Strona główna / Warto wiedzieć / Urlop w Cilento to jak wakacje w ogrodzie

GP #16, 30 lipca 2011 r.

Urlop w Cilento
to jak wakacje w ogrodzie

LUCYNA POŃC

Zamek w Niedzicy
Krajobraz Cilento. Fot. Lucyna Pońc

Życie bawołów do najłatwiejszych nie należy, oj, nie... Większość z nich bardzo ciężko haruje cały dzień, ledwie za miskę strawy i trochę wody do picia. Ponadto nic od życia nie mają.

Co innego bawoły na farmie rodziny Palmierich w Cappacio Scalo niedaleko Salerno we włoskiej Kampanii. Te żyją niemal po królewsku. Trzysta bawolic i osiem bawołów na farmie ma specjalne materace do relaksu, wielkie żółte szczotki do masażu, pod które same podchodzą, kiedy tylko zechcą, oraz szwedzkiej produkcji roboty ssące, z których korzystają, gdy tylko poczują potrzebę wydojenia. W zamian za te życiowe ekstra atrakcje bawolice mają dawać dziennie po 8 litrów mleka. Ale i tu zaczynają się schody: gdy bawolica nie wyrabia dziennej normy, wędruje do rzeźni...

Z mleka bawolic na farmie Palmierich wyrabia się ser mozzarella di buffala. Trzeba go koniecznie spróbować, aby przekonać się, że sprzedawany w naszych sklepach to ledwie surogat tego wspaniałego sera. Zresztą z bawolicowego mleka powstaje nie tylko mozzarella, ale także inne sery: ricotta i provola oraz jogurt, a nawet lody.

Farma to przedsiębiorstwo rodzinne: obecny właściciel to już trzecie pokolenie po założycielu. Gospodarstwo ma charakter ekologiczny – uprawa pasz następuje bez użycia chemikaliów, a chorych zwierząt nie leczy się antybiotykami. Zdrowa żywność natychmiast znajduje nabywców i gospodarz nie narzeka na kłopoty ze zbytem. Sprzedaje się wszystko.

Gospodarze mają na farmie niewielkie muzeum sprzętu rolniczego i ciekawym chętnie pokazują m.in. drewniane pługi (do których kiedyś zaprzęgano bawoły), kadzie i inne urządzenia przydatne niegdyś w produkcji mozzarelli, drewniane stołeczki, wiązane u pasa, noszone przez mężczyzn, na których siadali podczas dojenia zwierząt.

Oczywiście, w okolicy jest o wiele więcej farm mających podobny profil produkcji i strukturę właśności, ale farma Palmierich – zwana Vanullo – jest największa i najbardziej znana.

Okolica to Cilento, najbardziej na południe wysunięta część Kampanii, której stolicą jest Neapol. Włochy, Kampanię i Neapol dość łatwo można znaleźć na mapie, z Cilento jest gorzej. Ba, nawet sami Włosi mają z tym problemy. Tymczasem jest to miejsce ciche i wielce urokliwe, a jego mieszkańcy – niezwykle gościnni.

Cilento rozciąga się od Paestum na wybrzeżu Morza Tyrreńskiego aż po Zatokę Policastro, oraz po góry Alburni i Dolinę Diano. Tak na dobrą sprawę prawie całe Cilento to Park Narodowy Cilento i Doliny Diano. To jeden z najmłodszych włoskich parków narodowych (założono go w 1991 r.), ale od 1998 r. znajduje się na Światowej Liście Dziedzictwa UNESCO. Co ciekawe, w parku wolno zbierać grzyby (a wiadomo, jakie miejsce zajmują one w kuchni włoskiej), z czego zresztą korzysta wielu, traktując to zajęcie jako sposób na utrzymanie siebie i rodziny. A grzyby są tu dorodne i występują w szerokiej gamie gatunkowej.

Urozmaicony pod względem ukształtowania teren, a co najważniejsze – dobrze nasłoneczniony, to wymarzone miejsce upraw. Królują oliwki, pomidory, różne zioła, bergamotki (podobne do cytryn, ale większe i o pachnącej skórce), karczochy i oczywiście winogrona – doskonałe dodatki do wspomnianych wyżej miejscowych serów. Zapomniałabym o makaronach. Najlepsze jadłam w niewielkim hoteliku o nazwie „Romeo” w Bosco. Do wyboru miałam „tylko” 70 rodzajów makaronów domowej roboty...

W tym miejscu warto wspomnieć o Diecie Śródziemnomorskiej Cilento, zwłaszcza że odniosła ona wielki sukces w USA. Właściwie jest to nie tylko i nie tyle dieta, co pewien zdrowy styl życia, stosowany i utrwalany przez lata przez ludy zamieszkujące basen Morza Śródziemnego. Dziś poważna medycyna potwierdziła jej walory, a pewne konkretne ustalenia dotyczące np. zachorowań na serce czy ilości wylewów do mózgu, a w konsekwencji długości życia – przekonują. O istocie diety i jej sukcesie stanowi duże spożycie oliwy, warzyw i owoców oraz ryb, a także nieprzetworzonych węglowodanów (makaronów) i mleka oraz jego pochodnych (sery, jogurty), 3-4 jajek tygodniowo, 1-2 szklanek czerwonego wina dziennie, przy jednoczesnym znacznym ograniczeniu spożycia mięsa wołowego i wieprzowego. Świat o istnieniu Diety Śródziemnomorskiej Cilento dowiedział się w 1970 r. z chwilą publikacji dr. Ancela Keysa z Uniwersytetu Minnesota w Time Magazin. Amerykański naukowiec był tam w latach 50. zgłębiając tajniki diety, po czym – po 20-letnich badaniach porównawczych z dietami z innych regionów świata – doszedł do wniosku, że ta z Cilento jest wyjątkowa.

Co rzuca się w oczy każdemu przybyszowi, to krzaki czerwonych róż rosnących niemal przed każdym rzędem krzewów winorośli. Ma to swe uzasadnienie: szkodniki atakują najpierw róże, tak więc kwiaty chronią winogrona.

W pobliżu miasteczka Sassano jest Dolina Orchidei, gdzie rośnie ponad 230 gatunków tych przepięknych kwiatów. Zakwitają wiosną, tworząc niezapomniane, wielobarwne kwiatowe dywany.

Doskonale rozwija się tam również pinia, mnóstwo jest też cyprysów i śródziemnomorskich makii.

Na wzgórzach, w dolinach licznych rzek i na szczytach gór przycupnęły malutkie, kolorowe miasteczka. Wprawdzie większość domostw jest nowa z charakterystycznymi płaskimi czerwonymi dachami, ale gdzieniegdzie można spotkać autentyczne kamienne domy, niestety już w raczej kiepskim stanie. Na każdym szczycie stoi stara kamienna wieża z widokiem na morze – pozostałość dawnych czasów, gdy wypatrywano nadpływających nieprzyjaciół.

Wspomniałam o różach. To właśnie one rozsławiły na cały ówczesny świat Paestum – wcześniej znane jako Posejdonia – zbudowane na chwałę boga mórz Posejdona. Na bagnistym terenie założyli je w VI w. p.n.e. Grecy (którym Cilento zawdzięcza także szczepy winogron: Fiano, Aglianico i Piedirosso, z których powstają pyszne miejscowe wina). Przejmując miasto w III w. p.n.e., Rzymianie nazwali je Paestum. W średniowieczu mieszkańców miasta zdziesiątkowała malaria, wkrótce też wyrósł tam las, dzięki czemu ruiny doskonale się zachowały. A odkryto je przypadkowo w XVIII w., budując drogę.

Całe Paestum zajmuje obszar 120 hektarów, z czego aż 95 ha znajduje się w rękach prywatnych i nie wiadomo, co jeszcze archeolodzy mogliby znaleźć. Pewnie mnóstwo innych ciekawych rzeczy, skoro na ogólnie dostępnych 25 ha znajdują się trzy ogromne świątynie poświęcone Atenie i Herze oraz Posejdonowi, a także fundamenty i ruiny innych zabudowań: domów, sanktuarium z basenem, forum czy amfiteatru, na którego arenie gladiatorzy stawiali czoła dzikim zwierzętom. Całość otaczał niegdyś mur o długości paru kilometrów, grubości murów 5-7 metrów i o wysokości 15 m. Do naszych czasów zachowały się tylko resztki.

Najstrasza jest świątynia Hery; najmniejsza, ale elegancka – świątynia Ateny, stojąca na najwyższym punkcie terenu; wyróżnia się wysokim frontonem, a zbudowano ją w dwóch sylach: jońskim i doryckim; największa – świątynia Posejdona, rówieśniczka rzymskiego Partenonu, zbudowana została w stylu doryckim.

Można by przypuszczać, że mając takie atuty Cilento nie może opędzić się od tabunów turystów, którzy poza zabytkami znajdą wspaniałe miejsce wypoczynku. Tymczasem Cilento dopiero budzi się i powoli otwiera dla włoskiej, europejskiej i światowej turystyki. Powstają ambitne projekty – jak np. miasteczko Morigerati, które wabi przyjezdnych tygodniowym pobytem za jedyne 210 euro (ok. $310) od osoby. Gość może wybierać między pobytem w hotelu, w domu na mieście czy mieszkaniu przy rodzinie. Bystra rzeczka Busento (jak zresztą wszystkie inne, płynące malowniczymi wąwozami) to wymarzone miejsce dla rafftingu czy kajakarstwa. Dla amatorów wycieczek rowerowych mieszkańcy odrestaurowali i przygotowali kilka starych szlaków, którymi kiedyś chodziły muły. Na wybrzeżu naucza nas nurkować i wiatrożeglarstwa. Wypożyczyć sprzęt (kajak, rower itp.) można za darmo. Ba, gospodarze za darmo przywiozą nas z lotniska w Salerno lub w Neapolu, albo odbiorą ze stacji kolejowej w Sapri. Abyśmy się nie nudzili (sic!) proponują: kursy języka włoskiego, a amatorom kuchni – naukę przygotowywania tradycyjnych dań i przysmaków charakterystycznych dla Cilento.

Mało? No to jeszcze dodam, że Cilento to także piękne i czyste plaże oraz tajemnicze, choć zarazem malownicze wapienne groty zazwyczaj pełne... nietoperzy. W jednej z nich, w Pertosie, zdumieni i zaskoczeni turyści ogladają „Piekło” według „Boskiej komedii” Dantego.

Na mnie osobiście Cilento zrobiło duże wrażenie. Zwiedzając je czułam się niczym w wielkim, kolorowym, pachnącym ogrodzie. Do tego cisza i świeże, orzeźwiające (dzięki Apeninom pnącym się w górę nawet do 1800 metrów n.p.m.) powietrze. I przyjaźni, uśmiechnięci ludzie. To zupełnie inne Włochy niż te, do jakich przywykliśmy lub jakie znamy dzięki biurom podróży. Jeśli tylko będę miała okazję – na pewno tam wrócę.