Strona główna / Warto wiedzieć / Gdzie żyją Moskale

GP #2, 15 stycznia 2011 r.

Gdzie żyją Moskale,
czyli historia pięknej ladacznicy

MIŁOSZ P. WNUK

Zamek w Niedzicy
Park "Zofiówka" w Humaniu, urządzony
przez Stanisława Szczęsnego Potockiego
dla ukochanej żony Zofii

Wyprawę na Ukrainę – starym niemieckim oplem – rozpocząłem z niewielkiej bieszczadzkiej miejscowości Polańczyk nad Jeziorem Solińskim, gdzie mineralnymi wodami i zdrowym powietrzem leczą przeróżne choroby cywilizacyjne. Tak chyba można nazwać popularne dzisiaj zabolewania. Po dwudniowym tam odpoczynku ruszyłem wprost na granicę państwową z Ukrainą, czyli na Ustrzyki Dolne i Krościenko. Czekanie na granicy trwało około półtorej godziny, co uważane jest za rekordowo krótkie.

Pierwsze wrażenia zwykle są najważniejsze. Kiedy (już za granicą) jeden z pracowników stacji benzynowej dowiedział się dokąd zmierzam, wzniósł ręce w błogosławiącym geście i powiedział po polsku: „Niech Matka Boska Częstochowska pana ochrania!” Potem na szosę wybiegł kozioł, którego udało mi się ominąć w ostatnim momencie – na Ukrainie kozioł to symbol szczęścia... Dla dodania sobie otuchy kupiłem też butelkę wody mineralnej i butelkę wódki, pytając przy tym sprzedawcę, czy te dwa płyny można mieszać. Uśmiechnął się szeroko i powiedział, wskazując przy tym na butelkę z wódką: „One już są pomieszane”. „Tam, gdzie jest poczucie humoru – pomyślałem – tam też są i dobrzy ludzie. Nie zginę.”

Późne popołudnie szybko zamieniło się w wieczór i zapadł zmrok. Mijałem miasteczka, wsie, urocze cerkiewki, ale uwagę moją przykuwały też potężne dziury w asfalcie sprawiające, że samochody jadą jednym tylko pasem albo też wprost po chodnikach. Jezdnia między nimi pokryta jest bowiem głębokim błotem i jamami, jakby ktoś ją przeorał albo też jakby dopiero co przeszły po niej czołgi Czerwonej Armii.

Poprzez Stary Sambor, potem Sambor i Rudki kierowałem się na Lwów. Tam skręciłem na wschód i dalej – magistralą – jechałem w kierunku Tarnopola. Punktem docelowym był jednak Humań, ale tam – ze względu na niemiłosierne mrozy i śniegi – dotarłem już pociągiem, w wagonie sypialnym.

Zjeździłem Ukrainę wzdłuż i wszerz. Byłem we Lwowie i w Kijowie, w Charkowie, a także w Połtawie, Czerkasach i Chersonie, a nawet w niewielkim chutorze Prawdino, gdzie urodziła się Lidia Kolisniczenko, znana w świecie szamanka-uzdrowiciel pierwszej klasy.

Wróćmy jednak do pytania postawionego w tytule: gdzie żyją Moskale? Na pewno nie w Moskwie, jak zrazu mogłoby się wydawać. Trzeba aż przyjechać na środkową Ukrainę, na dawne ziemie Rzeczypospolitej sprzed rozbiorów, aby poznać poprawną odpowiedź: Moskale mieszkają w Czerkasach, Chersonie, Humaniu, Tulczynie i okolicach. Panuje tam powszechnie język rosyjski, a ukraiński różni się znacznie od tego, którym ludzie posługują się na zachodzie Ukrainy. To właśnie zachodni Ukraińcy wymyślili tę nieco pogardliwą nazwę „Moskale”, aby odróżnić od siebie i cywilizowanego świata środkową część Ukrainy.

– Kto zatem mieszka w Moskwie? – zapytałem.
– Oczywiście, Kacapy – padła odpowiedź.
– A jak nazywacie swoich rodaków z zachodniej Ukrainy?
– To są Chachły.

Nazwa zawiera aluzję do wymowy głoski „g”. Kiedy więc słyszę „hrafik” w miejsce „grafik” lub też „horod” zamiast „gorod”, to wiem, że mam do czynienia z Chachłami. Jeśli słyszę „goworit’”, to mówi Moskal, jeśli to samo słowo brzmi jak „howorit’”, to mówi Chachoł (nie mylić z Chochołem Wyspiańskiego).

Istnieje jeszcze jedna osobliwość w języku Chachłów. Uprościli wyraz „co” (który poprawnie wymawiany powinien brzmieć „szto”) do „szo”. Stopniowo wersja ta rozszerza się na całą Ukrainę. Różnice te najbardziej rzucają się w oczy w pobliżu granicy z Polską. Tam, po polskiej stronie, Chachłów nazywają „Szoszoni”. Przez przypadek jest to także nazwa szczepu indiańskiego zamieszkującego kiedyś środkowo-zachodnią Amerykę oraz Kanadę. A czy Ukraińcy mają jakąś nazwę własną dla Polaków? Oczywiście! Nazywają ich „Prztyki”, bo w tym jednym krótkim słowie zgrupowane są aż cztery spółgłoski pod rząd. Taki splot twardych i nieprzyjemnych dla ucha dźwięków wymówić potrafią tylko Polacy.

W okolicach Lwowa i Tarnopola niedbale traktuje się również język rosyjski. Zamiast poprawnie mówić „ty gde?” (gdzie jesteś?), mówią „ty de?” Dla przybysza z zagranicy jest to pułapka, z której nie sposób się wydobyć, bo tamtejszy język jest przedziwną mieszanką polskiego, ukraińskiego i słowackiego, a może nawet serbskiego. Bo to właśnie tam zbiega się granica Ukrainy z granicami Słowacji, Węgier, Rumunii, Mołdawii i Polski. Do Rosji stamtąd daleko i nawet ulica Rosyjska napisana po ukraińsku wygląda trochę inaczej niż napisana po rosyjsku, pomimo bardzo zbliżonej wymowy. Czy taki lokalny język na zachodniej Ukrainie ma swoją nazwę? Ma. Nazywają go „surżik”. Stolica dba jednak o to, by w szkołach w całym kraju uczono poprawnego języka – tego, który słyszy się w radio lub telewizji.

Najpiękniejsza odmiana ukraińskiego to język poezji Tarasa Szewczenki i prozy Iwana Franki. Byłem w dwóch wiejskich domach zamienionych na ich muzea. Pierwszy z nich znajduje się w wiosce Moryńce (dawniej – Kyryliwka) nieco na południe od Czerkas. To dom, w którym urodził się narodowy wieszcz Ukrainy Taras Szewczenko. Drugi natomiast znajduje się w Nahujowicach na Podkarpaciu, w zachodniej Ukrainie, nieopodal Drohobycza. Tam, w górach, żył i pracował pisarz Iwan Franko.

W Krzemieńcu natomiast trafiłem na dom matki Juliusza Słowackiego, zamieniony obecnie w muzeum. Młoda przewodniczka – nienaganną polszczyzną, zupełnie bez kresowego akcentu, jaki słychać na przykład we Lwowie – opowiadała o życiu polskiego wieszcza i jego bezgranicznym przywiązaniu do ziemi krzemienieckiej. Skromnego domu rodzinnego Słowackiego nie można nawet porównać do przepysznych pałaców – siedzib polskich magnatów na Ukrainie. W muzeum znajduje się kilka pokoi, każdy inaczej wystrojony i w innym kolorze, symbolizujących różne miasta Europy ważne w życiu poety. Najradośniejszy z kolorów, jasnopomarańczowy, reprezentuje Krzemieniec, miejsce narodzin Słowackiego, a najsmutniejszy, szaroniebieski kolor symbolizuje Paryż, miejsce jego emigracji po powstaniu listopadowym. To stamtąd pisał poeta setki listów do matki pełnych czułości, jak gdyby przeczuwał, że przyjdzie mu tam przedwcześnie umrzeć.

Obok Krzemieńca leży Zbaraż, gdzie wojska koronne broniły się przed hordami Chmielnickiego. Na miejscu dawnej twierdzy dziś znajduje się restauracja „Zimowy sad”, w której pod wysokim szklanym dachem rosną palmy.

Pałac Branickich, oszałamiający swą wielkością, rozmachem oraz włoską architekturą nadal stoi w Białej Cerkwi, niedaleko od Drohobycza.

W wiosce Wiśniowiec, w odległości zaledwie kilkunastu kilometrów od Krzemieńca, pośród pustej prerii wyrasta ogromny barokowy pałac, dawna siedziba magnatów z rodu Wiśniowieckich. Jedynie współcześni im Potoccy, Braniccy lub też Radziwiłłowie mogli porównywać swoje posiadłości z tą w Wiśniowcu.

Obejrzałem siedzibę Potockich w Tulczynie oraz ich przecudny park angielski, „urodzony z miłości”, w Humaniu. W latach 1789-1803 Stanisław Szczęsny Potocki wybudował ten bajeczny park za 15 mln ówczesnych złotych. Nazwał go „Zofiówką” i ofiarował w prezencie swojej młodej żonie Zofii, nazywanej także piękną Bitynką – od Bitynii, tureckiej prowincji, w której Zofia wyrosła jako córka biednej sprzedawczyni warzyw. Jej ciotka, Glavani, była stambulską kurtyzaną przy wojsku tureckim. Pod jej to opieką pozostawała Zofia od 12. roku życia, posługując się imieniem Dudu. W wieku 17 lat została sprzedana przez ciotkę Karolowi Boscampowi-Lasopolskiemu, posłowi nadzwyczajnemu Rzeczypospolitej przy Porcie Ottomańskiej. Do kwietnia 1778 r. pełniła przy nim funkcję oficjalnej metresy, a równocześnie była w Stambule luksusową kurtyzaną. W styczniu 1779 r. piękna Dudu wyruszyła przez Rumunię do Polski. Tam Karol Boscamp-Lasopolski wydał ją za mąż (po pewnych perypetiach) za Józefa Witta, syna komendanta twierdzy w Kamieńcu Podolskim. Józef wkrótce otrzymał nominację, zresztą kupioną przez ojca w Warszawie, na komendanta Chersona, a potem zdobył rangę generała rosyjskiej armii. W podróż poślubną państwo Wittowie wybrali się do Warszawy oraz siedzib innych dworów królewskich w Europie. Odwiedzili Niemcy, Belgię, Francję i Austrię. Wszędzie tam pani Wittowa budziła zachwyt swą niezwykłą urodą. Oczywiście imię Dudu zostało zamienione na Zofię. Wymyślono jej również szlachetny rodowód. Pani Wittowa została okrzyknięta najpiękniejszą kobietą Europy, a w czasie podróży została kochanką m.in. hrabiego Prowansji, późniejszego króla Francji Ludwika XVIII, i jego brata, hrabiego Artois.

W 1790 r. Zofia udała się w podróż do Stambułu. Tam zastał ją wybuch wojny rosyjsko-tureckiej. Niecały rok później znalazła się w obozie głównego dowódcy wojsk rosyjskich, faworyta Katarzyny Wielkiej, księcia Grigorija Potiomkina. Byli kochankami aż do jego śmierci w 1791 r. Wkrótce po tym, 6 grudnia 1791 r., na balu imieninowym na cześć Katarzyny II, poznała hrabiego Stanisława Szczęsnego Potockiego, pana na Tulczynie. Hrabia zakochał się w Zofii od pierwszego wejrzenia.

O ślubie nie mogło być wówczas mowy, gdyż zarówno pani Wittowa, jak i hrabia Potocki posiadali legalnych małżonków. Nie zważając jednak na przeszkody rodzaju de iure, Zofia została kochanką Szczęsnego Potockiego de facto i towarzyszyła mu w podróży po Europie. Kiedy w 1789 r. żona Potockiego Józefina z d. Mniszech umarła, ten „odkupił” Zofię od Józefa Witta, który zgodził się na rozwód bez dalszego oporu. Ślub Zofii i Szczęsnego odbył się 17 kwietnia 1789 r. w Tulczynie w obrządku katolickim i równocześnie prawosławnym, jako wyraz szacunku młodej pary wobec carycy Katarzyny. Ceremonia miała miejsce w skromnym kościele dominikańskim zbudowanym przez Potockiego naprzeciw siedziby w Tulczynie. Kościół ten stoi nienaruszony do dziś, tyle że w 1833 r., po konfiskacie wszystkich dóbr Potockich na Ukrainie przez cara Aleksandra I, przemianowano go na cerkiew prawosławną. Widziałem tam licznych wiernych przychodzących na mszę.

Zofia urodziła Potockiemu – jeszcze przed ślubem – trójkę dzieci: Konstantego, Mikołaja i Helenę. Zmarli jednak w dzieciństwie podczas epidemii dżumy w Humaniu. Z formalnego już związku urodziło się później pięcioro dzieci: synowie – Aleksander, Mieczysław i najmłodszy Bolesław (który najprawdopodobniej był dzieckiem Jerzego, najstarszego syna Szczęsnego Potockiego i Józefiny) oraz dwie córki – Zofia (po mężu Kisielew) oraz Olga (po mężu Naryszkina).

O losach pięknej Zofii Potockiej (Dudy lub Bitynki) historycy spisali całe tomy; nie sposób, choćby w przybliżeniu, podać tutaj wszystkie ciekawe szczegóły jej życia. Opisy historyków znacznie zresztą różnią się między sobą. Na przykład, jedni twierdzą, że to właśnie ona z rozkazu carycy Katarzyny II namówiła Potockiego do udziału w zdradzieckim dla Polski układzie targowiczan. Inni dowodzą, że choć niewątpliwie była szpiegiem rosyjskim, to przestrzegała męża przed politycznym układem z Rosją. Jednak i tak caryca oszukała na końcu wszystkich – i króla Polski, i targowiczan, prowadząc do zupełnego rozbioru Polski, kiedy to „dla zachowania spokoju w Europie i dla dobra narodu polskiego” Polska zniknęła z mapy Europy. Ta różnica zdań świadczy o dwóch możliwościach: pierwsza – szpieg nie zawsze musi zachować lojalność wobec strony, której służy; druga – historia nigdy nie była, i chyba nie będzie, nauką obiektywną.

„Urodzony z miłości” angielski park w Humaniu zajmuje obszar 178 hektarów i znajduje się obecnie pod opieką Państwowej Akademii Nauk Ukrainy jako park dendrologiczny. Zaiste, jest to ósmy cud świata. Ten, go nie widział, może mieć jedynie mgliste wyobrażenie o pięknie przyrody wspartej fantazją i miłością człowieka. Powstanie parku miało być niespodzianką dla Zofii, lecz istnieją dowody, że i ona sama pomagała architektom Metzlowi i Oliwie w planowaniu różnych jego zakątków. Pracą zatrudnionych tam setek pańszczyźnianych chłopów kierował niejaki Zaremba. W ten sposób powstał ogromny park angielski, na wzór innych przepysznych ogrodów w Europie, jak Sans Souci w Niemczech, Trianon we Francji oraz Arkadia koło Warszawy, pełen egzotycznej roślinności, romantycznych altanek, alegorycznych rzeźb oraz postaci z mitologii greckiej. Mimo iż właściciele parku zmieniali się później kilkakrotnie, zachował się on do dziś w całej swej okazałości, wrośnięty w miasteczko Humań, i nadal zwie się „Zofiówką”, lub też bardziej w duchu języka ukraińskiego – „Sofijewką”. Zwiedzają go tłumy turystów z całego świata. To także ulubione miejsce ślubów i innych uroczystych okazji.

Humań stał się sławny nie tylko dzięki „Zofiówce”, ale też mogile cadyka Nachmana, założyciela ruchu chasydów bracławskich. Obudowana jest ona dzisiaj synagogą, a odwiedza ją każdego roku we wrześniu na żydowskie święto Jom Kippur rzesza turystów (i młodzież) z Izraela, tak jak Leżajsk w Polsce. Żydzi, którzy oprócz ortodoksyjnej religii posiadają zmysł do robienia korzystnych interesów, zbudowali w tym miejscu szereg wysokich bloków mieszkalnych, a także „osobniaków”, które bogaci obywatele Izraela kupują albo wynajmują, aby uniknąć kosztów w miejscowym hotelu „Sofijewka”.

Wróćmy jednak do Stanisława Szczęsnego Potockiego. Jego życie oscylowało między dwoma skrajnościami: wielkim szczęściem i bezdenną tragedią. Jako jedyny syn Franciszka Salezego Potockiego (1700-72), wojewody kijowskiego w Rzeczypospolitej, bogatszego od samego króla Polski, Stanisław Szczęsny odziedziczył po ojcu ogromną fortunę. Myliłby się jednak ten, kto utożsamiałby jego bogactwo ze szczęściem. Urodził się w 1753 r. w Krystynopolu, a zmarł 14 marca 1805 r. w Tulczynie. Był marszałkiem konfederacji targowickiej, którą stworzył w białoruskiej wiosce Targowica w maju 1792 r. wraz z Branickim i Rzewuskim (to tam, gdzie obecnie prezydent Aleksander Łukaszenka zamierza budować pomnik upamiętniający politycznie poprawną postawę polskich magnatów). Celem konfederacji było przeciwstawienie się królowi Polski, a zwłaszcza postanowieniom Konstytucji 3 maja, i związanie swojego losu z Rosją. Wszyscy trzej przywódcy konfederacji uważani są w Polsce za zdrajców ojczyzny. Portrety tych trzech wielkich magnatów z Ukrainy wisiały w Warszawie na szubienicach wraz z trupami innych sympatyków i przyjaciół konfederacji podczas powstania listopadowego. Trudno dziś powiedzieć, czy do udziału w Targowicy namówiła Potockiego Zofia (działając w imieniu carycy Katarzyny II), czy też on sam tak zadecydował. Niemniej jednak jako generał artylerii koronnej Rzeczypospolitej musiał Polskę opuścić (bo caryca wszystkich biorących udział w tym układzie politycznym oszukała) i został uznany za zdrajcę przez Warszawę.

Nie lepiej miały się sprawy w życiu prywatnym magnata. Piękna Zofia spała z wieloma generałami armii rosyjskiej, nie mówiąc już o Jerzym. Tak więc wielki i bogaty Szczęsny Potocki utracił i syna, i żonę, a na koniec – również ojczyznę. Klątwa ta jak gdyby przeniosła się na następne pokolenia Potockich, a piętno zdrady nigdy z nich nie zostało zdjęte.

Poprzednie dwa małżeństwa Stanisława Potockiego również nie miały szczęśliwego końca. Kiedy jako młody chłopak zakochał się w Gertrudzie Komorowskiej, córce szlachcica zza sąsiedniej miedzy, jego ojciec i matka kategorycznie sprzeciwili się małżeństwu przez wzgląd na różnicę statusu społecznego (i finansowego) rodu Komorowskich. Mało kto mógł wówczas równać się z potęgą Potockich. Mimo to, Szczęsny potajemnie ożenił się z Gertrudą w 1770 r. Kiedy jednak młoda żona zaszła w ciążę, mniej więcej rok po ślubie, na rozkaz teścia została uprowadzona z domu i wywieziona saniami w kierunku klasztoru, gdzie zamierzano ją uwięzić. Po drodze okazało się jednak, że porwana kobieta udusiła się pod skórami i poduszkami, którymi ją okryto. Trupa brzemiennej Gertrudy utopiono w przerębli w przydrożnym stawie. Po tym wydarzeniu Szczęsny długo nie mógł przyjść do siebie, a rodzice Gertrudy grozili jego rodzicom sądem i wyrokiem skazującym na dożywotnią banicję. Dopiero kiedy oboje rodzice Potockiego zmarli, Szczęsny ożenił się po raz wtóry – tym razem z bardzo bogatą wybranką, Józefiną Mniszchówną. Urodziła mu jedenaścioro dzieci (choć ojcostwo tylko trójki z nich przypisuje się Szczęsnemu), ale małżeństwo rozbiła jego szaleńcza miłość do pięknej Zofii z Butynii.

Jerzy Potocki, najstarszy syn Szczęsnego, nigdy się nie ożenił i oficjalnie zmarł bezdzietny w 1809 r. Był znanym hulaką i rozpustnikiem. I chociaż w owych czasach polskim panom na Ukrainie wiele wybaczano, tego Potockiego historia pamięta jako łotra. Mianem „ludzkiego pana” określano wówczas takiego, który „nie bił po mordzie” okolicznych chłopów.

Dla kontrastu, przyrodni brat Jerzego, Aleksander Potocki (1798-1868), syn Zofii i Stanisława Szczęsnego, próbował zrehabilitować ojca w oczach swoich rodaków w Warszawie. Chociaż osobiście nie mieszał się do warszawskich wydarzeń związanych z powstaniem styczniowym, a nawet napisał z Berlina wiernopoddańczy list do cara Aleksandra I, odżegnując się od wszelkich związków z powstańcami, to jednak w końcu zdeklarował się po ich stronie. Za namową swej młodszej siostry, Zofii Kisielew, żony generała rosyjskiego, Aleksander Potocki wyłożył dużą sumę pieniędzy na stworzenie pułku wojska polskiego mającego wspierać powstańców przeciw Rosji. Historia jednak zrządziła, że pułkowi nie dano szansy oddać ani jednego strzału, a całe powstanie upadło 21 października 1831 r. Car Rosji uznał akcję Aleksandra Potockiego za zdradę stanu. Wszystkie jego posiadłości na Ukrainie, łącznie z rodową w Tulczynie oraz parkiem „Zofiówką” w Humaniu, zostały skonfiskowane i oddane administracji rosyjskiej. Od tej pory „Zofiówce” nigdy już do Polski nie było sądzone wrócić, a i Aleksander Potocki nie odważył się przyjechać do kraju. Zmarł w Dreźnie w 1868 r.

Podobno najmłodszy syn Zofii, Bolesław, nie był synem Szczęsnego, lecz jego syna Jerzego. Po latach sprawiedliwość upomniała się o swoje: starszy brat Bolesława, Mieczysław, wystąpił przeciwko matce i zabronił jej przebywać w Tulczynie. Chcąc nie chcąc, Zofia musiała przeprowadzić się do Humania. Mieczysław był jedynym jej synem, którego wydziedziczyła w testamencie, zanim zmarła na przewlekłą chorobę nowotworową narządów rodnych. Było to 24 listopada 1822 r. w Berlinie.

W myśl ówczesnego polskiego prawa cywilnego, ze względu na brak wniesionego przez Zofię posagu, niewiele jej się należało w spuściźnie po mężu. Jedynymi pełnoprawnymi spadkobiercami dóbr magnackich byli synowie z małżeństwa Szczęsnego z Józefiną Mniszech. Zofia sądziła się więc z dziećmi Józefiny i... udało jej się zatrzymać dla swoich dzieci prawie cały majątek. A stało się tak dzięki poparciu Jerzego Potockiego oraz carskiego gubernatora Nikołaja Nowosilcowa, z którym również łączył ją intymny związek. I w ten oto sposób właścicielem rodowego Tulczyna został jej najstarszy syn Aleksander. Czy był wówczas ktoś w imperium rosyjskim, kto mógł z Zofią Potocką wygrać? Nie sądzę.

Wróćmy jednak raz jeszcze do czasów współczesnych, a w szczególności do rozważań lingwistycznych oraz pytania postawionego na początku. Podsumowując, możemy powiedzieć, że kiedy z Rzeszowa podróżujemy przez Przemyśl i Mościska na wschód w kierunku Lwowa, to poruszamy się najpierw pośród Prztyków, potem Szoszonów, dalej Chachłów i na koniec – jeśli jedziemy aż do Kijowa, trafiamy do Moskali. No, a gdzieś tam daleko na północ i na wschód od Ukrainy, w Moskwie, siedzą Kacapy. Trzeba przyznać, że jest to ciekawe rozwiązanie odwiecznych sporów narodowościowych, podyktowane lingwistyką, a nie religią czy też polityką narodowościowych wichrzycieli i warchołów takich jak nasz Orzechowski i jego współcześni zwolennicy w Warszawie.

W drugiej połowie XXI wieku, kiedy wszystkie państwowe granice w obrębie Europy znikną, będzie to jedyny rozsądny sposób odróżnienia nas od sąsiadów ze wschodu. Dzisiejsza młodzież stopniowo staje się jednym społeczeństwem o wspólnej europejskiej kulturze, choć o bardzo różnym dziedzictwie kulturowym.

Współczesny Lwów żyje Polską. I wydaje się, że przyszedł już czas, aby Polska zwróciła się w tamtą stronę i wchłonęła w siebie tę piękną ziemię, która kiedyś była trzonem Rzeczypospolitej i z której pochodziły jej wielkość i bogactwo. Tak, „wchłonęła” – nie w sensie terytorialnym, lecz w sensie ducha i kultury. Nawet hymny narodowe Polski i Ukrainy zaczynają się od tych samych słów. Kiedy my śpiewamy „Jeszcze Polska nie zginęła”, oni w miejsce „Polska” podstawiają „Ukraina”. A i melodia jest podobna; nic nas zatem nie dzieli, tylko przesądy i okrutna historia.

Czas wreszcie, by wspomnieć o tym, co myślał i pisał Mykoła Kostomarow – historyk i główny współtwórca programu ideowego romantyków kijowskich. Prace jego zawarte są w Księgach istnienia narodu ukraińskiego, gdzie Słowian przedstawia się jako spadkobierców Królestwa Bożego. Kostomarow uważa, że wyjście z trwających od pokoleń waśni między Słowianami nastąpi jedynie po odrodzeniu prawdziwej miłości chrześcijańskiej, kiedy każdy „Słowianin i Ukrainiec nie będzie lubił ani cara, ani pana, ale pokocha i będzie pamiętał o jedynym Bogu – Jezusie Chrystusie”. Tak czytamy w Księgach.

Aby odbiec od patosu, opowiem jeszcze o zabawnym incydencie, jaki zdarzył mi się kilka lat temu na granicy polsko-ukraińskiej, w Mościskach. Reprezentując Polską Fundację Jana Paderewskiego, pewnego dnia bawiłem z kurtuazyjną wizytą w Przemyślu. Do rozpoczęcia imprezy pozostawał jeszcze niemal cały dzień. Powziąłem szybką decyzję: odwiedzę Lwów, którego nigdy w życiu nie widziałem (a sporo o nim słyszałem), i na wieczór wrócę do Przemyśla. Sądząc z mapy, Lwów był nieopodal, a jedyną przeszkodę w wykonaniu planu stanowiła granica państwowa. Uparłem się jednak i odczekałem swoje w kolejce czekających tam samochodów. Nie było aż tak źle, jak mi w Polsce opowiadano, jednak granica, zwłaszcza ta, to nie żarty. Po dokonaniu wszystkich formalności paszportowych i celnych po obydwu stronach, rozwarła się przede mną stalowa brama imponujących rozmiarów, jakby broniąca wjazdu do twierdzy. Droga na Ukrainę stała przede mną otworem. Wówczas jednak, w ułamku sekundy, zobaczyłem długi sznur samochodów po przeciwnej stronie czekających na wjazd do Polski. Wykonałem pełny obrót i dodałem gazu. Uciekłem goniącym mnie umundurowanym Ukraińcom, udając, że ich nie widzę. Zatrzymałem się dopiero przy polskim pograniczniku. Oficer obejrzał mój paszport (według przybitych przed chwilą pieczątek, powinienem właśnie być na Ukrainie), potem spojrzał na mnie i surowo zapytał: „Był pan w końcu na Ukrainie, czy nie?” Odpowiedziałem: „Proszę pana, jaka to Ukraina, to wszystko Polska!” Oficer lekko się uśmiechnął i po przybiciu jeszcze jednej pieczątki oddał mi paszport, mówiąc: „Proszę jechać”.

Oto cała historia mojej pierwszej podróży na Ukrainę.