Strona główna / Warto wiedzieć / Psycholog u szamana

GP #21, 6 października 2012 r.

Psycholog u szamana

Ludzi można leczyć w różny sposób, nawet w taki, który jest trudny do wyjaśnienia. O tym, jak wygląda życie peruwiańskiego szamana, dlaczego warto słuchać głosu intuicji i czego można doświadczyć w Indiach opowiada RENATA LISOWSKA, psycholog łącząca w swojej pracy tradycyjną psychoterapię z metodami niekonwencjonalnymi, w rozmowie z DOROTĄ SALUS.

Zamek w Niedzicy
W peruwiańskiej dżungli. Fot. Renata Lisowska

DOROTA SALUS:  Jest Pani psychologiem. Dlaczego odwiedziła Pani szamana?

RENATA LISOWSKA: Miałam poważne kłopoty ze zdrowiem. Lekarze nie byli pewni efektów leczenia, nie wiedzieli też dokładnie, co mi dolega. Zdając sobie sprawę, że problemy zdrowotne mogą być wywołane stanem emocjonalno-duchowym, postanowiłam również skorzystać z metod alternatywnych. Tak trafiłam do peruwiańskiego szamana. Organizowane przez niego spotkanie w Polsce polecił mi zaufany znajomy. Trudno dokładnie opisać to doświadczenie, ponieważ opis słowny nie oddaje w pełni jego charakteru. Zanim rozpoczęliśmy ceremonię prowadzący sprawdził, czy każdy z uczestników może brać udział w takiej formie leczenia. Tym, którzy nie zostali dopuszczeni, szaman wyjaśnił powody swojej odmowy. W czasie spotkania, które miało formę rytuału, przyjmowaliśmy wywar z rośliny leczniczej pochodzącej z dżungli amazońskiej. Szaman niewiele mówił, śpiewał pieśni, prowadził rytuały.

Po spotkaniu poczułam się dużo lepiej. Wpadłam na pomysł pojechania do Peru, aby kontynuować leczenia u szamana. On nie zgodził się od razu. Najpierw rozrzucił garść sprasowanych liści koki, spojrzał na ich układ i zapytał „przyjazne duchy” o radę i cel mojego ewentualnego leczenia w Peru. Duchy widać były mi przychylne i tak oto parę miesięcy później znalazłam się w peruwiańskiej dżungli. Nie sama, wraz ze mną udała się para znajomych, z których jeden znał szamana i umiał komunikować się w jego języku.

– Jak przebiegał pobyt u peruwiańskiego szamana, czy przypominał niektóre z niecodziennych opowieści Beaty Pawlikowskie lub Wojciecha Cejrowskiego?

– Pawlikowska i Cejrowski mają nieporównywalnie więcej doświadczeń w tej dziedzinie. Odwiedzali plemiona, do których biały człowiek nigdy wcześniej nie dotarł Nie śmiem porównywać tych doświadczeń.

Z lotniska samochód zabrał nas na obrzeża amazońskiej dżungli i stamtąd pojechaliśmy do domostwa naszego gospodarza. Zostaliśmy przyjęci bardzo życzliwie. W ciągu godziny szaman przeniósł cały swój dobytek do sąsiadującego budynku, udostępniając nam swój dom. Jedną z podstawowych różnic, jaką zauważyłam, było odmienne od europejskiego podejście do przedmiotów otaczających człowieka. Nasza kultura przywiązuje dużą wagę do posiadania, gromadzenia i wręcz celebrowania rzeczy. Dla społeczności, w której się znalazłam, przedmioty użytkowe i fakt ich posiadania nie miał aż takiego znaczenia. Na przykład dom tworzy się tam z materiałów dostępnych w puszczy. Kiedy po 30 latach się rozpada, nie remontuje się go tylko buduje następny.

Na co dzień miałyśmy tłumacza, ale czasem odnosiłam wrażenie, że rozumieliśmy się z szamanem bez słów. O podobnych wrażeniach pisał Wojciech Cejrowski w swojej książce. Szaman wiedział o mnie dużo. Znał moje problemy osobiste, pomógł w sprawach, o których nigdy nie rozmawialiśmy.

– Na czym polegało leczenie? Jak spędzałyście czas?

– Leczenie opierało się na przyjmowaniu ziołowych wywarów, przestrzeganiu rygorystycznej diety, stosowaniu samodyscypliny oraz uczestniczeniu w rytuałach. Jadłyśmy głownie ryż, zboża i drób hodowany przez naszego gospodarza. Szaman zalecił nam, aby podczas pobytu nie używać niektórych środków, takich jak mydło, szampon, czy proszek do prania. Miałyśmy również unikać ludzi. Cały ten proces służył oczyszczeniu ciała i umysłu. W ciągu dnia dużo odpoczywałyśmy, spotykałyśmy się z szamanem, rozmawiałyśmy z jego rodziną, wieczorami brałyśmy udział w rytuałach.

Gdy odjeżdżałyśmy nasz gospodarz przyznał się, że początkowo wątpił, iż dwie kobiety z Polski będą w stanie przejść dwunastodniowe dietowanie, bo tak nazwał nasz pobyt u niego. W Peru rzadko decydują się na nie kobiety, a i dla mężczyzn to raczej trudne doświadczenie. Dla mnie pobyt tam nie był ciężki – wręcz przeciwnie, z żalem żegnałam każdy kończący się dzień. Nie oznacza to, że nie przeżywałam trudnych emocji. W trakcie leczenia dawały znać o sobie nierozwiązane problemy, doznane traumy. Nasz curandero, czyli uzdrowiciel, umiał je rozpoznać i był bardzo pomocny, a przy okazji bardzo zwyczajny – przygotowywał nam pożywienie, codziennie o poranku przychodził ze szczotką, aby sprzątnąć nasz pokój i wypędzić z niego niebezpieczne insekty. Nie przeszkadzały mu nasze głośnie rozmowy, czy gra na flecie, który zakupiłyśmy po drodze. Czułyśmy się tam w pełni bezpieczne i akceptowane.

– Jak przebiegały rytuały?

– Rytuały odbywały się z wykorzystaniem „świętej rośliny” znanej w Ameryce Południowej ze swoich uzdrawiających właściwości. Prowadzący, wraz z uczestnikami, wchodził w stan transu przyczyniający się do „poszerzenia świadomości” obecnych. Odpowiedzi na pytania, które sobie zadawałam, przychodziły w formie symbolicznych obrazów, niezwykle wyraźnych i czytelnych. Podczas rytuałów niektórzy doświadczali również trudnych emocji i przykrych myśli. Szaman wydawał się je rozpoznawać i otaczał osoby te jeszcze większą troską i uwagą. Również przed rozpoczęciem spotkania informował, że w razie potrzeby wyprowadzi z transu i pomoże wrócić do normalnego stanu świadomości. Podczas rytuału curandero śpiewał icaros – uzdrawiające pieśni duchowe. Ich działanie było bardzo silne i wzmacniało przeżywany proces.

Dowiedziałam się również, że szamanizm w Peru ma różne oblicza. Mój gospodarz określił je jako białą i czarną magię. Są szamani, którzy wykorzystują swoje umiejętności, by świadomie wyrządzić krzywdę innym. Za opłatą przyjmują zlecenia ukarania niewiernej żony, czy wroga rodzinny. Skutki ich działań bywają fatalne. Lekarzom trudno zdiagnozować chorobę ofiary i ją wyleczyć. Niesprawdzony kontakt może być więc bardzo niebezpieczny. Podobnie eksperymentowanie z roślinami leczniczymi pochodzącymi z dżungli amazońskiej może być szkodliwe. Ich uzdrawiająca moc jest dostępna tylko przy wykorzystaniu doświadczenia szamana i prowadzonym przez niego rytuałom.

– Mówiąc o lekarzach, czy w wiosce był doktor? Jaki miał stosunek do uzdrowiciela?

– Miejsce, w którym przebywałam trudno nazwać wioską. Poszczególne domostwa były rozproszone. Najbliższe miasto znajdowało się w odległości 30 kilometrów i tam mieli swoje gabinety lekarze. Nie sądzę, aby lekarze w Peru negowali praktyki uzdrowicieli. Myślę, że ich relacja opiera się bardziej na współpracy, ale oczywiście może być różnie. Brat naszego gospodarza jest lekarzem.

– Wracając do szamana, jak wyglądał jego dzień?

– To bardzo wymagająca profesja, lub raczej powołanie. Łączy się z ogromnym wysiłkiem. Niezmiernie duże wsparcie dawała i daje szamanowi jego żona. Curandero służy swojej społeczności przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. W ciągu dnia przychodzą do niego ludzie z wioski, prosząc o pomoc. Często sam, bez względu na porę, odwiedza osoby w potrzebie. Za swoje usługi pobiera pieniądze, ale nie są to jakieś duże kwoty. Powołanie to wymaga ciągłej dyscypliny i pracy nad sobą, w której ważny jest nieustanny rozwój. Uzdrowiciele indiańscy udają się regularnie do puszczy amazońskiej na kilka miesięcy, czasem nawet lat, by w samotności pogłębiać wiedzę szamańską. Całkowite odosobnienie, utrzymywanie restrykcyjnej diety, umiejętność przetrwania w dżungli jest pomocne w uzyskaniu dostępu do wiedzy „pochodzącej bezpośrednio od roślin” i otrzymania od nich mocy. Według tej tradycji moc curandero pochodzi z dietowania: przyjmowania roślin, rozpoznawania ich właściwości, kontaktu z „duchem pomocniczym” danej rośliny. Bardzo ważne są również przekazy i nauki otrzymywane od innego nauczyciela. Czas, doświadczenie, opanowanie własnych lęków i ograniczeń, rozwijanie kontaktu z własną mocą umożliwia dostęp do wiedzy, dzięki której można odczytywać przekazy otrzymywane w transie lub podczas snu, a także śpiewać icaros czyli lecznicze pieśni „mające dar otwierania serca”.

– W jaki sposób szaman odkrywa swoje powołanie?

– Tradycja szamańska jest przekazywana z pokolenia na pokolenie. Sztuki uzdrawiania nauczyła naszego gospodarza babcia. Curandero bardzo żałował, że jego synowie nie są zainteresowani kontynuacją praktyk szamańskich. Być może wystraszył ich ogrom pracy i wyzwań związanych z tą profesją. Jedyną osobą w rodzinie, którą ciekawiła praca uzdrowiciela była jego wnuczka. Szaman miał nadzieję, że pewnego dnia przekaże jej swoją wiedzę.

W szamanizmie istnieje określenie „choroby inicjacyjnej”. Spotkałam się z relacją, że wielu przyszłych uzdrowicieli, którzy nie chcieli lub nie byli świadomi swojego powołania przeżywało bardzo ciężkie choroby, często na pograniczu śmierci, trudne do wyleczenia metodami konwencjonalnymi. Dopiero odkrycie swojego przeznaczenia i pogodzenie się z nim pozwoliło im pozbyć się choroby na zawsze. Niektórzy twierdzą, że aby zostać szamanem trzeba długi czas doświadczać cierpienia, kontemplować i intensywnie rozwijać ducha.

– Co wie szaman, czego nie wie psycholog? Czym wiedza szamańska różni się od psychologii?

– Skorzystam z odniesień do wiedzy fachowej dotyczącej szamanizmu. Szaman w szeroko rozumianym znaczeniu to osoba, która ma kontakt z duchami i mocą. Osiąga to przy wykorzystaniu odmiennego stanu świadomości, tak zwanej „drugiej uwagi”, podczas którego uczy się rezygnować z chęci rozumienia, oceniania, wartościowania i sprawowania kontroli. Świadomość szamana obejmuje wówczas to, co niedostępne dla naszych pięciu zmysłów. W zależności od rodzaju koncepcji szamanizmu uzdrowiciel czerpie moc z kontaktu z przodkami, duchami nieżyjących nauczycieli lub z siły określonych zwierząt, czy roślin, tak jak w Peru. Pomocne są ceremonie, nauki otrzymywane od nauczycieli, rytuały inicjacyjne, długoletnie doświadczenie służące rozwojowi samozaufania. Co ważne, wszystko to odbywa się w zgodzie z naturą i ze społecznością, w której żyje szaman.

Szamanizm nie stoi w opozycji do racjonalności. Rdzenna tradycja szamanizmu mówi: „Najdłuższa podróż, jaką mamy do odbycia to podróż z głowy do serca. Aby naprawdę służyć ludziom musimy też odbyć drogę powrotną z serca do głowy, aby nasze myśli, słowa i czyny stały się lekarstwem dla innych”. Jest wiele punktów wspólnych między uzdrawianiem, a pomocą terapeutyczną. Psychoterapia to również sztuka, która wymaga ciągłej pracy nad sobą, przekraczania własnych barier i ograniczeń. To dotarcie do mądrości dalekiej od wewnętrznych ocen, chęci kontrolowania, nadmiernego wpływu na życie innych. Bardzo duże znaczenie w procesie uzdrawiania i pomocy innym ludziom pełni pokora. Curandero nie chwalił się i nie przypisywał sobie sukcesów, gdy ludzie, dzięki jego pomocy powracali do zdrowia. Aby osiągnąć stan świadomości szamańskiej, potrzeba ogromnej dojrzałości i gotowości do zrezygnowania z własnego ego. Jest to proces. Nie wszyscy szamani są oczywiście na tym samym etapie drogi.

– Czego jeszcze, oprócz pokory, ta pierwotna wiedza i mądrość może nas nauczyć?

– Po pobycie w Peru odważyłam się w większym stopniu zaufać swojej wiedzy intuicyjnej. Uważam, że często nie jesteśmy świadomi wewnętrznej mądrości i siły, do której mamy dostęp. Zamiast jej ufać, prowadzimy w głowie dialogi, analizujemy i oceniamy. Warto od czasu do czasu postarać się wyciszyć, wsłuchać się w siebie i podążyć za wewnętrznym głosem, nawet jeśli przeczy on logice.

Szamanizm podkreśla też istotę odwagi i samodyscypliny. Hołduje idei sprzymierzeńca, czyli ducha opiekuńczego. W szamańskiej kulturze uczeń musi stoczyć walkę ze swoim sprzymierzeńcem i ją wygrać, inaczej duch opiekuńczy przejmie nad nim kontrolę. To bliskie koncepcji zmagań z losem, który z założenia jest łaskawy, ale dopiero wtedy, gdy to my stoczymy walkę z jego wyzwaniami i nadamy naszemu losowi kierunek.

Według szamanizmu człowiek powinien szanować naturalne środowisko, bo jest jego częścią. Tak samo, jak jest częścią społeczności, w której mieszka. Przyroda wokół nas, ludzie, z którymi się spotykamy, miejsca, w których przebywamy oddziałują na nas swoją energią. Warto z niej czerpać i żyć w symbiozie, a nie jej szkodzić.

– Czy kuracja w Peru przyniosła efekty?

– Tak, i to w kwestiach, w których się nie spodziewałam. Moje zdrowie zaczęło się stopniowo poprawiać, ale zanim całkowicie wyzdrowiałam upłynęło trochę czasu. Przyczynił się do tego zapewne pobyt u szamana, ale również inne bardziej racjonalne działania, które podjęłam. Nie ma dla mnie większego znaczenia co pomogło, podróż do dżungli amazońskiej była podróżą życia. Po powrocie do Polski zauważyłam, że zmieniło się moje podejście do rzeczywistości. Zaczęłam dostrzegać więcej pozytywnych stron większości sytuacji. Podejmowałam niespodziewane dla siebie decyzje, na które wcześniej bym się nie odważyła i były to dobre wybory.

– Czy brała Pani udział w jakichś innych równie egzotycznych wyprawach?

– Niedawno wróciłam z Indii. Polecono mi pewien aszram na południu kraju. Aszram to rodzaj wspólnoty, miejsce wyciszenia, refleksji i wytchnienia dla osób zmęczonych cywilizacją, szybkim tempem życia i nadmiarem obowiązków. Często przyjeżdżają tam ludzie szukający rozwiązania swoich problemów. Przybywają z całego świata – ateiści, wierzący i ci, którzy poszukują swojego miejsca w życiu. Ludzie wszelkich profesji i wyznań. Wszyscy ci, którzy odczuwają potrzebę chwilowego odosobnienia. Wspólnie medytują, ćwiczą jogę, sprzątają, słuchają wykładów na temat hinduizmu, jogi, ajurwedy, czyli indyjskiej medycyny naturalnej. Życie w aszramie wiąże się z dużą dyscypliną. Dzień zaczyna się medytacją o 6:00 rano, następnie odbywają się zajęcia jogi, później karma joga, czyli drobne prace na rzecz aszramu, następnie wykłady i wieczorna medytacja. Dla mnie to był czas regeneracji ciała i duszy. Skorzystałam z leczenia ajurwedyjskiego pod okiem miejscowego lekarza specjalisty, które miało na celu oczyszczenie organizmu za pomocą zabiegów, masaży i doustnych specyfików pochodzenia naturalnego. Trwało to 12 dni i nie było łatwe ze względu na przeżywane stany fizycznego i emocjonalnego osłabienia.

Kiedy leczenie dobiegło końca, odwiedziłam inny aszram. Przewodniczyła mu kobieta – guru, znana z uzdrawiania ludzi poprzez obejmowanie. Zaintrygowała mnie. Pomyślałam, że obejmowanie ludzi w różnym stanie fizycznym musi być bardzo trudne. Z ciekawości postanowiłam wziąć udział w spotkaniu z nią. Przeczytałam później, że przewodniczy wielu akcjom charytatywnym na całym świecie, występuje na forum ONZ i jest powszechnie uznawana i szanowana. Podczas spotkania zaskakiwała jej skromność, wewnętrzna radość, a przede wszystkim postawa pełnej akceptacji i otwarcia na drugiego człowieka. Dużo się od niej nauczyłam.

– Czy wykorzystuje Pani w pracy swoje doświadczenia z podróży? Czy inspiruje się Pani tradycją indyjską, bądź szamańską?

– W pracy stosuję między innymi metodę Berta Hellingera, czyli metodę ustawień systemowych. Ma ona wiele wspólnego z technikami szamańskimi. Jest to rodzaj rytuału, który najczęściej odbywa się w grupie, czasem indywidualnie. Jego istotą jest rozwiązywanie problemów w oparciu o siłę przodków. Okazuje się, że losy żyjących są bardzo powiązane z losami poprzedników. Niektóre wydarzenia powtarzają się przez wiele pokoleń. To, co działo się w przeszłości w naszej rodzinie, ma istotny wpływ na nasze obecne życie. Hellinger twierdzi, że dzieci przyjmują nieświadomie doświadczenia systemu rodzinnego – uczą się sposobu postrzegania świata obranego przez bliższą i dalszą rodzinę, powtarzają jej losy, powielają błędy i nieświadomie naśladują pewne obszary życia swoich przodków.

Zgodnie z założeniami tej metody, nie mamy całkowitego wpływu na swoje życie. Im większa świadomość wydarzeń z przeszłości rodziny i losów jej członków, tym większy wpływ na własne działania. Wydaje się, że nieświadomie musimy dokończyć dzieło naszych dziadków, czy rodziców. Jesteśmy zobowiązani wynagrodzić wyrządzone przez nich „moralne krzywdy”. Metodą ustawień można pracować, aby pozbyć się bagażu uwikłań w przeszłość.

Przykładem może być kobieta, która od dłuższego czasu nie mogła sprzedać mieszkania. Sama nie wiedziała dlaczego, gdyż mieszkanie było ładne, położone w atrakcyjnym miejscu i kosztowało niedużo. Kupcy jednak nie decydowali się na nie. Podczas spotkania kobieta przypomniała sobie, że w czasie wojny jej krewny w nieuczciwy sposób nabył kamienicę od żydowskiej rodziny. Ta nieuczciwość musiała być wyrównana. Praca ustawieniowa pomogła i rozwiązała sytuację.

Innym przykładem może być przypadek biznesmena, którego problemem była mała liczba klientów zainteresowanych oferowanym przez niego produktem. Ustawienie pokazało, że w przeszłości źle traktował pracowników, zwalniał ich bez należnego uszanowania. Niewyrównane krzywdy tych ludzi wpływały na poziomie nieświadomym na obniżenie zysku danego przedsiębiorstwa. Teoria wyrównania dotyczy więc nie tylko odniesień do losów przodków, uczy odpowiedzialności dotyczącej własnego życia.

Bert Hellinger, twórca metody, w młodości był misjonarzem u Zulusów. Dużą inspiracją była dla niego obserwacja zasad życia plemiennego. Żyjąc pośród rdzennej ludności, zauważył w jaki sposób rozwiązują swoje problemy. Jest to bardzo bogata wiedza. Na przykład, w plemieniu Indian, gdy dojdzie do zabójstwa, rodzina ofiary przyjmuje mordercę do siebie i z nim żyje przez pewien czas. Nie funkcjonuje tam pojęcie kary i zemsty. Tak naprawdę trudne do wyobrażenia.

– Kontrowersyjne...

– Cała metoda Hellingera jest kontrowersyjna. Trudnym do wyjaśnienia jest fakt, że osoby, które przychodzą na terapię i reprezentują członków rodziny nieznanych sobie innych uczestników spotkania, ustawieni w pewnej konfiguracji, zachowują się, a nawet czasami używają słów charakterystycznych dla tych osób. Z doświadczenia wiem, że metoda przynosi efekty. Świadomość wydarzeń z przeszłości rodziny, odpowiednia technika pracy, wewnętrzne zaangażowanie i motywacja do zmiany uczestników okazują się pomocne w rozwiązywaniu nawet bardzo trudnych spraw, z którymi się zgłaszają. Są to na przykład problemy emocjonalne, kłopoty zdrowotne, trudności finansowe, konflikty w rodzinnie, kryzysy małżeńskie, problemy z dziećmi. Jak już wspomniałam, ustawienia systemowe to nie tylko praca oparta na historii przodków. Istnieje odrębny nurt tej metody, zwany ustawieniami organizacyjnymi, który wykorzystuje się w biznesie: pomocny jest w rozwiązywaniu problemów dotyczących skuteczności zawodowej, spraw organizacyjnych firmy, w procesie podejmowania decyzji. Technika ta jest szczególnie rozpowszechniona w Niemczech i Holandii. Wielu ludzi zadaje sobie pytanie, dlaczego te metoda działa. Jej twórca, Bert Hellinger, spytany o to, odpowiedział: „sam nie wiem dlaczego działa, ale ponieważ pomaga ludziom – robię to”. Z moich obserwacji wynika, że skuteczność tej formy terapii, tak jak i innych, jest na pewno ściśle związana z gotowością do zmiany i włożonym przez uczestnika ustawień wysiłkiem.

– A jeśli efektów leczenia nie widać? Co Pani robi, gdy nie wie Pani jak komuś pomóc, bądź, gdy widzi, że ta pomoc nie przynosi efektów?

– Pytam o radę innych psychoterapeutów, z którymi wymieniam się wiedzą. Również analizuję z pacjentem jego motywację do zmiany. To bardzo ważny aspekt. Często ludzie przychodzą do psychologa, aby utwierdzić się w słuszności swoich decyzji. Szukają pewności, że ich rozwiązania są dobre, albo że „nic się nie da zrobić”. Wynika to z nieświadomego przekonania, że łatwiej cierpieć niż wprowadzać zmiany. Taki lęk przed nieznanym jest głęboko zakorzeniony w ludzkiej naturze. Wówczas pracuję z pacjentem nad tym, aby nie odbierał nowych rozwiązań jako zagrożenia. Rozmawiamy również o blokadach, które przeszkadzają w podjęciu nowych działań.

Czasami moja pomoc bywa nieskuteczna, gdy okazuje się, że ja również nie radzę sobie z problemem, z którym przyszedł do mnie pacjent. Jest to dla mnie wiedza i inspiracja do pokonywania własnych ograniczeń.

I wreszcie ktoś może nie zmieniać się, gdyż wcześniej w jego życiu ciągle od niego czegoś wymagano, ciągle mu coś narzucano. Jego ukrytą potrzebą więc jest możliwość pozostania i bycia zaakceptowanym takim, jakim jest, bez konieczności robienia czegokolwiek i bez konieczności zmiany. Pełna akceptacja tego stanu ze strony terapeuty, prowadzi do zmiany: pacjent zaczyna w większym stopniu kierować swoim życiem. Dużą sztuką jest właściwe zdiagnozowanie, dlaczego leczenie nie przynosi efektów.

– Dlaczego psychologowie, znając te wszystkie dobre rady, recepty, również przeżywają rozwody, konflikty z dziećmi, depresje?

– Rady nie najlepiej działają w psychoterapii. To tak, jakby założyć, że psychoterapeuta wie lepiej, co jest dla pacjenta lepsze. Rolą psychologa jest towarzyszyć komuś w pewnym etapie życia, nie dyktować, co ma robić. Wiedza psychologiczna jest dla mnie osobiście niezwykle przydatna. Pomaga mi lepiej rozumieć siebie i siebie zmieniać. Co nie oznacza, że jestem lub chciałabym być ideałem. Wiedząc to wszystko, co wiem, łatwiej zaakceptować mi swoje potrzeby, słabości i ograniczenia. Łatwiej też podejmuję decyzje, które są zgodne z moim wewnętrznym głosem. Pozwala mi to żyć w większej harmonii ze sobą i podążać drogą, na której czuję się dobrze. Stale uczę się też dawać sobie prawo do popełniania błędów. Zgodnie z moimi wcześniejszymi słowami, wierzę, że to kryzysy rozwijają i uczą. Dlaczego więc psycholog miałby być pozbawiony tak ciekawej i pouczającej drogi?

Renata Lisowska – specjalista psycholog kliniczny. Posiada wieloletnie doświadczenia w pracy na oddziale psychiatrycznym z osobami dorosłymi oraz z młodzieżą niedostosowaną społecznie. Prowadzi psychoterapię indywidualną, rodzinna. W pracy wykorzystuje metodę ustawień systemowych Berta Hellingera, prowadzi warsztaty i szkolenia dotyczące tej metody.