Strona główna / Warto wiedzieć / Niedzica i Czorsztyn

GP #17, 14 sierpnia 2010 r.

Niedzica i Czorsztyn

JAN SIWMIR

Zamek w Niedzicy
Zamek w Niedzicy. Fot. Jan Siwmir

„Jak dobrze wstać, skoro świt...” – mamrocząc po nosem, zerwałem się z łóżka o bandyckiej, zdaniem mojej drugiej połowy, porze. Piąta rano. Szybki prysznic. Nastawiam wodę na herbatę, łapię aparat, ustawiam szeroki kąt i korzystam, ile się da.

Migawka trzaska raz po raz. Jest piękna pogoda, widoczność bez zarzutu, toteż z balkonu można dostrzec panoramę Tatr w całej krasie. Purpura i fiolet przechodzą w róż, powoli kluje się błękit. Obłoki płoną. Góry zaczynają się złocić. Majestatycznie i powoli zaczyna wyłaniać się twarz słońca. Sama kwintesencja kiczu. Pal diabli artystów zachwycających się obrzyganym płotem, fotografuję, co mi się podoba. Świt w Bukowinie to mój prywatny sposób na depresję. Tym bardziej że na ogół cała gościnna część domu na Głodowskim Wierchu jest do mojej dyspozycji, znajomi bowiem nie każdego przyjmują pod swój dach. Tego lata zresztą w ogóle jest tu mało ludzi. Mieszkańcy Bukowiny uznali, że otworzenie termalnego kąpieliska upoważnia ich do podniesienia cen za kwatery niemalże do poziomu strefy euro. Przyjechałem akurat w momencie, gdy rynek brutalnie weryfikował zachłanność górali. Niepomni na to, że południowi sąsiedzi, patrząc na opustoszałe szlaki i puste baseny, zaczęli już wprowadzać przeróżne karnety i ulgi, by znów przyciągnąć turystów, ze zdziwieniem obserwowali, jak na kąpielisko zjeżdżają tłumy z Zakopanego, Białki i Murzasichla. A w Bukowinie pies z kulawa nogą o kwaterę nie zapytał. Mogłem zatem samotnie spacerować i zwiedzać do woli, bez potykania się o tłumy wycieczkowiczów, kolonii, wczasów czy innych zorganizowanych dziwolągów. Ale po obfotografowaniu najmarniejszejgo ptaka i kota w okolicy, po uwiecznieniu pszczółki, ślimaczka, kózek przyogrodowych i pasących się owiec, postanowiłem poszerzyć pole widzenia. Wypatrzyłem na mapie drewniany kościółek we wsi Maniowy. Umyśliłem sobie wyruszyć spod zamku w Niedzicy, potem na piechotę do Czorsztyna doliną Dunajca.

Przed wejściem do Zamku w Niedzicy stoi znak ostrzegawczy „uwaga duch”. Książę Bogusław ponoć podczas kłótni wypchnął swoją żonę z okna wieży. Niechcący czy nie, w każdym razie nie mógł tego potem przeboleć i snuł się po zamku, mamrocząc „przebacz mi, Brunhildo”. Za którymś razem, gdy przechodził koło studni, do której wpadła, usłyszał głos mówiący „przebaczam ci, Bogusławie łysy”. Kiedy książę spojrzał do lustra, zobaczył, że rzeczywiście wyłysiał. W sumie niewielka kara za zabójstwo, ja jednak wolałem nie tracić włosów, wobec czego nawet się do studni nie zbliżyłem.

Obejrzałem komnaty, dyby, w które podobno zakuty był Janosik, i niewielkie gabloty, gdzie wystawiono ekspozycje związane z historią zamku. Zbudował go, jak sądzą historycy, Węgier Kokosz Berzeviczy z Tyrolu, ale była to właściwie namiastka zamku, drewniana strażnica, powstała dla zrównoważenia sił polskiego grodu warownego Wronin, czyli późniejszego zamku czorsztyńskiego. Dopiero w pierwszej połowie XIV wieku, już za innego właściciela, otrzymał formę murowaną, rozbudowywaną później przez kilka wieków. Wielokrotnie zmieniał właścicieli, głównie przez pożyczki (oddawanie w zastaw zamku świadczy o wielkości zadłużenia!) lub w czasie wojen, kiedy to brany był siłą. Nigdy jednak nie był tak zdewastowany jak po II wojnie światowej. Sowiecka armia spaliła bibliotekę, archiwum i obrazy, a co się dało wykorzystać – ukradziono.

Wszedłem beztrosko na taras widokowy z zamiarem zrobienia zdjęć, przewodniczka bowiem zachwalała widoki, i po paru krokach zamarłem. A co to takiego? Zalew? Rozłożyłem mapę i dwa razy sprawdziłem kierunki świata. Nic takiego według mapy nie miało prawa tutaj istnieć. A jednak oczy nie kłamały. Po chwili przypomniałem sobie wielkie kontrowersje związane z budową zapory w Czorsztynie, sprawdziłem, z którego roku pochodzi mapa (faktycznie, w 1993 r. nie miało prawa nic takiego się na niej znaleźć) i postanowiłem się dowiedzieć, gdzie w takim razie podziały się Maniowy, niewielka wioska nad brzegiem Dunajca. Przewodniczka stwierdziła krótko: pod wodą. I wybuchnęła śmiechem. Rozśmieszyłem ją swoją niewiedzą, podobno wszyscy wiedzą, że Maniowy zostały przeniesione na zbocze Gorców. Oczywiście, nie każdy budynek. Przeniesienie chociażby samej kaplicy cmentarnej pod wezwaniem św. Sebastiana było już potężnym wyzwaniem dla inżynierów opracowujących proces przygotowań do zalania blisko 11 kilometrów kwadratowych powierzchni. Ale opłacało się: zbiornik skutecznie pełni funkcję przeciwpowodziową, poza tym elektrownia szczytowo-pompowa umieszczona w zaporze produkuje energię elektryczną. Dla mnie jednak najważniejsze okazały się zalety rekreacyjne. Żaglówki, statki, kajaki, możliwość kąpania się i, przede wszystkim, możliwość zrobienia ciekawych zdjęć. Jedynie piesza wędrówka doliną Dunajca odpadła, ale niespecjalnie żałowałem, bo w zamian za to otrzymałem szansę przepłynięcia do czorsztyńskiego zamku tramwajem wodnym.

Ten zamek zdecydowanie lepiej prezentuje się od wewnątrz. Niby pozostaje pod opieką Pienińskiego Parku Narodowego, niby prowadzone są w nim prace konserwatorskie, niby coś dobudowują, ale z zewnątrz to tylko niepozorna ruina. Za to w środku widać każdą złotówkę wyłożoną przez turystów na bilety. Ostatnio na przykład oddano do zwiedzania nowy taras i salę, gdzie wywieszono tablice informacyjne o historii Czorsztyna. Co do początków powstania zamku historycy jak zwykle nie są zgodni, dlatego w sukurs przychodzą nam legendy. Według jednej z nich, zamek powstał z drewniano-ziemnej strażnicy strzegącej traktu handlowego, gdzie Bolesław Wstydliwy wraz z żoną Kingą znaleźli schronienie, uciekając przed Tatarami. Potem Kazimierz Wielki otoczył szczyt wzgórza kamiennym murem, a zamek zyskał na znaczeniu. I to do tego stopnia, że Jan Kazimierz zostawił tu skarb koronny, gdy wyjeżdżał do Głogówka. Jedną z najbardziej romantycznych legend dotyczących tego miejsca jest historia o sile miłości, którą przytaczam tak, jak usłyszałem:

Niewiele osób wie, że na Górze Zamkowej w Czorsztynie istniała kiedyś pustelnia.
Już po II wojnie światowej, gdzieś w poznańskiej wsi żyli chłopak i dziewczyna, którzy bardzo się kochali. Niestety, gdy chłopaka powołano do wojska, dziewczynę wydano za mąż. Chłopak, gdy dowiedział się o losie ukochanej, nie wrócił w rodzinne strony. Jakiś czas tułał się po Polsce, aż trafił do Czorsztyna. Zamieszkał w pustelni na Górze Zamkowej. Żył z tego, co ofiarowali mu okoliczni mieszkańcy. Jednak, po pewnym czasie, piorun spalił pustelnię. Proboszcz z Krościenka zaofiarował wtedy chłopcu pracę i utrzymanie. I tak został on kościelnym. Smutnym kościelnym. Jednak cuda się zdarzają. Dziewczyna nie zapomniała chłopaka. Po wielu latach, gdy została wdową, odszukała go. Pobrali się i wyjechali gdzieś w rodzinne strony. Nikt nie wie, co stało się z nimi dalej.

Z czorsztyńskiego zamku niedaleko już było do miejscowości Kluszkowce, leżącej u podnóża góry Wdżar. Jest tam wspaniały punkt widokowy, poza tym musiałem osobiście zobaczyć ten wygasły wulkan, gdzie wydobywano andezyt. Natomiast nad samym zalewem powstała Osada Turystyczna „Czorsztyn”. Tam właśnie zabrano obiekty letniskowe z przełomu XIX i XX wieków, przeniesione z dna obecnego zalewu, tworząc skansen udostępniony dla turystów. Malowniczo położone domki przyciągają oko i w przeciwieństwie do innych znanych mi skansenów, w tych można było nawet przenocować oraz coś zjeść w istniejącej tam restauracji. Po powrocie do domu dopadłem historycznych książek. Przecież ta historia z zatopioną wsią za tysiąc lat stanie się zapewne mitem o drugiej Atlantydzie. Nie można czegoś takiego przegapić.

www.jansiwmir.com