Strona główna / Warto wiedzieć / Witamy w raju

GP #14, 30 czerwca 2012 r.

Witamy w raju

RYSZARDA L. PELC

Zamek w Niedzicy
Marco Island. Fot. Ryszarda L. Pelc

Welcome to paradise – słyszę nieodmiennie po przyjeździe na florydzką wyspę Marco. – Witamy w raju – powtarzają znajomi. Ten zwrot utrwalił się na dobre w potocznych rozmowach mieszkańców Marco bądź tych, którzy od lat przyjeżdżają, by spędzić tu zimowe miesiące. Pełnia sezonu przypada na okres od Bożego Narodzenia do Wielkanocy. Wówczas liczba mieszkańców wyspy się potraja. W roku 2012, jak się wydaje, kryzys nie dotarł na Marco. No cóż, skoro to „raj”, to jakże mogłoby być inaczej?
Marco Island jest największą z dziesięciu tysięcy wysp w Zatoce Meksykańskiej. Jest położona blisko Naples, jednego z najszybciej rozwijących się miast w Stanach Zjednoczonych. Na wyspę napływają ludzie nie tylko ze wszystkich stanów Ameryki, ale też z Kanady i Europy. W sklepach, na plaży, w licznych restauracjach obok angielskiego słychać hiszpański, niemiecki, polski i coraz częściej rosyjski. Trudno się dziwić. Klimat tu znakomity, przyroda piękna, architektura ciekawa. Nic dziwnego, że mówi się: „żyje się tu jak w raju”.

Stali mieszkańcy twierdzą, iż pobyt na Florydzie przedłużył im życie. Oczywiście, nie mają na to dowodów, poza tym jednym, że dożyli w dobrym zdrowiu pięknego wieku 80 czy 90 lat i ciągle są sprawni. Bar, w którym bywamy, bo można posłuchać tu jazzu, pełen jest żwawych osiemdziesięcio- i dziewięćdziesięciolatków. Nierzadko pojawiają się na parkiecie wraz ze swoimi towarzyszkami życia od co najmniej 50, 60 albo i więcej lat. „Fontanna młodości”, której na Florydzie szukał kilka wieków temu Hiszpan Juan Ponce de Leon, musi jednak gdzieś na Florydzie istnieć.

Czas jakiś temu do naszych drzwi zapukał starszy pan. Przedstawił się jako badacz historii Marco. Miał ze sobą zdjęcia wyspy z lat 70., a na jednym z nich był, jak mu się wydawało, nasz dom.

To zdjęcie zostało zrobione z bulwaru Collier (główna ulica miasta-wyspy), wydaje mi się, że to ten.

Ależ to niemożliwe, przecież widok zasłaniają teraz domy...
Ale wkrótce okazało się, że pod koniec lat 70. w tej okolicy nie było nic. Ściślej: tylko bagna i mangrowce.

Nowe Marco, bo jest też i „stare Marco” ma bardzo krótką historię.

Wszystko zaczęło się od inicjatywy przedsiębiorczych trzech braci Macle – Elliota, Roberta i Franka Jr.

Zamek w Niedzicy
Marco Island. Fot. Ryszarda L. Pelc

Jak podają znane mi źródła, w 1962 r. za 7 milionów dolarów kupili oni ziemię od spadkobierców Colliera. Na wyspie postanowili zbudować domy i kondominia. Zanim rozpoczęli budowę, zaaranżowali ogromną i kosztowną kampanię reklamową. Oferując spełnienie „marzeń florydzkich”, pobierali 10 dolarów (!) przedpłaty plus comiesięczne wpłaty w wysokości... kolejnych 10 dolarów. Rozpoczęli też kampanię na skalę międzynarodową. Dotarli do siedziby organizacji FAO we Włoszech, do baz amerykańskich w Japonii. Organizowali czarterowe wyprawy samolotami na wyspę. Znam osobiście ludzi, którzy zawierzyli braciom Mackle i kupowali działki nie mogąc ich nawet zobaczyć, bo w tej części wyspy nie było dróg, by się tam dostać. Wspomniany na wstępie dr M. był jednym z nich. Warto dodać, że domy nad kanałami wodnymi kosztowały 19.800 dolarów, a w środku wyspy niecałe 15 tysięcy. Działki wyceniono na kwotę od 2550 do 5495 dolarów, w zależności od położenia. Dzisiaj Marco Island należy do najbardziej znanych kurortów na Florydzie. A ceny nieruchomości? Ostatni kryzys spowodował, że nieco spadły, ale proszę mi wierzyć – ci, którzy wtedy zainwestowali tu pieniądze, pomnożyli znakomicie swój stan posiadania.

Kiedy zimą 1993 r. spędzaliśmy tu swoje pierwsze dwutygodniowe wakacje, nie sądziłam, że będziemy na wyspę wracać. A tak się stało. Urzekł nas klimat, atmosfera, przyroda, poczucie bezpieczeństwa, wiecznie kwitnące drzewa i krzewy hibiskusa czy bugenwilli. Oczarowały nas dostojne białe igrety, nieustannie śpiewające drozdy, czerwone kardynały i „przedpotopowe” pelikany. Za płotem naszego domu jest gniazdo orła łysego, a nieopodal na wolnej jeszcze działce zbudowały sobie „lepiankę” sowy.

Nade wszystko zaś zachwycają nas nieodmiennie zachody słońca. Kiedy słońce zanurza się w morzu, czekamy na zielony błysk. Pojawia się rzadko. Jeśli go nie ma, mówimy: – Może jutro? A „jutro”, jak wierzymy święcie, przyniesie kolejny piękny dzień na wyspie Marco.

Jest czerwiec, więc już dawno po sezonie. Wyspa opustoszała. Mniejszy jest ruch na ulicach i w sklepach. Po plaży, słynnej z niemal białego, miałkiego jak mąka piasku, spaceruje się niemal wyłącznie w towarzystwie ptaków. Ludzi jest niewielu. Jeszcze czasem plażę zdobi jakiś samotny kolorowy parasol. Okna budynków zwróconych ku wodzie zasłonięte są okiennicami. Wkrótce i my opuścimy żaluzje i wyjedziemy na północ z nadzieją, że znów tu powrócimy jesienią.