Strona główna / Warto wiedzieć / Opowieść o człowieku, który rzeźbił górę Thunderhead

GP #4, 11 lutego 2012 r.

Opowieść o człowieku,
który rzeźbił górę Thunderhead

RYSZARDA L. PELC

Zamek w Niedzicy
Dakota. Crazy Horse

W XIX w. minęły czasy, kiedy tylko nieliczni traperzy i osadnicy z Europy zamieszkiwali tereny obecnych Stanów we względnej zgodzie z indiańskimi sąsiadami.

W latach 30. XIX w. biali osadnicy wypierali Indian z terenów na wschód od Mississipi. Dochodziło do krwawych starć, a w konsekwencji do wyparcia Indian i zmuszeniu ich do osiedlania się w innych miejscach. Indianie z rejonu Wielkich Jezior (Superior, Huron, Michigan, Erie, Ontario), a w tym liczne plemię Lakota, zostali siłą przesiedleni na tereny obecnej Dakoty, Wyoming i Montany.

W 1834 r. rząd USA zdecydował się na podpisanie traktatu dającego Indianom mało wówczas znane tereny na zachód od Mississipi. Uznano je za nienadające się do osadnictwa białych. Północna część Dakoty to nieobjęte okiem rozległe prerie, na których harcowały ogromne stada bizonów.

Plemiona koczownicze (Cheyenne, Crow, Kiowa)zaczęły adaptować się do nowych warunków życia. Bogate tereny łowieckie sprawiały, iż polowania zapewniały pożywienie. Ale ku ich nieszczęściu, w latach 70. XIX w., ściślej w 1874 r., w Black Hills znaleziono złoto. Zaczęła się kolejna „gorączka”. I wtedy rząd amerykański wycofał się z umów i podjął próbę usunięcia Indian z przyznanych im wcześniej terenów. Doprowadziło to do kolejnych wojen.

Historia krwawych bitew wielokrotnie została opisana, więc pominę ten temat. Wielkie, krwawe wojny mają swoich słynnych bohaterów. Indianie mieli ich także. Jednym z nich był Crazy Horse, czyli „Szalony Koń”. I w tym miejscu historia Indian w zaskakujący sposób zaczyna splatać się z historią wnuka polskich emigrantów, znakomitego rzeźbiarza-samouka, Korczaka Ziółkowskiego.

Korczak Ziółkowski to postać, która doskonale komponuje się w romantycznej, nigdy nie dokończonej opowieści o Dzikim Zachodzie. Historia Korczaka to równocześnie część historii emigracji, historia rodzenia się świadomości o własnej przynależności narodowej i wreszcie historia ludzkiej potrzeby sprawiedliwości.

Może nieco patetycznie to zabrzmi, ale jego życie i praca stały się wyrazem protestu przeciw przemocy i okrucieństwu, przeciw zdradzie i łamaniu traktatów. O Ziółkowskim po raz pierwszy czytałam dawno, w wydanej w Polsce książce Waldemara Łysiaka Amerykański saloon.
Nie przeczuwałam nawet, że kiedyś i ja znajdę się w miejscu, gdzie Korczak znalazł swoją górę, którą rzeźbił. Nie wiedziałam, że za kilka lat znajdę się w domu artysty, który twierdził, iż Ameryka jest krajem, gdzie każdy może mieć górę, którą można rzeźbić. On znalazł swoją w Południowej Dakocie. Ta góra nazywa się Thunderhead.

Dziadek Ziółkowski herbu Korczak przypłynął z Polski u schyłku XIX w. Wnuk Korczak (to imię) urodził się 6 września 1908 r. w Bostonie. Jego rodzice – Anna i Józef – zginęli tragicznie w wypadku. Osieroconego w niemowlęctwie przygarnęła rodzina zastępcza. Jego wspomnienia i doświadczenia z dzieciństwa są gorzkie. Opuścił opiekunów mając zaledwie szesnaście lat. Chwytał się różnych zawodów, by wreszcie znaleźć pracę w stoczni jako cieśla. Pasjonowała go rzeźba w drewnie i kiedy poznał Jana Kirchmajera, w jego życiu nastąpił przełom. Kirchmajer nie tylko uczył go rzeźby, ale uświadomil mu też jego polskie pochodzenie.

W latach 30. XX w. Korczak Ziółkowski zdobył uznanie jako rzeźbiarz. Znane były już jego prace. Rzeźbił między innymi ręce słynnego kompozytora i dyrygenta Leopolda Stokowskiego, popiersia rumuńskiego kompozytora Georga Enesco i słynnej śpiewaczki Olgi Alverino. Rok 1939 był kolejnym rokiem sukcesu. Na wystawie światowej w Nowym Jorku jego rzeźba – głowa Ignacego Paderewskiego, pianisty i premiera Polski, zdobyła pierwszą nagrodę. Korczak dostał propozycję pracy przy pomniku w Mount Rushmore.

Wyjechał do Południowej Dakoty, by pracować wraz z Gutzonem Borglumem. Po roku współpracy Ziółkowski odszedł. Dostał w tym czasie dość niezwykłą propozycję. Henry Standing Bear, wódz Siuksów, złożył Korczakowi propozycję wyrzeźbienia wodza „Szalonego Konia” (Crazy Horse). Zapewne była to próba odpowiedzi na prace na Mount Rushmore, gdzie biały człowiek zakłócił spokój świętego dla Indian miejsca, rzeźbiąc głowy czterech amerykańskich prezydentów. W swoim liście do Korczaka Henry Stojący Niedźwiedź (Standing Bear) napisał: „Moi wodzowie i ja chcielibyśmy, by biały człowiek wiedział, że czerwony człowiek też ma swoich bohaterów”.

Jednakże Korczak nie odpowiedział na propozycję. Wybuchła wojna i jak wielu innych Amerykanów polskiego pochodzenia zgłosił się do wojska. Ale wizja rzeźbienia góry nęciła go i kiedy znalazł się w cywilu, zdecydował się na wyjazd. Na miejsce Paha Sapa (Czarne Wzgórze) przyjechał 3 maja (co za symbolika dla polskiego czytelnika!) 1947 r.

Opuścił cywilizację bostońską, dobrze rozwijącą się artystyczną karierę, by osiąść w Black Hills, w rezerwacie Indian Lakota. Najpierw zamieszkał w małym namiocie i w tym czasie budował rodzinny dom. Zaczął przygotowywać się do rzeźbienia góry. Jego zamierzenia były na miarę giganta. W pracy pomagała mu żona, a potem kilkoro z jego dziesięciorga dzieci. One pracują do dziś. Korczak Ziółkowski zmarł 20 października 1982 r. Jego grób znajduje się u stóp przyszłego pomnika. Wyryty napis głosi: „Korczak – Storyteller in Stone”.

Projekt pomnika Szalonego Konia jest trudnym wyzwaniem. Trzeba sobie wyobrazić wielkość zamierzenia. Głowa Indianina ma blisko 30 metrów, jego wyciągnięte ramię, na którym stanąć by mogło cztery tysiące ludzi, ma rozmiar stadionu sportowego, głowa konia odpowiada wysokości dwóch pięter. By dokonać tego dzieła, trzeba i sił, i środków. Przez lata Korczak sam zmagał się z tą pracą, odrzucił propozycję rządu federalnego i stanowego, nie przyjął ofiarowanych mu pieniędzy. Po jego śmierci pracę kontunuują jego dzieci. Powołano fundację. Pieniądze na trwającą wciąż budowę pochodzą ze sprzedaży pamiątek i biletów wstępu. I darowizn. I jak zawsze, gdy w grę wchodzą pieniądze, zaczynają się problemy. Ale nie to jest przedmiotem mojej opowieści o Korczaku Ziółkowskim i Szalonym Koniu.

Jeżeli kiedyś los (bądź świadomy wybór) zawiedzie Państwa do Południowej Dakoty, wstąpcie, by odwiedzić to miejsce, gdzie przez ponad 30 lat żył i pracował człowiek o niezwykłej wyobraźni i odwadze. Zatrzymajcie się Państwo tam na chwilę, by zrozumieć sens słów prezydenta Ronalda Reagana, który napisał w liście kondolencyjnym do wdowy po Korczaku Ziółkowskim: „Wizja i marzenia Pani męża są inspiracją dla tych, którzy sięgają w dziedziny ducha”.

List prezydenta Lecha Wałęsy był, o ile pamiętam, jedynym listem z Polski eksponowanym w muzeum Korczaka. „Jako Polak jestem dumny, że Korczak Ziółkowski podjął dzieło, które będzie symbolem bohaterstwa, potęgi niezwyciężonego ducha, umiłowania wolności”.

Czy symbole pozostaną? Czy legendy pozostaną żywe? Nie potrafię na te pytania odpowiedzieć. Życie uczy, że odpowiedź może być negatywna. Ale trudno mi nie zgodzić się z tym, co powiedział Korczak Ziółkowski: „Kiedy legenda umiera , kończą się marzenia. Kiedy umierają marzenia, nie ma już wielkości”.