Strona główna / Historia / „Ostatni Mohikanin” Powstania Styczniowego

GP #1, 9 stycznia 2016 r.

„Ostatni Mohikanin”
Powstania Styczniowego

WERONIKA GIRYS-CZAGOWIEC

Nieliczne są informacje na temat człowieka, którego Stanisław Rembek uczynił głównym bohaterem Igły wojewody, jednej ze swoich gawęd styczniowych. Jedną ze wzmianek odnajdujemy we Wspomnieniach czachowczyka z 1863 r. Antoniego Drążkiewicza, który w pierwszych dniach kwietnia 1863 r. znalazł się w oddziale Dionizego Czachowskiego (W. Caban, L. Michalska-Bracha, wstęp do Wspomnień czechowczyka:„Antoni Drążkiewicz (1830-1900) – powstaniec 1863 roku i pamiętnikarz”). Markowski, wówczas kapitan, zostaje wymieniony wśród jedenastu oficerów w opisie oddziału Andrzeja Łopackiego, organizatora i dowódcy partii powstańczej podporządkowanej Czachowskiemu. Dowiadujemy się także, że dowodził on oddziałem Łopackiego w zastępstwie dowódcy rannego w bitwie pod Stefankowem 22 kwietnia 1863 r. Drążkiewicz wspomina również o przemarszach oddziału Markowskiego, a także o potyczce pod Michałowem, gdzie powstańcy odparli atak dragonów. 2 lipca 1863 r. w wyniku nieporozumienia, do którego doszło podczas pobytu w Lipsku „opuścili Czachowskiego majorzy Kiciński i Markowski” i już więcej nie powrócili do oddziału (R. Pietrzykowski, Dionizy Czachowski. 1810-1863, Warszawa 1983, s. 252). Być może przyczyną konfliktu była wręczona Czachowskiemu nominacja Rządu Narodowego na generała. Jak pisze Pietrzykowski, „być może ceremonia ta była jedynie wymyślona przez Drążkiewicza. Nie jest jednak wykluczone, że nominacja pochodziła od krótkotrwałego rządu majowego i nie została uznana przez czerwcowy rząd Majewskiego. Najmniej prawdopodobne wydaje się, że została ona sfingowana przez Czachowskiego i najbliższych mu oficerów, którzy w ten sposób chcieli ułatwić mu podporządkowanie innych dowódców działających w Sandomierskiem, a szczególnie Kononowicza, o którego klęsce jeszcze nie wiedziano. Czy nie dlatego właśnie Czachowskiego opuścili Kiciński i Markowski? Jednak gdyby nawet tak było, nie rzuca to żadnego cienia na naszego wodza. Nie szło tu bowiem o zaspokojenie własnych ambicji, lecz o zwiększenie możliwości dalszej walki z wrogiem” (R. Pietrzykowski, Dionizy Czachowski…, s. 340). Drążkiewicz wspomina, że podkomendni często wspominali i żałowali Markowskiego, jako że był to energiczny i dzielny żołnierz oraz patriota, co udowodnił swą bohaterską śmiercią.

To właśnie pojmanie Markowskiego oraz jego heroiczną śmierć opisuje Rembek w swoim utworze zawartym w tomie Ballada o wzgardliwym wisielcu oraz dwie gawędy styczniowe. Wprowadzając postać pułkownika do swej gawędy, pisarz kilkakrotnie ukazuje go jako siedzącego w karczmie bosego chłopa w obszarpanej kapocie, siedzącego przy kominku, suszącego onuce i naprawiającego torbę olbrzymią igłą, która odegra istotną rolę w dalszych wydarzeniach. Owo przebranie Markowskiego, w istocie wojewody krakowsko-sandomierskiego, potwierdzają źródła. Nikołaj Berg pisze o nim: „W kraju pozostał jedynie uparty i pełen charakteru Markowski, wojewoda dwóch województw. Ten to ukrywając się po dworach, to w przebraniu za pastucha tułając się po polach i lasach, utrzymywał jeszcze pewne stosunku z rządem narodowym, lecz ostatecznie przytrzymany w pewnej karczmie pod Opatowem przez chłopów, został wydany w ręce władzy” (Zapiski o powstaniu polskim 1863 i 1864 roku, Kraków 1899, t. 3, s. 359).

Dopiero w jednej z kolejnych scen pułkownik ujawnia swą tożsamość, w imieniu Rządu Narodowego stając w obronie powstańca aresztowanego przez policjanta gminnego, członka straży chłopskiej utworzonej przez następcę generała Uszakowa, generała Bellegarda. Ów „dworski pastuch” w połatanych spodniach i przepasanej sznurkiem siermiędze, ma w sobie wielką godność i siłę, przed którymi ustępują wszyscy zgromadzeni, łącznie z policjantem i rządcą pobliskiego dworu. Markowski zostaje pojmany przez Rosjan, a znaleziona korespondencja z Rządem Narodowym niezbicie świadczy o jego funkcji, powiązaniach i prowadzonej przez niego działalności.

W rozmowie z narratorem, pilnującym go generałem Fiodorem Jereminem – Rosjaninem uczestniczącym w pacyfikacji Powstania Styczniowego, Markowski wyjawia prawdę o swojej bohaterskiej przeszłości i motywacjach, którymi się kierował, uczestnicząc w zrywie narodowym.

Z jego opowieści dowiadujemy się, że brał udział m.in. w Wiośnie Ludów, otrzymał szarże oficerskie od cesarza Brazylii, w 1849 r. walczył pod dowództwem generała Józefa Bema, należał też do kawalerii tureckiej. Zawsze i wszędzie towarzyszyła mu myśl o wolności i to dla niej gotów był poświęcić życie:

„– Dużo pan pułkownik podróżował…

Łypnął na mnie oczyma jak podrażniony pies.

– Podróżował! Podróżował! A cóż ty, smarkaczu, głupie ścierwo kadeckie, bierzesz mnie za druciarza czy Cygana albo może za zakatarzonego Anglika, co wozi swoje rozklekotane kości, żeby je moczyć w coraz to innym kurorcie? Biłem się, rozumiesz, durniu? Biłem się, gdzie tylko proch zapachniał. Rozumiesz to? Co?

– Rozumiem, ale za co?

– Za co? Za wolność, a więc przez to samo za ojczyznę” (S. Rembek, Igła wojewody, w: Ballada o wzgardliwym wisielcu oraz dwie gawędy styczniowe, Warszawa 2001, s. 252).
Markowski ma świadomość, że jego los jest przesądzony, wie, że czekają go tortury i niechybna śmierć. Mimo to, jak sam mówi, serce ma lekkie jak u motyla, ponieważ zrobił, co do niego należało. Przesłuchiwany nie zdradza nikogo ze swoich współpracowników, nawet wówczas, gdy udowodniono mu kontakty z Romualdem Trauguttem, ps. Michał Czarnecki. Nie ma też złudzeń co do intencji przeciwnika i swego dalszego losu.

„– Z drugiej zaś strony mogę cię zapewnić moim oficerskim słowem honoru, że nigdy w życiu nie rozmawiałem z osobą, która by mi się legitymowała jako przedstawiciel Rządu Narodowego. Wystarczy?

– A ten jakiś obywatel Czarnecki?

– No to był sobie jakiś obywatel Czarnecki.

– Kim on był?

– Nie pamiętam. Może urzędnikiem skarbowym albo dostawcą broni. (…)

– Pułkownik nie wiesz, kto to był obywatel Czarnecki? Taki chłystek w niebieskich okularach i w czarnym halsztuku? To jak pułkownikowi powiem. Powiem wszystkim, całemu światu. Słuchajcie, ludzie! To był ostatni dyktator powstania.

Zaległa śmiertelna cisza. (…) Pułkownik ćmił z uśmiechem cygaro i zarzucił nogę na nogę.

– Bardzo być może. Nie zgadaliśmy się jakoś na ten temat. (…) Jedno tylko: w całym swoim zawodzie wojskowym starałem się postępować tak, żeby nie zhańbić cudzego honoru, choćby chodziło o wroga, i żeby żadnej urazy nie zostawić bez możności uzyskania zadośćuczynienia. Może tam jeszcze w moich papierach znajdziecie mój stan służby oficerskiej. Ale wy już dziś na to nie zważacie. Dla was nie ma różnic między żołnierzem a policjantem, pomiędzy oficerem a oprawcą. My, Polacy, wiemy o tym wszyscy aż nadto dobrze. Adieu, messieurs!” (Igła wojewody, s. 270-271).

Pułkownik podejmuje próbę ucieczki, jednak zrzucony przez konia zostaje pojmany i zabrany przez Rosjan do dworu w Modrzewiu, w którym goszczą. Córka rządcy Emilia, oddana sprawie narodowej, przypominająca bohaterki obrazów Grottegra, darzona daremną miłością przez Jeremina, przyrównana jest do bohaterskiej Emilii Plater, której portret znajduje się w jednym z pomieszczeń. To na jej prośbę Jeremin poleca przynieść z karczmy pozostawione tam rzeczy Markowskiego wraz z igłą, która niepostrzeżenie zostaje mu dostarczona przez piękną pannę. Źródła są zgodne – to właśnie owa igła staje się narzędziem samobójczej śmierci pułkownika, który wbiwszy ją sobie w serce, zmarł w męczarniach.

„– Igła! Dawaliście ją pułkownikowi?

– Jaką igłę?

– No, tę do szycia worków.

– Igłę? Nie dawałem.

– Aleście ją widzieli?

– Igłę? Tak, miałem taką grubą igłę.

– A komu ją oddaliście?

– Komu?… Zaraz… Istotnie przypomniałem sobie, ale nie wyjawiłbym tego za nic. Udawałem więc nadal nieprzytomnego. (…)

– Wasz komisarz popełnił samobójstwo! Przebił sobie serce tą waszą igłą” (Igła wojewody, s. 300).

W ten sposób wypełniły się słowa pułkownika, który zaręczył słowem, że Rosjanie niczego się od niego nie dowiedzą…

W ostatnich słowach swojej gawędy Rembek podkreśla, że ofiara powstańców nie jest daremna, a ich walka ma sens uniwersalny: „Miał tedy słuszność pułkownik Markowski: nie ustanie nigdy na świecie wieczna walka nędzy i poniżenia z uciskiem i przesytem. Takie jest prawo ludzkiego władania” (Igła wojewody, s. 319).