Strona główna / Warto wiedzieć / Wilno, ojczyzno moja...

GP #24, 29 listopada 2014 r.

Wilno, ojczyzno moja...

JAROSŁAW KAJDAŃSKI

Wilno_Ostra_Brama
Wilno – widok na Ostrą Bramę
(Fot. Jarosław Kajdański)

Tak sparafrazowaną inwokacją chciałoby się rozpocząć podróż do Wilna. Romantyczna wizja została skonfrontowana z rzeczywistością dzięki kolejnej wyprawie na Kresy trzech pokoleń mojej rodziny.

Ku zdziwieniu, nie ma połączeń kolejowych ani lotniczych z Krakowa do Wilna, jak to jest w przypadku Lwowa. Historyczne związki jagiellońskie zostały wyparte przez bardziej aktualne konotacje galicyjskie. Choć być może, gdyby wzajemna polityka zarówno Litwy, jak i Polski była otwarta i przyjazna, to zapewne przełożyłoby się to także na lepszą komunikację.

Do Wilna chcą nie chcąc polecieliśmy samolotem z Warszawy. Już to, że nie było pełnego obłożenia miejsc, mówi samo za siebie. Lot trwa... około 50 minut. W powietrzu nadal Polska i Litwa są blisko siebie. Przy powrocie sensację wśród pasażerów wzbudził stojący na płycie wileńskiego lotniska samolot USA Force. Aparaty komórkowe poszły w ruch jako zapis newsa, bo przecież sytuacja na Ukrainie jest obserwowana z uwagą i niepokojem na całym świecie, a szczególnie w rejonie byłego bloku sowieckiego, włącznie z małymi krajami bałtyckimi.

Pierwsze wrażenie z Wilna? Wyludnione miasto, puste ulice, niepełne kawiarnie, a przecież przyjechaliśmy z początkiem weekendu. Długo zadawaliśmy sobie to pytanie.

Ale może ten kontrast dawał wyjazd z zatłoczonego Krakowa. Nasz Rynek i to, co przy nim od wieków stoi, jest zasłonięte bezstylowymi kawiarniami i zadeptane przez chmary turystów. W Wilnie można było wziąć głębszy oddech.

Wrażenie pustki spotęgowane jest tym, że to miasto stołeczne, z rozbudowaną infrastrukturą (dobre drogi), deklarujące pół miliona mieszkańców (ok. 560 tys. –  dane z 2010 r.). Okazuje się, że z 3,3 mln Litwinów wyemigrowało... ok. 600 tys., czyli ponad 18 proc. (sic!). Masowo wyjechali za pracą, głównie do Anglii, Irlandii i krajów skandynawskich.

Wakacyjna pustka na ulicach może spowodowana była także tym, że wilnianie wyjeżdżają za miasto, np. do historycznych, ale i rekreacyjnych Troków. Zapewne też wzrasta zatłoczenie wraz z początkiem roku akademickiego, tak jak to jest w Krakowie.

A jak się żyje naszym rodakom? Zapytana Polka wyjaśnia, że jest trochę lepiej, ale to raczej dalej zapowiedzi w kolejnej kadencji prezydent Dalii Grybauskaitė. Pokutują jeszcze dotychczasowe obostrzenia, a ustawa o mniejszościach narodowych jest ciągle dyskutowana i blokowana (podobno jesienią tego roku ma być wreszcie przyjęta). Uczniów chodzących do polskich szkół zmuszono do pisania matury wyłącznie po litewsku, więc rezultat jest taki, że w praktyce odcięto ich od dalszego kształcenia. Na studia w Polsce zapraszają głównie uczelnie białostockie, bo tam najbliżej.

Problem w tym, że nauczyć się litewskiego to nie jest prosta sprawa – i to mówi aktywna zawodowo Polka z Wilna. To język niemający nic wspólnego z polskim czy nawet rosyjskim, choć podobno jest bliski łaciny. Uczyłem się w liceum łaciny, ale widocznie słabo. Gdy chcieliśmy się porozumieć z miejscowymi, to najczęściej łamanym rosyjskim albo po angielsku. Ale do rozmowy, szczególnie po polsku, nie są skorzy.

Języka litewskiego, ze względu na skalę trudności, nie mogli (nie chcieli) się nauczyć miejscowi Polacy i tak było od wieków, stąd wzajemna izolacja i przepaść, do której można wrzucić wszystko. Starsi wiekiem wilniuki nadal nie umieją posługiwać się litewskim, który jest językiem urzędowym, więc skazują się na izolację i degradację zawodową. Ale naturalna, historyczna dwujęzyczność to w końcu europejska norma i Litwa dłużej nie może udawać, że problemu nie ma.

Ukazuje się sporo polonijnych gazet, nam trafił do rąk dziennik Kurier Wileński oraz tygodnik Nasza Gazeta. Mam sentyment do tygodnika Znad Willi, bo na początku dramatycznej walki o niepodległość Litwy dostawałem go pocztą, kserowałem i rozsyłałem dalej.

Zamieszkaliśmy w swojsko nazwanym hotelu „Pan Tadeusz” przy ul. Nowogródzkiej, aktualnie (uwaga!) Naugarduko gatve. Jako że nie mam specjalnych zdolności lingwistycznych, mówiłem: „Nabuko”, bo z tym mi się skojarzyło. A umysł był poddany wyjątkowej opresji przez niemiłosierne upały, jakie spowodował w pierwszych dniach sierpnia kontynentalny, rozbudowany wyż znad Rosji.

Litewski całkiem sobie odpuściliśmy, gdy „dzień dobry” to labas rytas, artykuły spożywcze – maisto prekes, chleb – duona, piwo – alus, hotel – viesbutis, albo: wejście – iejimas, otwarte – atidaryta, jechać – vaziuoti, pchać – stumti, proszę mówić wolniej – kalbekt prasom leciau, nie rozumiem – nesuprantu. W pewnym momencie, gdy na chwilę wytchnienia przysiedliśmy w parku, pojawił się gołąb. Ojciec zaczął go przywoływać po naszemu „cukru – cukru”, ale nic z tego. Gdy wpadliśmy na pomysł, aby go zawołać „cukros”, gołąb zareagował. Gołąb-patriota. Warto odnotować, że w ogóle nie widzieliśmy srok, które są utrapieniem Krakowa.

Acha, nie widzieliśmy tam żadnych „carefurów”, „tesków”, „lidlów”, „biedronek” itp. marketów. Mają za to sporo sklepów sieci Maxima, to litewski gigant handlowy. Ceny podobne do naszych, ich lit stoi mocno, latem jak 1:1,3. Tę swoją ukochaną walutę Litwini mają pożegnać od stycznia 2015 roku na rzecz euro. Na to konto pod oczami banknotowych postaci... domalowują łzy.

Chodziliśmy po Wilnie całymi dniami z przerwą na obiad, po której przeczekiwaliśmy upał w hotelowym, klimatyzowanym pokoju. Obiady w „Panu Tadeuszu”, jak i zakwaterowanie, warte są polecenia. Parokrotnie ratowało nam życie zimne piwo z beczki, do tego specjały kuchni litewskiej, czyli chłodnik i kołduny (można też szukać tradycyjnych blinów i cepelinów).

Przy „Panu Tadeuszu” działa aktywnie Dom Kultury Polskiej, gdzie obejrzeliśmy ciekawą wystawę fotografii. Stałą obecność w tym miejscu mają tablice upamiętniające wileńskie AK, z legendarnym dowódcą gen. Krzyżanowskim „Wilkiem”, zamordowanym w 1951 roku przez UB w więzieniu mokotowskim, a także płk. Kalenkiewiczem „Kotwiczem”, dowódcą AK z Nowogródka, który zginął w walce z oddziałem Armii Czerwonej. Tablice pojawiły się w 55. rocznicę powstania wileńskiego „Ostra Brama”. Znajduje się tam również biuro posła do Parlamentu Europejskiego Waldemara Tomaszewskiego, o czym informują tablice na fasadzie budynku od strony Kauno gatve (ul. Kowieńska).

Co z pewnością łączy nas z Litwinami, to historyczne, traumatyczne doświadczenia ze strony Rosji, czy to carskiej, czy sowieckiej. Nacjonaliści litewscy albo raczej nadgorliwi patrioci podkreślają, że także Polska nie była im przyjazna, ale przecież bilans sąsiedztwa z Rosją powinien wypaść zdecydowanie na naszą korzyść. A ich zdaniem tak nie jest. Jest nawet gorzej niż we Lwowie, gdzie też są wypierane fakty historyczne. W przypadku obu tych miast jest bezsprzeczne, że dominował żywioł polski. Stąd wyszły największe polskie nazwiska. Można nawet powiedzieć, że to właśnie na Kresach biło serce naszej ojczyzny, a patriotyzm był najbardziej wartościowy, co Marszałek Piłsudski porównał obrazowo... do obwarzanka. Trudno się z tym nie zgodzić.

Zaopatrzeni w przewodnik (który przeczytaliśmy wcześniej) oraz w dobrą (bo dwujęzyczną) mapę – wyruszyliśmy na miasto. Pierwsze kroki skierowaliśmy do Ostrej Bramy.

Takich bram w murach obronnych Wilna było dziewięć, ta miała ostry klin, stąd nazwa. Po litewsku brzmi: Ausros Vartai – Brama Jutrzenki. Kaplica Ostrobramska powstała w II połowie XVII wieku, w miejsce drewnianej wzniesiono murowaną, a potem przebudowano. Napisy polskie „Matko Miłosierdzia, pod Twoją opiekę uciekamy się” zmieniono na łacińskie z rozkazu ponurej sławy namiestnika carskiego Murawjowa – „Wieszatiela”. Od 1927 roku jest to Królowa Korony Polskiej.

Obraz robi wielkie wrażenie, szczególnie z bliska. Podobno jest to ikona prawosławna, inni podawali, że to portret Barbary Radziwiłłówny, ale obecnie przyjmuje się, że obraz powstał w latach 1620-1630 i wzorowany był na dziełach niderlandzkiego malarza Martina de Vosa. W każdym razie historię ma bogatą i tajemniczą, jest niezwykły i pomodlić się przed nim to religijne przeżycie.

Sporym rozczarowaniem dla nas było to, że nie było niedzielnej mszy św. w języku polskim, tylko w litewskim. Polskie msze są odprawiane jedynie w dni powszednie o godz. 10.00 i gromadzą lokalnych Polaków oraz pielgrzymów i turystów. W poniedziałek tłumów nie było, dzięki czemu mogliśmy być bardzo blisko. Kaplica jest mała i wąska, przez co Matka Boska Ostrobramska „spogląda przez okno”. Podczas mszy organista, starszy jegomość, zaprosił mnie życzliwie, abym usiadł obok niego, bylebym nie przydeptywał rozklekotanych pedałów. Instrument ten czasy świetności dawno miał za sobą. Organista podał mi zapis nutowy i tekst „Pieśni do Matki Miłosierdzia”: Maryjo, Matko Miłosierdzia/ Co w Ostrej Bramie tron swój masz / Do Ciebie spieszym w każdej biedzie / A Ty nam zawsze pomoc dasz.

Wejście do kaplicy prowadzi w prawo, po schodach w górę, a w drugą stronę jest przejście do kościoła św. Teresy. W tejże okolicy zwiedziliśmy także malowniczy zaułek bazyliański, z cerkwią greckokatolicką św. Trójcy, wciąż czekającą na renowację. Tam też trafiliśmy na celę Mickiewiczowskiego Gustawa/Konrada, którą opiekuje się Muzeum Literatury w Warszawie. Nie ukrywam, że wzruszenie zatkało mi gardło, przyszło wspomnienie lekcji języka polskiego. Mogłem teraz dotknąć mesjanistycznej poezji. Jak to zrobić? Z miejsca przytknąłem do oka aparat fotograficzny, chciałem „uwiecznić chwilę”.

Śladów Adama Mickiewicza widzieliśmy wiele (gdzie mieszkał, że studiował), także na Uniwersytecie Wileńskim. Jest również jego pomnik z 1984 roku, pod którym odbywały się pierwsze wiece niepodległościowe w 1987 roku. No proszę, niepodległość dla Litwy pod wileńskim Adasiem!

Za wejście na uniwersytet od strony ul. Świętojańskiej trzeba zapłacić: na wieżę widokową na dzwonnicy oraz na dziedziniec – 8 litów, tj. ok. $3. Warto, bo tych dziedzińców jest kilka, a wszędzie widać imponujące odnowienie i inwestycje. Na murach tablice upamiętniające wykładowców i absolwentów: Adomas Mickevicius, Julius Slovackis, Joachimas Lelevelus, Jacobus Vujek, Ignotas Domeika, Andriejus Sniadeckis, etc. Po polsku i litewsku uhonorowano tylko osobną tablicą Czesława Miłosza (widocznie ma u nich chody, no bo robił antypolskie wycieczki). Po polsku jest stara tablica upamiętniająca założyciela i fundatora Kolegium Jezuickiego biskupa Waleriana Protassewicza Szuszkowskiego. Aby wybrnąć z podania i uczczenia założyciela Uniwersytetu w 1579 roku, czyli króla Stefana Batorego, wykonano opis tylko po łacinie. Był to trzeci najstarszy uniwersytet na ziemiach Rzeczypospolitej Obojga Narodów i jeden z najstarszych w Europie Wschodniej i Północnej. Śladem dawnego Kolegium Jezuickiego jest kościół św. Jana, którego barokowa bryła wypełnia główny uniwersytecki dziedziniec. Świątynia została zwrócona wiernym po sowieckiej dewastacji dopiero w 1991 roku, dwa lata później odwiedził ją św. Jan Paweł II. W sobotę akurat były śluby, wyglądało na to, że to były pary studenckie.

Aby spojrzeć na Wilno z góry, trzeba wejść na wzgórze Giedymina. Wieńczy go dumnie baszta z litewską flagą. Po drodze mijamy ślady po zamku. Widok jest przepiękny na wszystkie strony. W jednej z nich widać stare miasto, dalej sąsiednie wzgórze Trzech Krzyży, które upamiętniają męczeństwo siedmiu franciszkanów zabitych przez pogan w XIV wieku za panowania księcia Olgierda. Po drugiej stronie meandrującej Wilii (jakże piękna inna nazwa – Neris) wznosi się imponujące city, a jeszcze dalej wieża telewizyjna, którą w styczniu 1991 roku broniono bohatersko przed komandosami sowieckimi, którzy ją zajęli, bo Kreml nie pogodził się z własnym rozpadem (co, niestety, trwa do dziś). Poniżej arsenał i mury obronne. Rozczarowuje Wilenka, dopływ Neris, chciałoby się, aby to było malownicze, a może nawet romantyczne miejsce. Tymczasem to raczej ściek, przy którym spotkać można ludzi z marginesu.

Po zejściu ze wzgórza i przejściu przez przedwojenny Cielętnik (dzisiaj park), weszliśmy na rozległy plac Katedralny, gdzie w groźnej postawie stoi pomnik Giedymina, wielkiego księcia litewskiego, twórcy zjednoczonego państwa. Jego wnukiem był król Władysław Jagiełło. Co ciekawe, pomnik odlano z brązu skonfiskowanego przez lata na litewskich granicach.

Plac Katedralny to „serce miasta”, a w nim potężna dzwonnica oraz olbrzymia (ale nie na wysokość) katedra św. Trójcy, św. Stanisława biskupa i św. Władysława Męczennika. Teraz to klasycyzm w pełnym wydaniu, ale przed wiekami miejsce, gdzie za czasów króla Mendoga, w połowie XIII wieku, stanęła pierwsza chrześcijańska świątynia na Litwie.

Między dzwonnicą a katedrą zatrzymuje nas „stebuklas” (lit. cud – magiczne miejsce). Tu podobno trzeba wykonać pełny obrót, aby spełniło się życzenie. Nie pomyślałem o tym wówczas, ale przydałoby się „wyczarować”, aby choć trochę zelżał nieludzki upał. A na poważnie, z tego miejsca w 1989 roku zaczynał się żywy łańcuch ludzi w solidarności państw bałtyckich przeciw niewoli systemu komunistycznego – rozciągał się aż do Tallina. To robiło wrażenie, cud się spełnił, Liwa, Łotwa i Estonia wywalczyły niepodległość.

Kiedyś na placu Katedralnym odbywały się doroczne jarmarki kaziukowe (św. Kazimierz to patron Litwy), potem przeniesiono je na plac Łukiski (plac marszałka Piłsudskiego). Tu odbywały się publiczne egzekucje uczestników powstania styczniowego, m.in. Sierakowskiego i Kalinowskiego.

Naprzeciwko placu Łukiskiego mieści się Muzeum Ofiar Ludobójstwa, otwarte w 1992 roku, w budynku, w którym w XIX wieku mieścił się sąd carski, a podczas II wojny światowej – gestapo. Stąd droga wiodła do Ponar, gdzie zamordowano ok. 100 tys. ludzi, w tym głównie Żydów i Polaków; egzekucje wykonywali Niemcy, wspomagani przez kolaborantów litewskich. W czasach sowieckich była tu z kolei siedziba NKWD, potem KGB, w więzieniu torturowano i zamordowano setki ludzi, komuniści inaczej nie umieli wprowadzać swojego „raju na ziemi”. Na fasadzie budynku wypisano nazwiska ofiar represji władz stalinowskich (oczywiście wszystkie po litewsku, włącznie z polskimi). Obok Muzeum KGB znajduje się Pomnik Ofiar Ludobójstwa – kopiec usypany z polnych kamieni przywiezionych z różnych zakątków Litwy. To niezwykłe i pouczające, jak Litwini pamiętają, poza tym umieli nazwać komunizm po imieniu jako system ludobójczy, przed czym nadal wzdraga się „cywilizowany świat”, bo im się to nie opłaca. W 1945 roku z rozpędu i pod naciskiem Stalina udało się tylko niemiecki faszyzm nazwać ludobójstwem. I tak już zostało, choć ofiary komunizmu wołają o pamięć, a aktualny epigon KGB na Kremlu dalej morduje ludzi, teraz na Ukrainie...

Jesteśmy na prospekcie Giedymina (ul. Mickiewicza), najbardziej reprezentacyjnej alei Wilna, przy której znaleźć można wiele ekskluzywnych sklepów, kafejki i historyczne gmachy, w tym Litewskiej Akademii Nauk, Litewskiego Teatru Dramatycznego, wreszcie słynny budynek Sejmu. To właśnie tu 11 marca 1990 roku podpisano akt o przywróceniu niepodległości Litwy. Także tu w styczniu 1991 roku tej niepodległości przyszło bronić ponad 100 tys. obywateli, a wojska sowieckie ostatecznie nie zdecydowały się na krwawy szturm. Z tego wynika, że można i trzeba się przeciwstawiać, czego przykładnie uczył wilniuk „dziadek” Piłsudski.

Gdy wychodzimy z Prospektu Giedymina, razem z nami staje na światłach młody człowiek z psem, chyba yorkiem. Pies popatruje to na nas, to na swojego pana, to na zmianę świateł. Czeka na zielone. Pytamy, jak się wabi. Litwin z uśmiechem odpowiada po swojemu „Banditas” (Bandyta), co odwzajemniamy uśmiechem i tłumaczymy po naszemu: „Partyzant”.

Szukamy pałacu prezydenckiego – jest w dawnym Pałacu Biskupim. Obecnie architektura klasycystyczna w całej okazałości. Stołecznych obiektów jest na każdym kroku wiele, w tym ambasada RP w dawnym pałacu Paców przy ul. Świętojańskiej (Šv. Jono gatve).

Odpoczywamy na rozległym placu Ratuszowym, coś w rodzaju krakowskiego Rynku. Ratusz stanął za czasów króla Jagiełły, ale gotycką budowlę przerobiono na modłę klasycystyczną. Gdy był tu teatr, odbyła się premiera Halki Stanisława Moniuszki (1848 rok, wersja 2-aktowa). Teraz przez ulicę przebiega podkasana panna młoda, wzbudzając wesołość weselników – cel: ratusz, gdzie udzielają ślubów. Staje przed wejściem, to ona czeka na pana młodego? W 2002 roku na schodach ratusza prezydent Bush w towarzystwie prezydenta Adamkusa gratulował Bałtom przystąpienie do NATO. Przy placu trafiamy na piękny barokowy kościół św. Kazimierza. Takich świątyń jest mnóstwo, wiele w stanie remontu.

Do mnie najbardziej przemawiał kościół franciszkanów pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Budowlę wzniesiono w połowie XIV wieku, jeszcze u zarania chrześcijaństwa na Litwie. Wnętrze jest surowe, gotyckie, tajemnicze. Wchodzi się przez niską bramę, po kilku kamiennych schodach w dół. Fasada przebudowana manierą barokową. Te dwa style: barok i klasycyzm są wizytówką całego Wilna.

Na ogrodzeniu afisz o koncercie Ivo Pogorelicia. Kto pamięta tego skandalizującego, ekscentrycznego pianistę, który w 1980 roku porwał publiczność i część jurorów X Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego, ale nagrody nie zdobył? Dzisiaj to już osiwiały klasyk.

Wilno to był tygiel kulturowy i wyznaniowy, znacząca była diaspora żydowska. Przypomina o tym pomnik Gaona Wileńskiego, jednego z największych myślicieli żydowskich. Gaon Eliasz ben Salomon Zalman (1720-1797) rozsławił miasto jako „Litewską Jerozolimę”, mówiło się nawet (szczególnie w Nowym Jorku), że Wilno to światowe centrum jidysz.

O żydowskiej obecności przypominają fotogramy przedstawiające dawnych mieszkańców, wyklejone na okiennicach zrujnowanych kamienic przy ul. Żmudzkiej (Zemaitijos gatve). W sobotę wędrując ulicą Bakszty (Bokšto gatve) minęliśmy miejsce, gdzie młody, energiczny cadyk nawoływał i dyscyplinował zgromadzonych Żydów. Przy naszej ulicy Nowogródzkiej z kolei mijaliśmy codziennie Muzeum im. Gaona, a w nim także żydowskie Centrum Tolerancji. Czynna jest także Synagoga Chóralna.

Oprócz świątyń katolickich są kościoły ewangelickie oraz wiele cerkwi, tak greckokatolickich, jak i prawosławnych. Coś z ducha dawnego Wilna pozostało. Tylko ludzi brak.

Po mieście jeżdżą autobusy i trolejbusy (tramwajów nie ma), nie są przepełnione. Per pedes przemierzaliśmy codziennie ulice: Nowogródzką, Żmudzką, Dominikańską, Świętojańską, Zamkową itd. Aż w końcu przyszła pora na zwolnienie tempa. Pomyśleliśmy, że zrobimy to nad Wilią (piękna Neris), przez którą przerzucono tyle mostów. Idziemy ulicą Zawalną (Pylimo gatve), dalej Jagiellońską (Jogailos), w dalszej perspektywie, na drugim brzegu widać nowoczesne biurowce wileńskiego city. Przez niewielką Wilię można przejść m.in. mostem Białym, mostem Zielonym, mostem Mendoga. Trafił nam się most Zielony (Żaliasis Titas), który wieńczą na cokołach socrealistyczne posągi robotników, kołchoźnic i dojarek. Widok z mostu na rzekę zrekompensował tę ponurą, pokraczną pamiątkę.

Nad Wilią sporo miejsc do rekreacji, trafiliśmy na coś w rodzaju błoń, gdzie ludzie młodzi leżeli bykiem lub rozmawiali przy piwie, spotykały się pary, gdzieś obok boisko do plażówki. Wyciągnęliśmy się na trawie, a tu nad głowami... wzbiły się kolorowe balony, jeden za drugim, z kameralnymi załogami. A w rzece mało życia, tylko późnym wieczorem widzieliśmy smutnego łabędzia oraz łódź z milczącymi ludźmi, co w ciemności wyglądało jak przewóz Charona.

Odwiedzić cmentarz Na Rossie to obowiązek każdego Polaka. Niestety, przed bramą nie było nikogo, kto by sprzedawał znicze. Była jedna Polka oferująca mieczyki, ale tyle ich było przy grobie Matki Marszałka Piłsudskiego, że można było odnieść wrażenie, że to kwiaty „przechodnie”. Na grobowcu inskrypcja: „Matka i Serce Syna”. Na murze biało-czerwone wieńce i flagi. Tuż obok groby polskich żołnierzy z walk o Wilno 1919-1920 roku, niestety z niezbyt czytelnymi napisami.

W skupieniu weszliśmy na nekropolię, w dole ulica Powstańców (Sukilėlių gatve) dzieli cmentarz na dwie części: Starą i Nową Rossę, co przypomina al. Powstańców Wielkopolskich w Krakowie, którą (za czasów austriackich) wraz z linią kolejową przepołowiono cmentarz Podgórski.

Rossa jest najstarszym cmentarzem w Wilnie, założonym w 1801 roku. Krążymy wokół neogotyckiej kaplicy cmentarnej, gdzie pochowano znaczących wilnian, jak Joachim Lelewel, Józef Montwiłł, Władysław Syrokomla, Antoni Wiwulski i wielu innych. Ale refleksja ogólna jest taka: to skandal, w jakim stanie jest ta nekropolia, wiele nagrobków zdewastowanych, zarośniętych, pozrzucane krzyże, nieczytelne inskrypcje. Widzimy młodych ludzi z Polski, wyposażonych w jakieś sprzęty. Pytam, czy robią jakąś konserwację? Nie, przyjechali z warszawskiego Uniwersytetu Kardynała Wyszyńskiego i robią inwentaryzację. Parę nagrobków zawdzięcza renowację poznaniakom, gdzie przeprowadzono zbiórkę. A gdzie reszta, gdzie program rządowy, a nawet prezydencki? Wszak obaj nasi przywódcy to historycy. Jeden z nich lekką ręką wydał 2 mld zł na zakup nieużytych wagonów pendolino... Cmentarz Łyczakowski we Lwowie jest jednak w lepszym stanie. Rossa czeka na zasłużoną pamięć rodaków.

Czy poczułem Wilno tak jak Lwów? Może przez to, że mieszkaliśmy w oddalonym hotelu, gdy we Lwowie w prywatnym mieszkaniu w centrum miasta – było inaczej. Może niepotrzebnie aż tak próbowałem „uwieczniać obrazy” w setkach fotografii, co w gruncie rzeczy oddala fotografującego, stwarza barierę i dystans. A może powinniśmy pojechać tu i tam jeszcze raz?