Strona główna / Warto wiedzieć / Maroko – zimny kraj gorącego słońca

GP #20, 25 września 2010 r.

Maroko – zimny kraj gorącego słońca

JAN SIWMIR

Casablanca
Maroko – Casablanca. Fot. Cezary Rudziński

Maroko, Królestwo Marokańskie, Al-Mamlakah al-Maghribiyyah to dziwne państwo. Pomijam dawno zapomnianą u nas formę rządów, jaka tam obowiązuje (dziedziczna monarchia konstytucyjna), ale znalazłszy się w tym kraju, musiałem wywrócić na lewą stronę wszystkie swoje utarte od dzieciństwa poglądy na temat spędzania wakacji, klimatu, języka czy położenia geograficznego.

Zacznijmy od tego, że Maroko jest zlepkiem odmiennych krain, złożonych razem, przenikających się kulturowo, a przecież diametralnie różnych. Na pozostałości kultury berberyjskiej nakładają się rzymskie wpływy, przepych Bizancjum i protektorat francuski. Mimo to, Maroko jest ewidentnie arabskim krajem, którego ludność w ponad 98 proc. stanowią wyznawcy islamu. Zagubione w górach wsie mają odmienną mentalność od dużych miast i wyglądają, jakby należały do innego państwa, a może, jakby należały do tego samego państwa, ale sto lat wcześniej. Jednak nawet w obrębie miast ludzie starsi to inny świat, inne priorytety, inne wykształcenie. Młodzi mogą studiować na całym świecie, wracając stamtąd przywożą inne obyczaje, przeszczepiają na rodzimy grunt nie tylko wiedzę, lecz i filozofię życia czy poglądy, tworząc swoisty konglomerat. A potem łapią się we własne sidła. Jak obecnie panujący król Muhammad VI, który tak bardzo zakochał się w Salmie Bennani, że nie tylko uczynił ją księżniczką, lecz deklarując się oficjalnie jako zwolennik monogamii, wydał zarządzenie, iż wprawdzie można mieć więcej niż jedną żonę, ale tylko wtedy, jeśli ta pierwsza wyrazi na to zgodę. I teraz podobno ma nielichy problem, bo... uczucie do żony osłabło, pojawiła się konkubina i nie bardzo wiadomo, co dalej z tym fantem zrobić. Władcy zawsze w sferze intymnej mają problemy z gatunku nierozwiązywalnych.

Dziwne jest także pomieszanie języków. Niby oficjalnie urzędowym językiem jest arabski, jednak w rozmowach funkcjonują także narzecza berberyjskie, natomiast w handlu, interesach a także w dyplomacji (!) używa się języka francuskiego. Angielski również jest obecny, chociaż bardziej jako basic English. Nie wymagajmy za wiele, w porównaniu z Marokańczykami i tak czułem się jak językowy matołek.

Teraz weźmy ukształtowanie terenu. W Polsce na jednym krańcu mamy góry, na drugim morze, Maroko zaś z trzech stron otoczone jest trzema „morzami”. Od zachodu Ocean Atlantycki, od północy Morze Śródziemne, od wschodu i południa morze piasku, czyli Sahara. Pośrodku góry: Atlas Wysoki i Średni, Antyatlas i wzdłuż Morza Śródziemnego Góry Rif. Latem na wybrzeżach jest stosunkowo chłodno, w głębi kraju piekarnik, na którym spokojnie można upiec średniej wielkości kurczaka – wszystkie wycieczki wracały z Marakeszu z lekka ogłupiałe od wysokiej temperatury, ja zatem przezornie nawet w tamtą stronę nie popatrzyłem. Nie, żebym nie lubił ciepła, ale temperatura ścinająca białko nie wpływa dobrze na stan moich komórek mózgowych. Na Marakesz przyjdzie czas w okresie wiosennym, w porze kwitnienia migdałów.

No właśnie, Polacy w czasie urlopu ciągną tam, gdzie ciepło, Marokańczycy szukają miejsc jak najchłodniejszych. Stąd wielkie zainteresowanie wybrzeżem oceanu, tu bowiem nawet słońce pojawia się w pełnej krasie dopiero po południu, wcześniej niebo zasnute jest zazwyczaj ołowianą mgiełką, stwarzającą pozory cienia. I oczywiście chłodna woda, z prądami przypominającymi bałtyckie. Dla mnie zdecydowanie zbyt zimna. Polacy szukają takich zakątków, gdzie jest bezwietrznie, mieszkańców Maroka pociąga Essaouira, miasto, w którym wiatr głowę urywa mniej więcej na wysokości pośladków. To raj dla paralotniarzy, surfingowców, fanów spadochronów ciągniętych przez motorówki i innych im podobnych. Dopiero tam tubylcy mówią z uznaniem, że jest good breeze. Koszmar.

My, Polacy, lecimy nad Bałtyk z rana, robimy krótki antrakt na obiad i leżymy plackiem dalej, w skrajnych przypadkach biorąc jeszcze wieczorem seans solarium. Oni wybierają się nad brzeg morza czy oceanu po godzinie 16:00, czyli po sjeście. Stawiają na plaży namiot, gdzie przechowują swoje rzeczy, a sami albo grają w piłkę nożną, albo tarmoszą się i ganiają po niewyobrażalnie gorącym piachu, albo grają w odmianę bezstołowego ping-ponga. Dzieci obowiązkowo muszą pobawić się latawcami, najczęściej w formie czarnych ptako-nietoperzy. Nieruchomo, ze wzrokiem wbitym w fale, siedzą tylko zakutane od stóp do głów staruszki.
Kolejna sprawa to kierunek wyjazdów – Polacy chcą na wieś, Marokańczycy wolą pojechać do wielkich ośrodków, takich jak Agadir, Casablanca, Rabat. Stopień zaludnienia tych miast, zwłaszcza przed ramadanem, kiedy to ludzie chcą skorzystać z ostatnich chwil przed obowiązkowym umartwianiem duszy i ciała, jest porównywalny do roztworu nasyconego soli. Brakuje miejsc w hotelach, na plaży i na ulicach. Całe szczęście że od 12:00 do 16:00 mają sjestę. O tej porze można wyjść na spacer. Tylko po co, skoro akurat wtedy leje się największy żar z nieba, w dodatku nie da się nic kupić, bo sklepy pozamykane.

Wyjeżdżając do Maroka byłem mocno spanikowany, tuż przed wylotem bowiem przeczytałem w przewodniku, że dzieją się tam rzeczy straszne i niebezpieczne. Mianowicie, w górach Rif zdarzają się trzęsienia ziemi, natomiast obcokrajowcy zmuszani są (niejednokrotnie bardzo brutalnie) do kupowania haszyszu. Po kilkunastu zaś kilometrach turyści zatrzymywani są przez policję, haszysz jest konfiskowany, a nieszczęsnym wycieczkowiczom wlepiana grzywna i ogólnie rzecz biorąc czynione są wstręty i nieprzyjemności. Zadzwonił też znajomy, który opowiedział, że jego córka wraz z kolegami została w okolicach Casablanki ostrzelana przez jakieś niezidentyfikowane formacje, gdy jechali samochodem wraz z lokalnym kierowcą. Dopiero po jakimś czasie dotarło do mnie, że po pierwsze – przewodnik był sprzed 10 lat, po drugie – nie jadę w okolice gór Rif, po trzecie – córka znajomego przeżyła. Ja też przeżyłem, pomimo iż korzystałem z wycieczek oferowanych przez marokańskie biura turystyczne. Były po prostu bardziej wypasione i zdecydowanie bardziej nastawione na spełnianie kaprysów klienta. Sahib chce sobie przystanąć, żeby sfotografować kozy na drzewach? No problem. Sahib chce dotrzeć z powrotem na 10:00 wieczorem, żeby nie spóźnić się na wieczorny posiłek? Nie ma sprawy, Mustafa jest good driver i pod prąd, albo po chodniku i z prędkością światła, ale dowiezie. Że potem jeść się z wrażenia odechciało? Wliczone w cenę.

Ale wróćmy do zwyczajów. Wylądowałem w najbardziej religijnej części Maroka, czyli na południu, a właściwie na południowym zachodzie. Nie oznacza to, że fanatycy religijni pluli na wszystko, co przylatywało samolotami. Można tu zrobić analogię do polskich górali. Polskie południe też jest jakby bardziej katolickie niż reszta kraju. Marokańskie południe zaś bardziej islamskie niż reszta. Widać, że islam ze swoimi pięcioma filarami nadaje ton tutejszemu życiu. Wyznanie wiary, modlitwa, jałmużna, post i pielgrzymka do Mekki są traktowane bardzo poważnie. W wielu miejscach istnieją wyznaczone place z zaznaczonymi stronami świata, najczęściej osłonięte krzewami i drzewami przed okiem turysty, na których to placach rozkładane są dywaniki i wznoszone są modły. W mniejszych miejscowościach ludzie noszą bardzo tradycyjne ubrania, złożone z luźnych sukien (dżelaby czy różnej maści tuniki i kaftany, obowiązkowo z długim rękawem) i odpowiednich nakryć głowy. Mężczyźni mają turbany, kaptury i kapelusze, dla kobiet przeznaczone są chusty. Te starsze odkrywają wyłącznie oczy. Islamscy wyznawcy niechętnie reagują na robienie zdjęć, podobno religia zabrania; no, chyba że za pieniądze. Dziwna to, ekonomiczna, wykładnia prawa religijnego, ale jak to mówią: „co kraj, to obyczaj”.

Dzieci w Maroku jest, pomimo dużej śmiertelności, sporo. Nie wszystkie spisane, a co za tym idzie nie wszystkie objęte obowiązkiem szkolnym. Analfabetyzm, zwłaszcza w górach, gdzie trudno dotrzeć z jakimikolwiek urzędowo-administracyjnymi wynalazkami, jest bardzo duży. Prawie połowa mieszkańców nie umie pisać i czytać. Dzieciaki zamiast chodzić do szkoły, pracują. Często można spotkać je, jak pasą kozy czy jak stoją przy drodze, usiłując sprzedać owoce opuncji. To ciekawy owoc, swoją drogą. Kłuje jak wszyscy diabli. Ten, kto kiedyś dotykał waty szklanej, wie o co chodzi. Małe, paskudne drobinki wchodzą w ciało i długo nie można się ich pozbyć. Dzieciaki zbierają te owoce i sprzedają po 1 dirhamie za sztukę (ok. 12 centów amerykańskich). Nasz autobus, wracający za którymś razem z wycieczki, zatrzymał się na poboczu i kierowca wraz z przewodnikiem przystąpili do targowania. Wyszedł z tego interes życia. I dla nich, i dla nas. Dla nas, bo wytargowaliśmy 20 dirhamów za wiadro (60 sztuk), dla sprzedających dzieciaków, bo dołożyliśmy im czekoladę i kilka francuskich rogalików. Do głowy im nie przyszło, żeby pójść do domu i się pochwalić, że już wszystko sprzedane. Zachwyceni i uśmiechnięci od ucha do ucha, najpierw usiedli i starannie rozdzielili tabliczkę czekolady, żeby się, broń Boże, żadna drobina nie zmarnowała. Pomyślałem o niektórych dzieciach, mających wszystko od najnowszego komputera po markowe ubrania, a wiecznie niezadowolonych z życia. Smutne refleksje. Dlatego przejdźmy teraz do weselszych tematów, co niechybnie oznacza kuchnię marokańską, jak bowiem wiadomo, Siwmir jest stworzeniem łakomym i mocno wrażliwym na specjały podawane na całym świecie.

Z wpływów francuskich zostało Marokańczykom zamiłowanie do śniadań złożonych z rogalików i dżemu, poza tym jest to bardziej arabska niż europejska kuchnia. Dwa dania służą za podstawę menu: kuskus i tadżin. Pierwsze to drobna kasza podawana z gulaszem mięsnym i warzywami, drugie to coś, czego w innych krajach arabskich nie widziałem, przynajmniej w takiej ilości. W potrawie jest mięso w kawałkach, na nim warzywa, całość polana sosem. Mięso może być jagnięce, wołowe, z kurczaka, a jeśli sobie zażyczycie, także z ryby, kozy albo wielbłąda. Niby nic specjalnego, ale piecze się tę potrawę w glinianym garnku, którego pokrywa ma kształt wysokiego stożka. Surówka z ryżem, kuskusem i ziemniakami podawana jest osobno. Ponieważ ziemniak też jest warzywem, czasem ląduje bezpośrednio w garnku. Zachwycony byłem też chlebem, właściwie wypiekanymi przez wszystkie piekarnie plackami chlebowymi, które służą do nabierania (zamiast łyżek) tadzina.

W miejscu, gdzie mogliśmy obejrzeć, jak tłoczy się olej, także podano nam chleb, który polewaliśmy miodem eukaliptusowym, olejem arganowym lub amlou. Południe Maroka słynie z przedziwnych miodów. Mają nie tylko eukaliptusowy, ale także pomarańczowy, tymiankowy, górski, ziołowy, wielokwiatowy (z innych kwiatów niż u nas!), z kaktusa. Amlou natomiast jest nazywane marokańską nutellą. Moim zdaniem cuchnie, co jest dziwne, bo teoretycznie powinno i ładnie pachnieć, i nieźle smakować, jest to przecież połączenie miodu z kaktusa, oleju arganowego i migdałów. Składniki same w sobie lubię, razem niekoniecznie. Do tego thé à la menthe, czyli cytrynowa herbata pół na pół ze świeżą lub suszoną miętą, podana z niestrawną dla mnie ilością cukru. Niemniej jednak istnieje coś od niej gorszego, tzw. herbata berberyjska, czyli mieszanka mięty, herbaty cytrynowej i zwykłej oraz kwiatu róży. Obrzydliwość!

Natomiast olej arganowy jest pyszny. Ma smak lekko orzechowy i właściwie, jeśli chcecie mieć niekłopotliwą przekąskę w Maroku, to wystarczy kupić chleb i buteleczkę oleju. Nie jest on tani, ale podobno niesamowicie zdrowy. Obniża cholesterol, pozytywnie oddziaływuje na układ krążenia, zapobiega miażdżycy, dzięki bardzo dużej zawartości witaminy E działa przeciwstarzeniowo, wzmacnia włosy i paznokcie, ma działanie przeciwzapalne i przyspieszające gojenie się ran, silnie nawadnia skórę. Spożywczy produkowany jest z prażonych nasion drzewa arganowego, kosmetyczny ze zwykłych. Nazwany „złotem Maroka”, trafił do najdroższych firm kosmetycznych, które używają tego oleju w kosmetykach anti-age. Marokańczycy twierdzą jednak, że najlepiej posmarować całe ciało, łącznie z włosami, czystym olejkiem. Przywiozłem sobie zatem butelkę oleju kosmetycznego i mam nadzieję, że niedługo moja twarz stanie się gładka i piękna. Za jakiś czas poinformuję o efektach.

Ja się robi taki olej? Przede wszystkim trzeba wiedzieć, że drzewa arganowe rosną tylko w Maroku, a i to nie wszędzie. Owoce tego drzewa są żółte, miękkie z wierzchu, w środku zaś znajduje się nasionko zamknięte w twardej łupinie. Wierzchnia część jest przysmakiem dla kóz, które by się najeść, wchodzą aż na wierzchołki drzew, skorupka stanowi opał, a nasiona, wydobyte podczas roztłukiwania przez arabskie kobiety, są rozgniatane na miazgę w kamiennych żarnach. Z uzyskanej masy wyciska się olej, a miazga idzie dla zwierząt. Nic się nie marnuje, bo nawet całe drzewa razem z kozami zarabiają. Nie ma takiego turysty, który nie chciałby mieć zdjęcia wchodzącego po konarach, beczącego zwierzaka. A za możliwość zrobienia zdjęcia trzeba zapłacić.

Jako ciekawostkę można potraktować szare wino, produkowane w Maroku. Wytłaczane z czerwonych winogron o białym soku ma lekko różowe zabarwienie, ale bliżej mu do wina białego. Średnio drogie w sklepie, za to w kafejkach i pubach hotelowych najdroższe. Tubylcy wiedzą, jak zarabiać na nietypowych rzeczach.

Kolejnym produktem, jakim się zajadałem, były sardynki. I tak doszliśmy do miejsca, które koniecznie chciałbym Państwu przedstawić. Essaouira, czyli As-Sawira, dawniej nazywana Mogadorem. Wizualnie chyba najpiękniejsze miasto Maroka, pod względem zapachu nie do wytrzymania. W porcie smród patroszonych ryb, wielkie liczby kotów, myślących sobie zapewne, że za życia są w raju, wciskający się w każdą szczelinę wiatr, co tam wiatr, raczej przeokropny wicher i nieprawdopodobne ilości ptaków. Podobno Hitchcock kręcił tu niektóre sceny do swojego filmu. Przez te wonie i zanieczyszczające wszystko ptaszyska spacer po porcie, medinie i dzielnicy żydowskiej jest niezapomnianym, silnym przeżyciem, ale to właśnie tu jadłem najlepsze sardynki i pieczoną rybę. Palce lizać!

Jedyne, czego żałuję, to brak spotkania z Tauregami, „blue men” Sahary. Mówią o nich, że są dzicy, waleczni, niezwykle malowniczy, uzdolnieni muzycznie. No, ale może jeszcze będzie okazja.