skakano przez płonące ognisko, gdyż „kąpiel ogniowa” oczyszczała z popełnionych grzechów. Kobiety zamężne rzucały do płonącego ogniska zioła, by odpędzić złego ducha od domostw.
Śpiewano przy tym pieśni:

Niechaj ruta w ogniu trzeszczy,
Czarownica w ogniu wrzeszczy,
Niech bylicy gałąź pęka,
Czarownica próżno stęka.
Myśmy tu przyszły z daleka
Nie zabiorą nam już mleka.

Po Sobótce zabierano resztki ziół do domostw. Rzucano je na dachy, do obór. Zabieg ten chronił dom od szkodliwych czarów.

Józef Ignacy Kraszewski w Starej baśni napisał o Sobótce: „(...) niewiasty stawały kołem, biorąc się za ręce osobno, osobno mężczyźni, i pieśni brzmiały po lesie dookoła...

Zbudzone śpiewem podniosło się wodne ptactwo na jeziorze, zaszeleściło w krzewach, a wokoło stosów dziewy zawiodły uroczystą pieśń kupalną...

Zrazu śpiew ciągnął się powolnie, krokami szły ociężałemi, potem pieśń żywiej brzmieć zaczęła, ruch coraz szybszym się stawał, rozgorączkowywał głos, miotały ręce, podnosiły głowy i oczy...

Las płonął światłami i huczał pieśnią, i tętniał skokami...
Hej! Kupało! Kupało!...

Niewiasty jeszcze wiodły tany, gdy chłopcy z zapalonemi żagwiami zaczęli przeskakiwać ogniska a potem wyścigać się po łące i wybiegać na polanki z niemi. Gdzie indziej lano miód w ogień na ofiarę: przygasał płomień na chwilę i buchał potem z nową mocą. Parobczaki nieraz spotykali się w skoku, wśród płomieni i dymu uderzyli o siebie, nieraz się śmiejąc chwytali za bary, padali na ziemię i tarzali mocując. U wszystkich ognisk razem rozpoczęły się te skoki, a wnet potem za ogniem pogony. Z pozapalanemi żagwiami, których ogień w biegu nie powinien był zagasnąć, obiegano posiane zboża, barcie, łąki, wołając Kupały...”

W 1845 r. Władysław Anczyc pisał o sobótce: „Rzecz szczególna, że gdy w innych stronach Polski obrzęd ten od wieków odbywa się w wilję św. Jana (24 czerwca), w Krakowskiem palą Sobótki w dniach Zielonych Świątek. Wieczorem, od Ojcowa do Lanckorony, od wzgórz Chełmskich (nad Przemszą), aż poza mogiłę Wandy cały widnokrąg goreje tysiącem ognisk po wzgórkach, jak nieprzejrzane obozowisko wśród nocy. Przy każdem ognisku mnóstwo włościan otacza kręgiem palący się stos gałęzi i słomy, wciąż podsycany. W pośrodku bucha ciemnym płomieniem beczka smolna, umyśnie na ten cel kupiona. Dookoła stosu biegają młodzi chłopcy, mając na żerdziach długich snopy zapalonej słomy i z wesołymi okrzykami, ścigając rześkie dziewuchy...”

Sobótka jako pogański obyczaj zwalczana była długo przez Kościół. W XIV w. biskup poznański Łaskarz statutem zakazał tańców nocnych w wigilie przedświąteczne, przed świętem Jana Chrzciciela, Piotra i Pawła.

W 1468 r. król Kazimierz Jagiellończyk, na żądanie opata benedyktyńskiego klasztoru świętokrzyskiego, zakazał pogańskich uroczystości (sobótek) na Łysej Górze w Zielone Świątki odprawianych. Tymczasem kilka kilometrów od Łysej Góry, w Czarnymlesie sobótkę obchodzono na św. Jana. Pisał o tym Kochanowski w Pieśni świętojańskiej o Sobótce.

W XVI w. Marcin z Urzędowa pisał: „...u nas w wilję św. Jana niewiasty ognie paliły, tańcowały, śpiewały, diabłu cześć i modłę czyniąc (!) tego obyczaju pogańskiego do tych czasów w Polszcze nie chcą opuszczać, ofiarowanie z bylicy czyniąc, wieszając po domach i opasując się nią, czynią sobótki, paląc ognie, krzesząc je deskami, aby była prawie światłość diabelska, śpiewając pieśni, tańcując...”

Najznakomitszy etnograf Oskar Kolber pisał o sobótce: „U Mazurów nadnarwiańskich w wilije św. Jana, po zachodzie słońca, gospodynie i dziewczęta zebrane na łące nad strumieniem, rozpaliwszy kupalnockę – tak bowiem zwano tu sobótkę – patrzyły czy zebrały się wszystkie; gdy którejś nie było, tę uważano za czarownicę. Następnie biesiadowaly, tańczyły przed ogniem i z każdego gatunku przyniesionych pęków ziół rzucały po gałązce w ogień, wierząc, że dym z tych ziół zabezpieczy je od złego, resztę zabierały do domów, aby pozatykać w strzechy chat, obór i stodół. Około północy, mocniejszy roznieciwszy ogień, pozostałe napoje weń wlewały, a jedna z dziewcząt wieniec uwity z bylicy i ziół innych rzucała na wodę strumienia, przy czem wszystkie zawodziły prześliczną, starodawną pieśń.”

W Krakowskiem

W dzień Zielonych Świątek, pod wieczór, gdy mrok padać zaczyna, w Krakowskiem tysiące zapala się ogni na przestrzeni okiem nieprzejednanej... Niektóre ognie ukazują się pojedynczo, inne znów świecą po kilka i więcej razem zapalonych.

Zazwyczaj garść słomy zapalonej zatykają parobcy na długie kije lub żerdzie, a biegając wywijają niemi lub je rzucają, i na tem zwykle kończy się obrzęd, ludzi tych jednak, ich ruchy i światła trzeba na własne oczy widzieć, aby pojąć ile w nich leży uroku i znaczenia.

W Krośnieńskiem

W Bóbrce w sam dzień św. Jana chłopaki i dziewczęta palą po wzgórzach ognie, zwane sobitka. Palą ognie czasem jak chałupa duże z gałęzi różnych drzew, zniesionych w wilije tego dnia: leszczyny, olszyny, jałowca i do tego śpiewają. Jak sobótka zacznie dogorywać, to oni przez ten ogień skaczą i wierzą, że tych którzy skaczą przez ogień nogi nie będą boleć. Potem biorą dogrywujące ognie i roznoszą po polach i wsadzają te głownie w kapustę i w kartofle, konopie, żeby je nie toczyły robaki. Zbierają popiół i w domu z pokrzywą go mieszają. Proszek ten dają bydłu do żłobu na wilije Bożego Narodzenia, „żby na krw ni chorowało”.

W Dwerniku na Sobótce chłopcy i dziewczęta ogień zapalają i w koło niego biegają, jeden za drugim. Czasem skaczą przezeń. Na św. Jana opasują się wszyscy starzy i młodzi czornobylem (bylicą), żeby ich krzyże nie bolały.

Obrzęd sobótkowy celebrowany dzisiaj w szczątkowej formie ma raczej charakter wieczornego spotkania młodzieży przy ognisku. Na św. Jana zapala się ogniska, śpiewa piosenki, tańczy, czasem popija trunki. Ta najkrótsza, tajemnicza i romantyczna noc przestała być czarodziejskim wieczorem. Ale czy naprawdę? Czyż można sobie wyobrazić coś bardziej romantycznego niż cichą czerwcową noc, płonące ogniska, zapach ziół i kwiatów polnych, gorejące gwiazdy na błękitnym niebie?

Zakochane pary o północy szukają kwiatu paproci. Zakwita raz, tylko raz biały kwiat... pojawia się tylko na parę chwil... Kto ujrzy ten czarodziejski kwiat będzie szczęśliwy i bogaty.