Strona główna / Historia / Stare, śmieszne i… aktualne

GP #21, 6 października 2012 r.

Stare, śmieszne i… aktualne

EDWARD DUSZA

Szlachta
Ilustr. Jan Marcin Szancer – „Szlachta”

W wieku XVII nastąpiło w Polsce ogólne zubożenie. Panowie szlachta musieli się wziąć za uprawę roli, czy też z powodu utraty majątków poszli na służbę do wielkich feudałów. Radziwiłłowie lubili przechwalać się, że ich rękodajnymi bywali autentyczni książęta, tyle, że zubożali. Szlachcianki często pracowały w ogrodach czy na polach i aby odróżnić się od chłopek, do tej pracy zakładały rękawiczki.

Szczególnie ciężka sytuacja panowała na piaszczystym Mazowszu. Brać mazurska, z reguły niepiśmienna, pilnie jednak strzegła swoich praw szlacheckich. Szlachcic na zagrodzie niby ciągle uważał się za równego wojewodzie, ale były to tylko puste słowa. Nie można bowiem mówić o jakiejkolwiek równości między Radziwiłłami, Czartoryskimi, Potockimi, Platerami, Sanguszkami, Sapiehami, Lubomirskimi a właścicielami kilku morgów z Małopolski czy Mazowsza, nawet gdy legitymowali się najbardziej autentycznymi, starożytnymi herbami. Co prawda, kursowały powiedzonka, które przetrwały nawet do naszych czasów: „Z kordem – a boso, nago – a w rękawiczkach” czy „Choć nie umiem pisać ni czytać, to królem mogę zostać” – ale słowa te nic nie znaczyły. Po prostu szlachta pielęgnowała mity o swoich przywilejach, coraz bardziej podupadając. Liczyła się tylko wówczas, gdy potrzebne były jej głosy na elekcji. Z wolna synowie wielodzietnych rodzin szlacheckich stawali się sługami, urzędnikami, wielu wzięło się za handel. Ci, którzy nie umieli sprostać sytuacji, tracili zupełnie na znaczeniu.

Ówczesną sytuację szlachty najlepiej charakteryzują anegdoty z tamtych czasów:

We wsi Radwanowie pełno było szlachty chodaczkowej mającej wielkie pretensje. Pewna szlachcianka posłała do drugiej swoją dziewkę z prośbą o pożyczenie worka. Sąsiadka odparła:

Kłaniaj się swej jejmości i przeproś, że worka pożyczyć nie mogę, bo w jeden worek wdział się starszy panicz i pognał świnie na paszę, pod drugim śpi młodszy panicz, a więcej worków nie mamy.

Imć pan Ołdakowski nauczał młodych takiej polityki:

– Gdy kto łże, zawsze mu to powinieneś w oczy powiedzieć, łgarstwo jest bowiem rzeczą szpetną, która i temu ubliża, kto go słucha i udaje, że wierzy weń. Jedno trzeba wiedzieć: politykę, z jaką się masz ozwać do takiego łgarza. Tak więc, gdy chłop łże, to mów mu po prostu z mostu: Łżesz, bratku”. Gdy szlachcic łże, to powiadaj mu: Kłamiesz, acan dobrodziej, pływasz po piasku, polujesz albo farbujesz”. Gdy magnat łże, to mów tak: Jaśnie wielmożny pan drwinkujesz, malujesz, ozdabiasz, fatujesz, złocisz, przędziesz, snujesz, nakrapiasz, barwisz, żeglujesz lub zjechałeś z gościńca niechcący”.

Nauki pana Ołdakowskiego dobitnie świadczą o rozwarstwieniu społecznym ówczesnej Rzeczypospolitej. Nawet do bogatszego szlachcica, a cóż dopiero do magnata, należało mówić inaczej niż do równej stanem braci szlachty.

I kończyły się również wtedy stawne „zastaw się a postaw się”. Gospodarze często przed gośćmi chronili się w zboże, aby tylko nie nadwerężyć zapasów spiżarni. Opowiadał imć pan Ponikowski, szlachcic starodawny z ziemi nurskiej, parafii goworowskiej, o jednym skąpcu, który nie lubił gości u siebie przyjmować, że to zwykle szlachcic do szlachcica, choć nieznajomy, na popas w podróży jako w dym zajeżdża. Owóż tedy skąpiec ten, którego dworek jakoś na złość leżał niedaleko gościńca, upatrywał bacznie, czy kto nie skręca z drogi ku niemu, a gdy to dostrzegł, chował się wtedy gdziekolwiek, każąc, by powiadała czeladź, iż nie ma pana w domu.

Razu pewnego zajechało dwóch szlachty z jakimś do skąpca interesem, a spostrzegli z daleka, że był on na gumnach i w nagiej potrzebie, nie mając się gdzie ukryć, wlazł pod wasąg, do góry przewrócony na podwórzu przed stajnią. Gdy chłopiec stajenny oznajmił przybyłym, że nie ma pana w domu, szlachta powiada:

Nic nie szkodzi, zaczekamy tu, aż powróci, a tymczasem, że mamy ze sobą pistolety, zabawimy się strzelaniem do celu, który węglem zaznaczymy na tym wasągu.

I stało się dziwo wielkie: wasąg, usłyszawszy o swoim przeznaczeniu, począł się ruszać i podnosić bokiem, spod którego wyłazi w kusym kożuszku i pludrach sam gospodarz, mówiąc, że chciał jeno zażartować sobie z ichmościów, aby mieli potem niespodziankę, gdy go zobaczą.

Nie tyle była to niespodzianka, ale przezorna ostrożność: szlachta potrafiła zajechać w goście na kilka dni, i trzeba było żywić panów braci według tradycyjnej polskiej gościnności. A potem brakowało jedzenia dla gospodarza...

Wiek XVIII zapisał się jeszcze gorzej w historii naszego kraju. Polska stała już wtedy „nierządem”, panowało prawo pięści, bezkarność magnatów sięgnęła szczytów, tak samo samowolnie poczynała sobie polska szlachta. Przede wszystkim zaś – zapanowało powszechne pijaństwo. Ocknął się naród z tego pijackiego zamroczenia dopiero za panowania Stanisława Poniatowskiego, niestety, już za późno. W Polsce wieku XVIII pił król, pił sejm, pili dygnitarze, pili mieszczanie i chłopi – jedynie z Żydami można się było na trzeźwo rozmówić.

W zbiorach zamku kurnickiego po dziś dzień znajdują się dwa portrety: cara Piotra I i hetmana Pocieja, o których przetrwała legenda. Mianowicie Piotr Wielki (pijak niezrównany), bawiąc w Polsce, wyzwał w 1772 r. na „pojedynek pijacki” Ludwika Konstantego Pocieja, moczymordę największego w Rzeczypospolitej Trojga Narodów, słynnego z mocnej głowy. W turnieju tym, jak głosi fama, hetman pokonał cara, który dla upamiętnienia tego pojedynku polecił nadwornemu malarzowi sporządzić portrety obu rywali „spod znaku Bachusa”.

Co ciekawe, smutne czasy panowania dwóch polskich królów z dynastii saskiej (Wettinów) nie znalazły krytycznego odbicia w historii. August III wspominany był jako „dobrotliwy pan”, który niczym się nie przejmował, podawał ręce łaskawie do ucałowania, od polityki stronił a sprawami wewnętrznymi państwa, którego był królem, nie myślał się zajmować. Szlachta piła, jadła i popuszczała pasa, upadało mieszczaństwo, sytuacja chłopów była dramatyczna, po Rzeczypospolitej maszerowały cudze wojska. Król August III każdego ranka, po obowiązkowych modłach i sutym śniadaniu, zjawiał się w gabinecie swojego ministra i pytał:

Bruehl, czy masz pieniądze?

Tak jest, wasza królewska mość – odpowiadał usłużny minister.

Monarcha, uspokojony, wracał wtedy do swoich apartamentów i zabawiał się wycinaniem figurek z papieru lub strzelaniem przez okno do psów. Upadek dobrego obyczaju w Polsce, pijaństwo, sobiepaństwo, prywata – wszystko to doprowadziło w końcu do utraty państwowości polskiej. Owszem, znaleźli się ludzie światli w narodzie, ale nie zdążyli poderwać rodaków do walki ze złem. Zakończyła się ta cała sielanka czasów saskich niewolą narodu. I na próżno Stanisław August Poniatowski mówił, iż jedną z jego zasług było to, iż pijaństwo saskie z Polski wypędził. Zbyt długo ono trwało, aby łatwo można było usunąć jego skutki.

Panuje dzisiaj na emigracji (i w Polsce także) moda na dobre pochodzenie i herby. Każdy chce udowodnić swoje szlacheckie (a więc chyba lepsze od innych) pochodzenie. Przyznając się do „dobrego urodzenia”, trzeba pamiętać też, co klasa ta na przestrzeni wieków reprezentowała. Może oprócz herbu dopatrzymy się również tego, czego przyszłoby się nam wstydzić. Stąd hasła: „Jeszcze szlachta nie zginęła” czy „Górą polska szlachta” może lepiej zastąpić powiedzeniem: „Ciszej nad tą trumną...”, być trochę bardziej demokratą, wyznając piękne hasło: „Wszyscy ludzie wolni są braćmi”. Rycerska bowiem, pełna poświęceń warstwa polskiej szlachty dawno odeszła w historię. Zaś te żupany i karabele z okresów saskich, noszone później przez sługusów Katarzyny, nie zawsze zdobią, podobnie jak tytuły arystokracji polskiej otrzymane z rąk obcych monarchów. Bo Radziwiłłowie, Czartoryscy, Potoccy, Lubomirscy, nagradzani jakże często za usłużność państwom ościennym, nie mieli prawa w Polsce tych obcych tytułów używać. Niektórzy polscy książęta czy hrabiowie powinni się swoich tytułów wstydzić.

W demokratycznej Koronie nawet dzieci królów nie tytułowano książętami czy księżniczkami. Byli „królewiczami” czy „królewnami”. Jedynie Annę Jagiellonkę obdarzano hiszpańskim tytułem infantki, ale też nie zawsze, raczej od święta. Często była tylko „Panną Anną”. Najstarszego syna Sobieskiego, Jakuba, tytułowano tylko „królewiczem”, a to z grzeczności, bo urodził się jako syn hetmana, poza Polską, w Paryżu, kiedy jego ojciec nie został jeszcze elekcyjnym królem. Tytuł książęcy zyskał prawnie dopiero po poślubieniu córki palatyna Renu, Jadwigi Elżbiety Amalii, księżniczki neuburskiej, która wniosła mu w wianie księstwo oławskie. Habsburżanki mu odmówiono, pomimo usilnych zabiegów żony Jana III, Marii Kazimiery. Ale i tak tytułowano go po dawnemu „królewiczem”.

Może w lepszej sytuacji byli kniaziowie z Litwy czy Rusi, ale też należy pamiętać, że tam akurat co drugi właściciel kilku kóz czy baranów tytułował się kniaziem, a karierą dla niejednego z nich byłaby służba u zamożnego szlachcica z Korony. Przypomnijmy sobie, jak przedstawił to Henryk Sienkiewicz w Ogniem i mieczem, kiedy Jan Skrzetuski zabiegał o rękę pięknej kniaziówny Heleny...

Była jednakże jedyna kobieta w historii Polski, która nie będąc królową, nosiła prawnie tytuł wielkiej księżnej litewskiej – Helena, córka cara Iwana III Srogiego, a żona króla Aleksandra Jagiellończyka. Do jej koronacji obok męża na Wawelu nie dopuściło polskie duchowieństwo, wyznawała bowiem prawosławie. Inne były wtedy poglądy duchowieństwa, jakże odmienne od dzisiejszych. Dzisiaj paulinom, stróżom Jasnej Góry i narodowego panteonu na krakowskiej Skałce, nie przeszkadzał fakt pochowania tamże, obok wielkich Polaków-chrześcijan, człowieka niewierzącego, byłego sympatyka ateistycznego komunizmu, oszczercy własnego narodu, wprawdzie „tłumacza” Biblii i laureata Nobla, ale jednak ateisty... A pochodził ze szlacheckiej rodziny, pieczętujacej się herbem Lubicz. Mowa o Czesławie Miłoszu.

Tak, czasami niektóre godła szlacheckie po prostu hańbią. Nim zamówimy sobie sygnet z herbem, sprawdźmy, czy nie pieczętował się nim przypadkiem któryś ze zdrajców narodu, państwa, Konstytucji...