Strona główna / Historia / Żołnierze Wyklęci

GP #11, 20 maja 2013 r.

Żołnierze Wyklęci –
Wyrzut sumienia dla kolaborantów
i spadkobierców czerwonych katów!

MAREK JAN CHODAKIEWICZ

Zolnierze wykleci
Wileńszczyzna, rok 1944, szefostwo 5. Wileńskiej Brygady
AK w marszu. Pierwszy z lewej jej dowódca Zygmunt
Szendzielarz "Łupaszka", już wkrótce jeden
z "żołnierzy wyklętych"
(Mikołaj Sprudin/Fundacja Ośrodka KARTA)

Najpierw anegdota. Było to na początku lat dziewięćdziesiątych. Pewien „prawicowy” minister obrony spytał mnie, co robię w Polsce. Odparłem, że badania do pracy doktorskiej, mikrostudium powiatu kraśnickiego, ale w danym momencie zajmuję się Narodowymi Siłami Zbrojnymi. Prychnął z pogardą: „Po co? Przecież z tego kariery nie będzie!”. Ja na to: „Po to, że im się należy, bowiem walczyli o to, aby Polska była wolna. Po prostu należy im się wdzięczność. I należy im się pamięć i prawda, bowiem przez tyle lat wylewała na nich pomyje komunistyczna propaganda”.

Minister spojrzał na mnie z pobłażającą wyższością i zrzucił moje „fanaberie” na mój widocznie młody wiek. Wyglądałem na nastolatka, miałem ponad trzydziestkę. Ponadto ja przyjechałem z USA i doskonale wiedziałem, że na NSZ, jak również na ulubionej wileńsko-nowogródzkiej AK ani w ogóle na niczym polskim w USA kariery się nie zrobi. Natomiast minister był koniunkturalnym PRL-owcem, wykorzystującym głuchą dzicz na polskiej prawicy, aby się wspiąć i uwić gniazdko, co mu się nie udało, bo wnet wypadł z obiegu, postawiwszy na niewłaściwego konia. Pokazuje się dyżurnie na rocznicach, ale mało kto o nim pamięta. Zresztą była to postawa wśród postpeerelowskiej elity dość powszechna. Pewien obecny wiceminister odmówił w tym czasie przyjęcia artykułu o oficerze NSZ do periodyku historycznego, który prowadził na emigracji, bo stwierdził, że to wprawdzie dobry temat i facet był w porządku, ale „jeszcze za wcześnie”. Tymczasem Żołnierze Wyklęci są. Ciężka praca garstki zapaleńców, którym przewodzili: Leszek Żebrowski, Jan Żaryn, Janusz Kurtyka, Bohdan Urbankowski i kilku innych, zaczęła na początku nowego tysiąclecia przynosić skutki. Pierwsze wysiłki popularyzatorskie wychodziły od kombatantów, którzy zarażali tym swoje rodziny i młodzież, a nabrały dynamiki głównie dzięki Lidze Republikańskiej, która jako pierwsza spopularyzowała określenie „Żołnierze Wyklęci”.

W tej chwili nie tylko istnieje obszerna historiografia o antykomunistycznych powstańcach, głównie dzięki Instytutowi Pamięci Narodowej, ale stali się oni młodzieżowymi bohaterami alternatywnymi. Są o nich pieśni, klipy; ich imiona i nazwiska skandują patriotyczni demonstranci; twarze Witolda Pileckiego, Danki Siedzikówny, Zygmunta Szendzielarza, Adama Doboszyńskiego i wielu innych pojawiają się na ogromniastych płachtach rozwijanych przez patriotycznych kibiców na stadionach.

Historyk miał obowiązek opowiedzieć o wyklętych. Polak świadomy swej polskości musi identyfikować się z ciągłością tradycji, której wyklęci bronili. Dlaczego imponują młodym? „My nigdy nie poddamy się” – krzyknął mjr cc. Hieronim Dekutowski „Zapora”, gdy go zmaltretowanego wyciągano z celi na egzekucję. Wieszany bodaj w 1946 r. publicznie w Lidzie na Nowogródczyźnie „Lalek” zawołał „Niech żyje Polska!”. Młodzieży polskiej niezłomni imponują. Nota bene byli oni dokładnie tacy, jacy mają być żołnierze, a nie politycy. Polityka to sztuka uzyskiwania tego, co możliwe. A w czasie II wojny nic nie było dla Polaków możliwe. Polska była słabeuszem, karzełkiem – przegrała. Politycy polscy nie mieli nic do ugrania. Mogli się tylko przeciwstawić temu, co wyprawiali tutaj Hitler i Stalin, albo do tego się przyłączyć czy też siedzieć cicho i starać się dostosować. Dla żołnierzy takich opcji nie było.

W czasie II wojny światowej Polska miała dwóch wrogów: Niemców i Sowietów. Stąd polscy żołnierze mieli obowiązek bić zarówno popleczników Hiltera, jak i Stalina, w tym tubylczych zdrajców: „Volksdeutschów i Volks-bolszewików” – jak nawoływała jedna z ulotek NSZ. Stąd „PPR – Płatne Pachołki Rosji”. Czy to znaczy, że operacja „Burza” i antysowieckie powstanie, w które się przerodziła, miały sens? Z politycznego punktu widzenia absolutnie nie. Ani z militarnego. To był beznadziejny opór. Natomiast z punktu widzenia wojskowego honoru i zrozumienia swego obowiązku – jak najbardziej.

Wojskowi przysięgali wolnej Rzeczypospolitej i rządowi RP w Londynie. Z tego powodu musieli walczyć. Naturalnie, jak na każdej wojnie, można się było poddać, ale byłoby to złamanie przysięgi. A żołnierz jest od tego, aby walczył, a nie poddawał się. Najlepiej naturalnie byłoby, gdyby udało się wycofać całą armię podziemną, AK, NSZ i BCh, przed przyjściem Sowietów na Zachód. Niestety, udało się tylko Brygadzie Świętokrzyskiej. No i – paradoksalnie – niedobitkom garnizonu warszawskiego AK, którzy poszli do niemieckiej niewoli. A potem strumyczkowi Żołnierzy Wyklętych – szczególnie tych, którzy wyrwali się z czerwonych szponów do końca 1945 r. Potem było znacznie trudniej. Ci, co zostali – walczyli. Wielu ujawniło się w ramach łże-amnestii, ale inni pozostali zacięci i uparci do końca. „Bo wolnych ludzi nic nie złamie” – jak śpiewa bard. Część padła w boju, innych sądowo zamordowała komuna. Ich rodziny napiętnowano jako „bandyckie”.

Ich dzieci żyją w traumie, a wnuki w niewiedzy. Większość konspiratorów antynazistowskich i antykomunistycznych nie ma swoich grobów. Grecka tragedia. Ich mordercy pozostają do dziś właściwie bezkarni. Wszelka działalność przywracająca pamięć o bohaterach jest po prostu moralnie czysta i pożądana. A więc o co chodzi zgodnemu chórowi chamokomuny i michnikowszczyzny, który potępia Żołnierzy Wyklętych? Chodzi właśnie o to, że w latach czterdziestych znaleźli się Polacy, którzy uznali, że zło trzeba nazwać po imieniu: Hitler i Stalin – i nigdy się nie poddali. Nie wchodzili w kolaborackie układy – jak środowisko katolików postępowych z Tygodnika Powszechnego czy ludzi z późniejszego PAX-u. Oni nie gadali z czerwonymi. Oni strzelali. A ci inni ugrali wiele. Ocalili swoje życie oraz utrzymali swoje środowisko, żyli na pewno zamożniej niż inni niewolnicy PRL-u. Pozostali obecni. Mogli wazeliniarsko publikować swoje racje, trwać otwarcie. Tak jak liberałowie-postępowcy w Stronnictwie Demokratycznym oraz kadzichłopi w Zjednoczonym Stronnictwie Ludowym. A ci, którzy sprzeciwili się grze, próbom ratowania się za wszelką cenę, wpisywania się w system okupacji sowieckiej przez przedstawiciela – zniknęli z powierzchni ziemi. Zostali wymordowani, pozbawieni grobów, pamięć o nich wytarto z dziejów PRL-u. Co najwyżej podle opluwano ich w ubeckim rechocie wspomnień o „utrwalaniu władzy ludowej”.

Stosunek do nich był niejednoznaczny również po 1989 r. Ich walka, ich świadectwo rzucały bowiem wyzwanie kompromisowi kolaborantów z komuną. Komunistów z tymi, którzy się w ich PRL-owski system wpisali. Nie mówcie nam więc, że nie było alternatywy w latach 1944-45. Jak się było żołnierzem, można było prysnąć na Zachód albo walczyć na miejscu. Albo schować się – nawet na stanowisku technicznym, bo kraj potrzebował odbudowy, której przecież czerwoni nie potrafili dokonać (jak pokazała praktyka, nic nie potrafili). Ale wchodzenie w pakty z komuną to zdrada. I Żołnierze Wyklęci są najjaskrawszym przykładem tego właśnie, że nie trzeba było. I to się młodym podoba. Bo wyklęci mieli rację. Walczyli przeciw dwóm wrogom: Hitlerowi i Stalinowi. W tym sensie właśnie oni w tej chwili wygrywają dla Polski II wojnę światową. Bo to oni powinni byli wygrać. Wówczas Polska byłaby wielka, wspaniała, bogata, wolna i sprawiedliwa. I to się nie podoba chamokomunie i michnikowszczyźnie. Bowiem ten tandem plugawi Rzeczpospolitą od początku sowieckiej okupacji w 1944 r. aż po dzień dzisiejszy.

I młodzi – szczególnie narodowcy – chcieli by im w końcu dać za to w mordę. W ten sposób Żołnierze Wyklęci są symbolem dążeń Polaków, którzy marzą o niezawisłości, wolności i zwycięstwie nad wszelkimi starymi układami. A są wyrzutem sumienia dla kolaborantów i spadkobierców czerwonych katów, jak również rozmaitej maści lewicowców. I śmiertelnym zagrożeniem. Legendy bowiem nie da się zamordować. Ona już płonie ostrym ogniem w młodych sercach. Romantyczne, co? Wolę u młodych idealizm niż coś innego. Jaka jest bowiem inna opcja? Głównie moralny relatywizm. „Wybierzmy przyszłość”. Szydercza prześmiewczość pseudokonserwatystów, którzy robią za tubę chamokomuny. Szydzą z powstańców antykomunistycznych, a celują w apologii gen. Jaruzelskiego. Są po prostu mutacją propagandy gazetowyborczej w pismach prawicowych lub takimi się mieniących.

Weźmy choćby ostatnie wynurzenia Adama Michnika na ten temat („Żołnierze wyklęci w potrzasku”, Gazeta Wyborcza, 2-3 marca 2013 r.). Obłudnie, w swoim standardowym faryzejskim stylu tak pisze on o początku sowieckiej okupacji: „Był to ponury czas, w którym wszystkie niemal drogi prowadziły donikąd. Był to czas, gdy wierność łatwo przeobrażała się w absurd, a realizm mógł oznaczać zdradę. Tym, którzy tego uniknęli, zarówno „żołnierzom wyklętym”, jak i krytykom, należy się hołd, miłosierdzie i życzliwa pamięć”. Tłumaczymy michnikiadę na polski od końca. Przeciwnością Żołnierzy Wyklętych w Michnikowej dychotomii są ich „krytycy”. A kto to? Przede wszystkim enkawudziści, ubecy, sowieci i tubylczy komuniści. Potem rozmaici realiści, prawdziwi i wydumani, w tym kolaboranci z SD, SL, Tygodnika Powszechnego, PAX-u i tym podobnych. Im wszystkim Michnik udziela rozgrzeszenia. I zgodnie z moralnie relatywną wykładnią, ich wszystkich zrównuje z Żołnierzami Wyklętymi. I przebacza tym ostatnim, że „wierność łatwo przeobrażała się w absurd”. Naprawdę? Od kiedy wierność jest absurdem? Michnik nie lubi absolutów, a przecież absolutyzuje tolerancję rozumianą jako aprobatę postawy ubecko-kolaboranckiej. Dlaczego nie tolerować wierności? Bo wierność w polskiej rzeczywistości lat czterdziestych to antykomunizm. Dalej pisze: „Realizm mógł oznaczać zdradę”. Ale przecież działo się to tylko wtedy, gdy realiści zdradzali. Jeśli zaszywali się w prywatność, chowali się, to przecież nie zdradzali. Był to odruch jak najbardziej uprawniony, jak najbardziej realistyczny. W momencie gdy aktywnie wchodzili w system, wspierali go, to zdradzali.

Gdy w Tygodniku Powszechnym czy w prasie PAX-owskiej chwalili socjalizm i rewolucję, a ganili Kościół, to nie był realizm. To była zdrada. I to się Michnikowi podoba. To nie jest absurdem. A teraz o „prawie wszystkich niemal drogach prowadzących donikąd”. Czyli jakaś droga prowadziła dokądś. Jaka była to droga? Sowiecka droga do socjalizmu. Była to jedyna zwycięska droga, droga Michnika. Jasne jest więc, że Michnik broni jak zwykle PRL-u oraz tych, którzy w system się wpisali i prosperowali wspaniale. Ale po co zrównywać swoich ulubieńców z Żołnierzami Wyklętymi? Nie będę się odnosił do nudnawych bzdur, jakie Michnik wypisuje na temat konfliktu polsko-żydowskiego w tym czasie. Poświęciłem temu całą książkę, którą na polski przetłumaczono jako Po Zagładzie. Osobom zainteresowanym drążeniem tematu polecam natomiast najnowszą monografię o najeździe WiN-u na Parczew pióra Mariusza Bechty, którą Zysk i S-ka wyda na dniach. Profesjonalny historyk i amator będą mogli nareszcie dowiedzieć się szczegółowo, co rzeczywiście zaszło, a nie polegać na propagandzie Gazety Wyborczej – tak solidnej jak to było w sprawie Ejszyszek.

Badamy, badamy dalej. I rezultaty są. Nie tylko w naszej intelektualnej pustelni, ale również w polskich domach oraz na ulicach i stadionach. Czyli opłacało się zająć Żołnierzami Wyklętymi, na których zrobić kariery ani w Polsce, ani w USA nie można. Prawda?