Strona główna / Historia / „Burza” na Kresach

GP #16, 31 lipca 2010 r.

„Burza” na Kresach

WŁADYSŁAW KOROWAJCZYK

Historia Polski jest tak samo pęknięta jak jej terytorium po zdradzieckim układzie z Jałty. Po tej „stronie Bugu” powoli, ale systematycznie odsłania się białe plamy w naszych dziejach. Mimo to, o Kresach Wschodnich nadal niewiele się mówi i pisze, a są nawet media, które programowo zakłamują to wszystko, co działo się na tej skrwawionej polską krwią ziemi. Do wydarzeń, o których prawie się nie wspomina, należy powstanie wileńskie z lipca 1944. A był to ogromny wysiłek zbrojny oddziałów Armii Krajowej Wileńszczyzny i Nowogródczyzny. Zbrojny wysiłek Polaków z Kresów północno-wschodnich ustępował tylko powstaniu warszawskiemu.
Akcja „Burza” na Wileńszczyźnie, mająca na celu zdobycie Wilna w lecie 1944 siłami AK, nosiła kryptonim „Ostra Brama”. Wileńszczyzna szykowała się do niej już od 1939 r. Na przełomie 1939 i 1940 r. przybyli do Wilna: płk. Nikodem Sulik i mjr Aleksander Krzyżanowski. Mieli za zadanie budowę struktur Polskiego Państwa Podziemnego.

W pierwszych latach wojny, pod okupacjami „pierwszych bolszewików” (wrzesień-październik 1939), okupacją litewską (październik 1939-czerwiec 1940) i „drugich bolszewików” (do czerwca 1941) nie było mowy o organizacji oddziałów partyzanckich, budowano natomiast siatkę konspiracyjną. Dopiero w drugiej połowie 1942 r., już za okupacji niemieckiej, zaczęły powstawać pierwsze zalążki oddziałów partyzanckich. Na Wileńszczyźnie nosiły one nazwę brygad, a na Nowogródczyźnie – batalionów.

Na Kresach Północno-Wschodnich prócz wojsk niemieckich Polacy mieli kilku zorganizowanych wrogów. Były to kolaborujące z Niemcami litewskie formacje wojskowo-policyjne i białoruskie bandy żydowskie, często podporządkowane komisarzom sowieckim, rabujące, gwałcące i mordujące polską ludność, szczególnie wiejską, Najgroźniejsze jednak dla Polaków, tych cywilnych i w oddziałach partyzanckich, były silne zgrupowania partyzantki, a raczej band bolszewickich. Zgrupowania sowieckie praktycznie nie walczyły z Niemcami – ich zadaniem było przygotowanie terenu pod przyszłą sowiecką władzę i likwidowanie oddziałów AK.

22 czerwca 1943 r. gen. Ponomarienko, dowódca czerwonej partyzantki, zasilanej instruktorami i sprzętem z głębi sowieckiej Rosji, wydał rozkaz nakazujący likwidację wszystkich oddziałów AK z przymusowym wcielaniem żołnierzy do brygad sowieckich. Opornych miano rozstrzeliwać. Pierwszą ofiarą padł oddział por. Burzyńskiego „Kmiecica” nad jeziorem Narocz oraz por. Adolfa Pilcha „Góry-Doliny” w Puszczy Nalibodzkiej. Z tych dwóch zgrupowań zostało wymordowanych przez bandyckie oddziały radzieckie setki polskich partyzantów.

Mimo tych dramatycznych trudności, brygady i bataliony AK na Wileńszczyźnie od przełomu lat 1943/44 rosły w siłę i doświadczenia bojowe w ciągłych walkach z wrogami. U progu lata 1944 siły Armii Krajowej na Kresach Północno-Wschodnich liczyły do 20 tys. żołnierzy. Dane te są potwierdzane w archiwach KGB.

23 czerwca 1944 r. spod Smoleńska ruszyła wielka ofensywa Armii Czerwonej. Zagony pancerne, zmotoryzowana piechota, wsparte lotnictwem, poruszały się z szybkością 60 km na dobę!

W tych warunkach, zmieniających się z godzinę na godzinę, płk Aleksander Krzyżanowski „Wilk”, jako dowódca połączonych okręgów Wileńskiego i Nowogródzkiego AK, podjął decyzję o przyspieszeniu akcji „Ostra Brama”. Niestety, komunikacja dokonywała się wyłącznie poprzez łączników. W takich warunkach rozkazy „Wilka” nie miały szansy dotrzeć na czas do wszystkich brygad i batalionów rozlokowanych na dużych terenach, a w związku z tym wiele batalionów nie było w stanie ich wykonać.

Rozkaz szturmu na Wilno padł 6 lipca 1944 r. i to ograniczonymi siłami Armii Krajowej. Polski atak ruszył jednocześnie od strony południowo-wschodniej Wilna i z wewnątrz miasta, gdzie walczyły również oddziały AK. Zewnętrzny pierścień obronny, właśnie na tym kierunku, Niemcy bardzo silnie ufortyfikowali. Zbudowano szereg bunkrów, gniazd broni maszynowej i stanowisk artyleryjskich. Miasto od północy, południa i zachodu prawie nie miało umocnień.

Niemcy nie zostali zaskoczeni polskim atakiem. Doskonale wstrzelani w obszar obronny, wspomagani stukassami, startującymi spod wileńskiego Porubanku, odparli desperackie polskie ataki. Trudno takiej sile ognia przeciwstawić się, mając do dyspozycji broń ręczną. Oddziały AK, szczególnie brygady 3 i 8, poniosły ogromne straty w zabitych i rannych.

Dopiero kiedy pod miasto dotarły sowieckie oddziały pancerne, artyleria, broń przeciwpancerna, lotnictwo z czerwonymi gwiazdami, rozpoczął się zażarty bój o Wilno. Niemcy bronili się zaciekle. Walki trwały do 13 lipca, przy ogromnych stratach niemieckich, ale i krasnoarmiejcy ponieśli poważne straty; wystarczy powiedzieć, że zostało zniszczonych 73 sowieckich czołgów. Tak wyglądała sytuacja na zasadniczym kierunku natarcia, czyli Śródmieście Wilna. Niemcy, nim wycofali się z miasta w nocy 13 lipca, zaczęli systematycznie palić miasto – dom pod domu, ulica po ulicy.

Zupełnie inaczej sytuacja Armii Krajowej przedstawiała się na prawobrzeżnej stronie Wilna, w Dzielnicy Kalwaryjskiej i na Zwierzyńcu. Niemcy nie stawiali tam większego oporu. Żołnierze AK, pod dowództwem por. „Jana”, panowali całkowicie nad tą częścią miasta. Organizowano życie cywilne, polskie szpitale polowe. Sytuacja ta trwała aż do momentu wkroczenia Armii Czerwonej. Żołnierze AK tej części miasta podzielili los wszystkich polskich bojowników o Wilno.

17 lipca 1944 r., w dworku przy ul. Kościuszki 14 Sowieci aresztowali płk. „Wilka” i jego szefa sztabu mjr. Teodora Cetysa „Sława”. Do folwarku Bogusze koło Rakańc zwabiono większość dowódców brygad, wraz z ich sztabami. Krasnoarmiejcy otoczyli polskich oficerów i aresztowali. Około 7 tysięcy żołnierzy AK zamknięto w murach zamku w Miednikach, a następnie wywieziono do sowieckich więzień i łagrów, głównie w okolicy Kaługi. W ten sposób wykonano rozkaz Ponomarienki, przyszłego ambasadora ZSRR w Polsce Ludowej.

Bohaterstwo kresowych żołnierzy AK powoli zaciera się w pamięci. W Polsce, nawet po roku 1989, praktycznie nie obchodzi się rocznic powstania wileńskiego. Przez lata na zjazdy wileńskich żołnierzy AK w Międzyzdrojach nikt z oficjeli z Warszawy nie przyjeżdżał. A spotkań tych odbyło się już 27. Dopiero po raz pierwszy jesienią 2008 r. przyjechał do tego kurortu nadmorskiego prezydent Rzeczypospolitej ś.p. Lech Kaczyński.

Media całkowicie przemilczają tamten zbrojny wysiłek kresowych Polaków. Tak jakby na tych terenach nie było Państwa Polskiego. Niewiele się zmieniło po 1989 r. Tylko grono zapaleńców, w żyłach których krąży krew kresowa, walczy o prawdę o tamtych tragicznych czasach tragicznej ziemi Kresów. Przykre to, ale fakty świadczą o tym, że nadal fałszuje się historię Polski, przekłamuje ją i przemilcza. Trudno uwierzyć, że żyjemy w niepodległej i suwerennej ojczyźnie. Ojczyźnie, która programowo zaciąga kurtynę zmowy milczenia nad najnowszymi dziejami Narodu Polskiego.