Strona główna / Historia / Grzegorz Przemyk – zbrodnia wciąż nieukarana

GP #21, 5 października 2013 r.

Grzegorz Przemyk
– zbrodnia wciąż nieukarana

MIROSŁAWA KRUSZEWSKA

Poecie Edwardowi Duszy, nieugiętemu orędownikowi
sprawy Grzegorza Przemyka w wolnym świecie, dedykuję

Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu rozpatrzył skargę wniesioną przez Leopolda Przemyka, ojca Grzegorza Przemyka, który zmarł w maju 1983 r. w wyniku bestialskiego pobicia przez milicjantów na warszawskim posterunku milicji.

Grzegorz_Przemyk
Grzegorz Przemyk

Zgodnie z orzeczeniem tego Trybunału, dotychczasowe wyroki sądów polskich w sprawie Grzegorza Przemyka stanowiły pogwałcenie art 2. Konwencji Praw Człowieka. Trybunał zasądził jednocześnie 20 tys. euro odszkodowania od państwa polskiego na rzecz wnoszącego pozew Leopolda Przemyka.

Leopold Przemyk złożył skargę do Trybunału Praw Człowieka nie zgadzając się z opinią polskich sądów, że pobicie jego syna na posterunku milicji było zwykłym przestępstwem, a nie zbrodnią popełnioną przez funkcjonariuszy państwowych.

Zdaniem Leopolda Przemyka, sądy powinny były badać zabójstwo chłopca na podstawie art. 105 par. 2 Kodeksu Karnego, zgodnie z którym nie ulegają przedawnieniu przestępstwa skutkujące ciężkim uszczerbkiem na zdrowiu lub ciężkim uszkodzeniem ciała, których dopuszcza się funkcjonariusz państwowy w związku z pełnieniem obowiązków służbowych. Polskie sądy uznały wprawdzie, że było to pobicie ze skutkiem śmiertelnym, ale jednocześnie stwierdziły, że doszło do przedawnienia karalności czynu.

Leopold Przemyk oświadczył, że polskie sądy nie przeprowadziły właściwego postępowania wyjaśniającego i tym samym naruszyły art. 2 Konwencji o Ochronie Praw Człowieka, który stwierdza, że „prawo każdego człowieka do życia jest chronione przez ustawę”.

Śmierć warszawskiego maturzysty była jedną z najgłośniejszych zbrodni władzy komunistycznej lat 80. Większość winnych uniknęła kar. Do dziś nieznana jest dokładna liczba śmiertelnych ofiar represji stanu wojennego – mimo że próby takiej dokumentacji były podejmowane wielokrotnie.

W bieżącym roku, 14 maja, minęło 30 lat od tragicznej śmierci Grzegorza Przemyka, skatowanego przez funkcjonariuszy milicji. Miał niespełna 19 lat. Był synem poetki i działaczki opozycyjnej, Barbary Sadowskiej, która nie mogąc udźwignąć ciężaru śmierci jedynego syna, zmarła trzy lata później.

Przypomnijmy. Grzegorz Przemyk został bestialsko pobity na komisariacie 12 maja 1983 r. Dwa dni potem zmarł w szpitalu na skutek odniesionych urazów jamy brzusznej.

Oficjalnym powodem zatrzymania chłopca było jego głośne zachowanie na placu Zamkowym w Warszawie, gdzie znalazł się wraz z kolegami z klasy. Pech chciał, że tego dnia, 12 maja, przypada rocznica śmierci marszałka Józefa Piłsudskiego i z obawy przed manifestacjami patriotycznymi po okolicznościowej mszy św. w Katedrze św. Jana, na placu Zamkowym znajdowały się wzmocnione patrole ZOMO. Przypadek sprawił, że tego właśnie dnia grupa maturzystów z Liceum im. A. Frycza-Modrzewskiego świętowała udane maturalne egzaminy pisemne. Chłopcy wypili po lampce wina i udali się na przechadzkę na Stare Miasto. Panował w ich gronie nastrój beztroski, absolutnie nie pasujący do grozy sytuacji. Towarzyszył im w tej zabawie nieco starszy od nich kolega Grzegorza z Radomia, Cezary Filozof, na którego plecy rozbrykany Grzegorz wskoczył w chwili, gdy grupa wychodziła z ulicy Świętojańskiej na plac Zamkowy. Po kilku krokach Cezary się potknął i wraz z jadącym na nim „na barana” Grzegorzem wywrócił się na bruk. Po chwili obydwaj poderwali się i poszli dalej, każdy na własnych nogach. Niestety, patrolujący w pobliżu ZOMO-wiec, Bogusław Bielec, dogonił ich i zatrzymał. Gdy zażądał od Grzegorza Przemyka okazania dowodu osobistego, ten odmówił, twierdząc, iż stan wojenny właśnie został odwołany i nie ma konieczności noszenia dowodu przy sobie. Wówczas Bielec wezwał stojący w pobliżu radiowóz. Gdyby Bielec polecił swemu koledze w patrolu, Ireneuszowi Kościukowi, przeszukanie Przemyka, ów bez trudu znalazłby w kieszeni spodni dowód osobisty chłopaka. Nie doszłoby wówczas do tragedii, jaka się wydarzyła. Nie można jednak wykluczyć, że Grzegorza „nadał” patrolowi idący za nim tajniak i że ZOMO-wcy realizowali jedynie ustalony uprzednio plan zatrzymania chłopca, by na pobliskim komisariacie sprawić mu wychowawcze dla niego i jego matki lanie.

Pod pozorem „ustalenia tożsamości”, milicjanci postanowili zabrać go na pobliski komisariat przy ulicy Jezuickiej. Gdy zaskoczony Grzegorz odmówił wejścia do radiowozu, Bielec uderzył go pałką po plecach tak silnie, że chłopiec z wrażenia zgubił podczas wsiadania do samochodu swoje sandały-klapki. Klapki podniósł jeden z towarzyszących mu kolegów, Jakub Kotański, i pobiegł w ślad za radiowozem. Niestety, nikt z całej grupy, oprócz Cezarego Filozofa, nie odważył się wejść na teren komisariatu MO przy ul. Jezuickiej, toteż tylko Cezary pozostał jedynym świadkiem dalszych wydarzeń.

Na komisariacie milicjanci ponownie pytali Grzegorza o dokumenty, choć była to tylko formalność, gdyż prawdopodobnie już dawno zdążono go zidentyfikować jako syna opozycjonistki antykomunistycznej, Barbary Sadowskiej. O tym, co się dalej działo, wiemy z relacji Cezarego Filozofa:

„Po uderzeniu Grzesia w twarz, z dyżurki na korytarz wyszedł jeden z milicjantów (jestem w stanie go rozpoznać) oraz drugi, którego widziałem po raz pierwszy. Oni obaj do nas doszli i ten, który nas doprowadzał [na komisariat] – jest to Kościuk – wyciągnął [milicyjną] pałkę. Wtedy Grzegorz wstał, sądząc, że pałka będzie użyta w stosunku do niego, i szybkim ruchem uchwycił za tę pałkę. Milicjant jeszcze nie zdążył jej użyć, ale wyciągnął tę pałkę szybkim ruchem. Ta scena trwała kilkadziesiąt sekund, ale ta sytuacja wyzwala w tych funkcjonariuszach agresję. (...) Dobiega do nich funkcjonariusz, który [wcześniej] pisał. Biją Grzegorza Przemyka po plecach w ten sposób, że milicjant staje z przodu, może nawet trochę bardziej z boku, i ciosy zadaje tak, że pałka przez ramię zwija się na plecach. Nie można określić, ile tych ciosów było, ale było ich sporo. I Grzegorz Przemyk w tym momencie zaczyna bardzo głośno krzyczeć. Biją go po plecach, nerkach, grzbiecie. I w tej fazie jest co najmniej trzech milicjantów. Kościuk, od którego się to wszystko zaczyna, milicjant, który wyszedł z dyżurki, i milicjant, który pisał notatkę. Ta sytuacja jest taka, że Denkiewicz, który siedział w swojej dyżurce, (...) wychodzi i reaguje w następujący sposób: »Bijcie tak, żeby nie było śladów«. Jeden z tych dwóch milicjantów schwycił Grzegorza za ręce z tyłu tak, że przytrzymywał je, a drugi milicjant wykonywał łokciami szybkie, krótkie ruchy. Tymi łokciami zadawał Grzegorzowi ciosy w brzuch. Tych ciosów nie było dużo, natomiast musiały być silne, bo po każdym z nich Grzegorz wydawał potworne jęki”.

Wycie z bólu słyszeli stojący pod komisariatem koledzy Przemyka. Później stwierdzono, że otrzymał on około 40 ciosów pałkami po barkach i plecach, a także kilkanaście ciosów łokciami albo pięścią w brzuch. Przeraźliwe krzyki, wręcz wycie, bitego maturzysty słychać było nawet na zewnątrz komisariatu. Bili go po plecach, nerkach, karku. Zadawali ciosy milicyjnymi pałkami, pięściami, łokciami, leżącego już na podłodze kopali. Szczególnie destrukcyjne były ciosy zadawane przez Kościuka twardą rękojeścią milicyjnej pałki.

Sprawcami pobicia byli ZOMO-wcy – Ireneusz Kościuk, Krzysztof Dalmata, Piotr Jarmułowicz, Bogusław Bielec przy asyście przełożonego ZOMO-wców, chorążego Wita Jabłońskiego oraz dyżurnego milicjanta, sierżanta Arkadiusza Denkiewicza, który pouczał bijących, jak bić bez zostawiania śladów.

W pewnym momencie wszyscy zorientowali się, że chłopak nie opuści komisariatu o własnych siłach. Komendant komisariatu, kapitan Konstanty Machnowski, wraz z wizytującym komisariat naczelnikiem wydziału służby wywiadowczej, kapitanem Romanem Gembarowskim, wezwali do komisariatu karetkę pogotowia, informując dyspozytora, że jest u nich „psychiczny”, który na ulicy rzucał butami w przechodniów.

Pobitego musieli wręcz zanieść do karetki przybyli na wezwanie sanitariusz (Jacek Szyzdek) i kierowca (Michał Wysocki). Sierżant milicji poinformował ich, że zatrzymany może być narkomanem i że nie ma przy sobie żadnych dokumentów.

Na pogotowiu ratunkowym, przy ul. Hożej, Grzegorz Przemyk zasłabł, osunął się na ziemię, nie było z nim kontaktu. Jako „psychiczny”, nie został przebadany przez lekarza internistę. Dyżurny lekarz psychiatra wydał skierowanie do szpitala psychiatrycznego. W tym czasie pojawiła się na pogotowiu, powiadomiona przez kolegów pobitego, matka i poprosiła o wypisanie syna do domu. Choć mieszkali blisko, w wieżowcu przy ul. Hibnera (dziś ul. Zgoda), Grzegorza trzeba było wnieść do mieszkania na noszach. Następnego dnia rano zaniepokojona stanem syna Barbara Sadowska wezwała pogotowie. Lekarz, stwierdzając bóle brzucha, zalecił silny zastrzyk przeciwbólowy. Jeszcze tego samego dnia wezwana lekarka rejonowa natychmiast zadzwoniła po karetkę reanimacyjną, która zawiozła nieprzytomnego chłopca do szpitala na Solcu. W piątek wieczorem, 13 maja, rozpoczęła się operacja, która trwała aż do rana. Chirurdzy – dr Leszek Karpiński, dr Filip Grzejszczak i dr Marek Bagniewski – usiłowali pozszywać narządy wewnętrzne ofiary: rozbitą wątrobę, śledzionę oraz pęknięte jelito grube. Niestety, w wyniku tak ciężkich urazów sztuka lekarska okazała się bezradna. Grzegorz doznał rozległych obrażeń, co doprowadziło do rozlanego zapalenia otrzewnej ze wstrząsem urazowym i septycznym, a w konsekwencji, mimo leczenia przeciwwstrząsowego i operacji chirurgicznej, do jego śmierci.

Lekarze operujący przyrównali stan jego organów wewnętrznych do organów człowieka przejechanego przez samochód. Przemyk zapadł w stan śmierci klinicznej. Nie udała się reanimacja. Zmarł w sobotę, 14 maja 1983 r. Za trzy dni ukończyłby 19 lat. Do trumny matka włożyła jego ulubiony chlebak, odziedziczony po Edwardzie Stachurze, oraz górskie buty na ostatnią drogę.

Kilka dni później odbyła się msza żałobna w kościele św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu. W drodze na Cmentarz Powązkowski odprowadziło Przemyka ok. 100 tysięcy ludzi. Była to pierwsza tak duża manifestacja od czasu wprowadzenia stanu wojennego – większość zebranych szła w całkowitej ciszy, z symbolicznie uniesionymi w górę dłońmi ze znakiem „V”. Za trumną syna podążała Barbara Sadowska podtrzymywana przez ks. Jerzego Popiełuszkę, który w rok później sam stał się kolejną ofiarą bestialskiego mordu.

Przed pogrzebem i w jego trakcie doszło do incydentów dokonywanych przez tzw. „nieznanych sprawców” – sprzed Liceum im. Andrzeja Frycza-Modrzewskiego, do którego chodził Przemyk, notorycznie zrywane były żałobne czarne flagi. Zaś na samym pogrzebie, po wzruszającej mowie pożegnalnej, wygłoszonej przez wychowawczynię klasy, ktoś wyrwał i ukradł jej torebkę z wygłoszonym tekstem.

Powszechnie wiadomo było, że „nieznani sprawcy” nigdy nie zostaną wykryci ani nie będą ścigani przez prawo. Byli nimi przecież funkcjonariusze Bezpieki – bezkarni i niewykrywalni.

Szykanowany był także główny świadek wydarzeń, dzięki któremu znamy ich przebieg – Cezary Filozof, który stał na przeszkodzie manipulacjom Bezpieki. Próbowano go na różne sposoby unieszkodliwić, skompromitować, karnie wcielić do wojska, zmusić do emigracji. By zneutralizować skutki jego zeznań, zorganizowano całą milicyjną operację pod kryptonimem „Junior”. Wywierano naciski na jego ojca, Jana Filozofa, oficera wojska, by wpłynął na syna, aby ten zaprzestał upierać się przy swoich zeznaniach. Dziś wiemy, że omawiano różne formy zatkania mu ust. Gdy ciężkie pobicie nie poskutkowało, rozważano usunięcie, raz na zawsze, niewygodnego świadka. Posunięto się nawet do pomysłu, na szczęście niezrealizowanego, aby uśmiercić go w wypadku samochodowym.

Na różne sposoby starano się zastraszyć i wyciszyć kolegów szkolnych Grzegorza.

M.in. Wojciech Cejrowski, dziś znany podróżnik i autor fascynujących reportaży, który chodził do równoległej klasy maturalnej, opowiada, że między maturą pisemną a ustną „nieznani do dzisiaj sprawcy wrzucili mnie do samochodu i wyłamali mi wszystkie palce u obu rąk. Najpierw powyciągali je ze stawów, żeby nie popękały kości”. Maturę ustną Cejrowski zdawał z rękami na temblaku. Mówi o regularnej pacyfikacji szkoły – po to, aby w szkole zrobiło się cicho, żeby się wszyscy bali.

Nieprzerwanie trwał dramat prawdziwego bohatera walki o ukaranie milicyjnych morderców – Cezarego Filozofa. Czynne w III RP podziemie SB-eckie usiłowało go przez cały czas zmusić do milczenia. W małej miejscowości pod Radomiem, gdzie Cezary mieszkał z żoną i dziećmi, krążyły anonimowe samochody, co przypominało dawne praktyki jawnej inwigilacji na postrach. Pewnego dnia – jeszcze przed ogłoszeniem wyroku skazującego Denkiewicza, zaś uniewinniającego Kościuka – „nieznani sprawcy” zatkali starymi szmatami komin w jego chałupce. Opatrzność miała w opiece tę rodzinę: gdyby żona Cezarego paliła tego wieczoru w piecu węglem, wszyscy zaczadziliby się. Na szczęście, napaliła drewnem.

Prowokacje wobec tej rodziny trwają do chwili obecnej, dając świadectwo wartości przemian zachodzących w dzisiejszej Polsce. Niedawno, biorąc udział w programie telewizyjnym, Cezary zabronił ukazywania swej twarzy i podawania pełnego nazwiska. Najwyraźniej nie wierzy w zdolność obecnych władz do zapewnienia elementarnego bezpieczeństwa jego rodzinie. Dla niego wciąż trwają koszmary rodem z PRL.

Śmierć Grzegorza Przemyka od początku rozpatrywana jest w kategoriach politycznych zarówno przez środowiska opozycyjne, jak i PRL-owskie władze. Jego matka, Barbara Sadowska, była znaną działaczką Prymasowskiego Komitetu Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i ich Rodzinom. Była kilkakrotnie aresztowana oraz stale inwigilowana przez Służbę Bezpieczeństwa. Kilka dni przed zatrzymaniem syna, 3 maja 1983 r., została pobita podczas szturmu funkcjonariuszy MSW na siedzibę komitetu w klasztorze franciszkanek przy ul. Piwnej – to wówczas „nieznani sprawcy” zagrozili jej, że następnym razem „zatłuką jej syna”. Na zdjęciach z pogrzebu Przemyka widać, że Barbara Sadowska wciąż jeszcze ma zabandażowane palce prawej ręki.

Udział syna Barbary Sadowskiej w jej zmaganiach z prześladowaniami przez Bezpiekę był wpisany w jego codzienne życie. 29 kwietnia 1983 r., o godz. 17.00 matka Grzegorza została zatrzymana we własnym mieszkaniu i zabrana, po rewizji mieszkania, wraz z synem Grzegorzem i obecnymi tam jej przyjaciółmi, na komendę milicji przy ul. Wilczej. Tam przetrzymano Sadowską i Grzegorza przez 48 godzin, do dnia 1 maja 1983 r. Tym samym represjom co Sadowska podlegał także jej syn.

13 czerwca 1983 r. Sadowska zeznała, iż w czasie przesłuchania powiedziano, że jej samej nie można nic zrobić, ale „syna pani załatwimy”. Groźbę tę przypomniała 20 marca 1997 r., w swym wystąpieniu przed Sądem Wojewódzkim w Warszawie, mecenas Ewa Milewska-Celińska twierdząc, że w całym zdarzeniu na placu Zamkowym brak było podstaw do zatrzymania Grzegorza Przemyka. Nie robił on bowiem niczego nagannego. To, że hałasował czy uwieszał się na plecach Cezarego Filozofa, nie było żadnym przestępstwem. Zdał maturalne egzaminy pisemne i z radości wyczyniał dzikie harce, jak wielu maturzystów w jego wieku. Nikogo fizycznie nie zaczepiał, nie obrażał i, poza sztubackim zachowaniem, nikomu nie wadził. Nawet gdyby chodził po placu na rękach, nie czyniło go to niebezpiecznym dla otoczenia. Nie był chuliganem. Pech chciał, że nie chciał okazać dokumentu tożsamości. Pech chciał, że jako syn opozycjonistki sam był materiałem na opozycjonistę, który w przyszłości mógł stać się niebezpieczny dla prosowieckich piesków Moskwy.

Dziesięć dni po pogrzebie Przemyka, gen. Czesław Kiszczak, współczesny Nowosilcow, kat Polaków, zaprosił na spotkanie do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych przedstawicieli kierownictwa Liceum im. Frycza-Modrzewskiego. Rada Pedagogiczna oraz Komitet Rodzicielski w liście wysłanym kilka dni wcześniej, obawiając się o zdrowie i dalsze losy młodzieży, domagali się od władz pilnego i rzetelnego wyjaśnienia sprawy. Według relacji ówczesnego dyrektora liceum, Kiszczak podczas tego spotkania ironicznie zapytał: – Dlaczego nie dopuszczamy takiej możliwości, że Grzegorz Przemyk został zabity przez przyjaciół politycznych jego matki, żeby w ten sposób dokonać prowokacji wobec aktualnych władz?

Był to jednak dopiero początek wyrafinowanej gry operacyjnej, jaką podjęły służby bezpieczeństwa wraz z milicją, by chronić swoich funkcjonariuszy. Powstała specjalna grupa operacyjno-śledcza, która miała ukryć kompromitującą milicję prawdę – zwieńczeniem jej żmudnych, zakrojonych na ogromną skalę prowokacji był wybór kierowcy karetki i sanitariusza na sprawców pobicia. Ci zostali wkrótce aresztowani, wielokrotnie przesłuchiwani, psychicznie nękani, doprowadzani przez śledczych do granic wytrzymałości.

Kierowca karetki, Michał Wysocki, podjął dwie próby samobójcze oraz protestacyjną głodówkę. Nieustannie szantażowany – funkcjonariusze grozili mu śmiercią najbliższych – będąc u kresu wytrzymałości psychicznej, zgodził się złożyć swój podpis pod wymuszonym przyznaniem się do winy.

Po śledztwie prowadzonym przez prokurator Ewę Chałupczak i milicjanta Jacka Ziółkowskiego (zapamiętajmy te nazwiska!) w lipcu 1984 r., sąd – pomimo zeznań lekarzy i pielęgniarek szpitala na Solcu, którzy zeznawali, że Przemyk na pytanie, co się stało, odpowiadał, iż został pobity na komisariacie MO – ogłosił sanitariusza i kierowcę winnymi użycia przemocy wobec pacjenta i skazał ich na 2,5 roku więzienia. Milicjanci z komisariatu przy ul. Jezuickiej zostali uniewinnieni. Matka Grzegorza Przemyka odmówiła udziału w tym procesie, rozpoznając prowokację oraz misternie sfingowane dowody. Nad pomyślnym przebiegiem całej operacji czuwał gen. Kiszczak, który finansowymi nagrodami wyróżnił swoich „podopiecznych” zaangażowanych w tę sądowo-milicyjną farsę.

19 października 1984 r., tragiczną śmiercią, także z rąk funkcjonariuszy państwowych (oficerów MSW), zginął ks. Jerzy Popiełuszko. Bliska przyjaciółka Barbary Sadowskiej, Ligia Urniaż-Grabowska, lekarka, która opiekowała się nią po śmierci Grzegorza, wspomina: „Śmierć ks. Jerzego odebrała ostatnią kotwicę jej życia. Rozwinęły się choroby, z którymi walczyła wcześniej siłą woli. (...) Basia załamała się zupełnie. Zachorowała na płuca, wykryto raka”.

Barbara Sadowska zmarła 1 października 1986 roku. Została pochowana w jednym grobie razem z synem, na warszawskich Powązkach.

Dopiero po upadku systemu komunistycznego, w roku 1990, niesłusznie oskarżeni o śmierć Grzegorza Przemyka zostali oczyszczeni z zarzutów. Wznowiono natomiast postępowanie wobec funkcjonariuszy milicji – Arkadiusza Denkiewicza i Ireneusza Kościuka oraz płk. Kazimierza Otłowskiego. Jak pisze Antoni Zambrowski, obserwator procesów w sprawie śmierci Przemyka, „nie wiadomo, dlaczego prokuratura ograniczyła się jedynie do oskarżenia tych trzech osób wybranych ze znacznie liczniejszego grona uwikłanych w ten mord”.

W 1997 r. Denkiewicza skazano na 4 lata więzienia. Karę jednak obniżono o połowę na mocy amnestii. Tak więc w więzieniu nie spędził on nawet jednego dnia. Według powołanych przez sąd psychiatrów, „zmiany w psychice oskarżonego uniemożliwiały mu odbycie kary” (to on kazał bić bez pozostawienia śladów). Otłowskiego skazano na 1,5 roku więzienia w zawieszeniu na 3 lata „za mataczenie i udział w próbie zniszczenia akt operacyjnych”, Kościuka zaś uniewinniono „z braku dostatecznych dowodów”.

Ireneusza Kościuka sądzono kilkakrotnie – cztery razy był uniewinniany, jednak sądy wyższej instancji odsyłały sprawę do ponownego rozpatrzenia. W maju 2008 r. Sąd Apelacyjny nie miał wątpliwości, iż Kościuk był jednym z trzech oprawców katujących Grzegorza Przemyka – skazano go na 8 lat. Jednak ten sam Sąd Apelacyjny przychylił się do wniosku obrony wnoszącej o umorzenie sprawy, która właśnie uległa przedawnieniu. Nic też nie wskórał wniosek ówczesnego ministra sprawiedliwości, Krzysztofa Kwiatkowskiego, który w lutym 2010 r. wniósł o kasację tego ostatniego wyroku. Sąd Najwyższy oddalił wniosek ministra jako bezzasadny, przyznając jednocześnie, iż ta sprawa jest porażką polskiego wymiaru sprawiedliwości – że matactwa milicji i służb bezpieczeństwa były tak misternie przygotowane, iż nawet po latach okazały się skuteczne.

W roku 2012, w 29. rocznicę aresztowania i pobicia Grzegorza Przemyka, na budynku przy ulicy Jezuickiej 1/3, w obecności Leopolda Przemyka (ojca Grzegorza), Michała Wysockiego (kierowcy karetki) oraz Hanny Gronkiewicz-Waltz (prezydent Warszawy) została odsłonięta tablica upamiętniająca tamte wydarzenia.

Sprawcy śmiertelnego pobicia Grzegorza Przemyka, ZOMO-wcy, milicjanci oraz ich zwierzchnicy wciąż przebywają na wolności. Beztroska opieszałość polskich sądów, brak kompetencji albo zła wola sędziów, tkwiących wciąż w poprzedniej epoce, to wszystko odkłada się w nas niechęcią do współczesnej Polski. Polski, gdzie wciąż istnieją tematy zamknięte na kłódkę.

Polacy kochają chodzić na cmentarze. Szkoda, że dawno zapomnieli o tym, co się stało i o co chodziło tym, którzy tam leżą.