Strona główna / Historia / Walka o prawdę

GP #21, 17 października 2015 r.

Walka o prawdę

Mariusz Solecki – literaturoznawca, nauczyciel języka polskiego w liceum. Autor książek: Literackie portrety żołnierzy wyklętych. Esej o literaturze polskiej lat 1948-2010 (2013), Historie pisane przez wojnę (2015), Słownik egzemplaryczny 44 środków artystycznego wyrazu (2011), e-booków: Wojna zwykłych ludzi (2011), Piłka nożna i poezja (2012) oraz licznych artykułów z obszaru historii literatury i krytyki literackiej (m.in.: Rzeczpospolita, Twórczość, Topos, Gazeta Polska, Historia Do Rzeczy, wSieci Historii, Polonia Christiana).

Z Mariuszem Soleckim rozmawia Weronika Girys-Czagowiec.

Jest Pan literaturoznawcą. Co sprawiło, że zainteresował się Pan tematyką żołnierzy wyklętych?

– Dzieła literackie są nie tylko nośnikami wartości estetycznych, są także lustrami przeszłości. Oczywiście, będąc literaturoznawcą, można być nieczułym na te drugie, ale akurat mnie zajmują obie sfery: artyzm utworu i odciśnięte w nim tropy minionych czasów. Nie pociąga mnie historia en bloc, zresztą jej materia jest już dziś nie do ogarnięcia. Orbituję poznawczo wokół II wojny światowej. Interesują mnie perypetie pokolenia Kolumbów nie tylko z lat 1939–1945. Ciekawi mnie także klimat dorastania tej generacji (dwudziestolecie międzywojenne), a nade wszystko jej sytuacja, wybory, losy w dobie wczesnego powojnia, naznaczonego w Polsce strzałami antykomunistycznego powstania. Od jakiejś dekady moją wielką miłością stali się żołnierze wyklęci. Dowiedziałem się o nich późno – i to wcale nie na studiach polonistycznych. Kiedy je kończyłem (przełom tysiącleci), temat podziemia niepodległościowego dopiero raczkował. Pierwszym impulsem wiodącym do otwarcia skarbca antykomunistycznego ruchu oporu stał się dla mnie pobyt w Urzędowie, w mateczniku „Zapory”. Dekutowski zaintrygował mnie, zacząłem o nim i jemu podobnych czytać, na początku relacje partyzantów i naukowe opracowania. Zanim odkryłem, że na dobrą sprawę w literaturoznawstwie nie funkcjonuje temat żołnierzy wyklętych (monografia), i dojrzałem do pisania (styczeń 2008), upłynęło kilka długich lat.

W swojej książce Literackie portrety żołnierzy wyklętych omawia Pan utwory pisarzy, którzy włączyli się w tworzenie czarnej legendy polskiego podziemia. Utwory niektórych z nich, takich jak Zbigniew Nienacki, autor Pana Samochodzika, wciąż są popularne. Na podstawie książki Zbigniewa Domino, stalinowskiego prokuratora, Janusz Zaorski nakręcił Syberiadę polską. Czy myśli Pan, że jest to kwestia niewiedzy na temat ich niechlubnej przeszłości, czy raczej tego, że ta wiedza nie przeszkadza?

– Antylegendę niepodległościowego podziemia fabrykował istny legion polskojęzycznych pisarzy. Ich czarną listę znajdzie Pani w Internecie. Popularność Nienackiego i Domino łączę z utworami niepowiązanymi treściowo z wydarzeniami wczesnego powojnia. Nienacki wypromował się serią o sympatycznym historyku sztuki, mało kto zna jego sensacyjny, wymierzony w Konspiracyjne Wojsko Polskie Worek Judaszów (1961). Zbigniew Domino jako prozaik nigdy nie zaistniał w powszechnej świadomości rodaków, miłośnicy Syberiady polskiej nie postrzegają go więc jako pisarza obciążonego podejrzaną przeszłością. Niewielu z nich zada sobie trud, by zajrzeć np. do jego Błędnych ogni (1972) i zorientować się, jakie okropieństwa rozpowszechnia on o „Młocie”, „Huzarze” i innych wspaniałych chłopakach z antykomunistycznego Podlasia. Z powyższego wynika, że odbiorcy współczesnej kultury nie są zbyt dociekliwi. Być może są wśród nich i tacy, którzy na wszelki wypadek wolą nie wchodzić na pola minowe naszej historii.

Czy wśród autorów opisanych przez Pana są tacy, którzy wcześniej walczyli w szeregach AK?

– To dość przygnębiające, ale nie da się ukryć, że są. Swój akowski etos zdradzili tacy autorzy jak Tadeusz Konwicki – żołnierz Wileńskiego Okręgu AK, Witold Zalewski – partyzant i powstaniec warszawski, Ryszard Kłyś – przez moment działający w strukturach Ruchu Oporu Armii Krajowej, a więc powojennej formacji zbrojnej, Roman Mularczyk vel Bratny i Aleksander Ścibor-Rylski – żołnierze Warszawskiego Okręgu AK.

Jak pokazywani są żołnierze wyklęci w literaturze propagandowej?

– Tak jak sobie tego życzyli ich eksterminatorzy. Aby dać alibi uzurpatorom do fizycznego i moralnego unicestwienia partyzantów II konspiracji, służący reżimowi literaci nazywali antykomunistycznych powstańców bandytami, reakcjonistami, oprychami, zbirami, watażkami, polskimi faszystami etc.; pomawiali ich o współpracę z UPA (A. Bahdaj, Skalista ubocz, 1952), o przyjmowanie do oddziałów byłych esesmanów (J. Putrament, Rozstaje, 1954); kreowali ich na pijaków (Z. Domino, Błędne ognie, 1972), dziwkarzy (J. Broniewska, Biała plama), sadystów (S. Banaś, Ostatni z posterunku, 1961) czy wręcz na pedofilów (J. Brzechwa, Ballada o dwóch facetach, 1947; T. Konwicki, Rojsty, 1956). Odpryski tej narracji utrzymały się do dzisiaj. Spotkamy je np. w powieści kryminalnej Katarzyny Bondy Okularnik (2015), we wspomnieniach świetnego gawędziarza, wielkiego aktora Emila Karewicza Moje trzy po trzy (2013), nazywającego dowódców oddziałów antykomunistycznych „watażkami”, i w opisach fabuł wielu peerelowskich produkcji kinowo-telewizyjnych, skatalogowanych w sieciowym serwisie firmowanym autorytetem Szkoły Filmowej w Łodzi (www.filmpolski.pl).

Pozostańmy w takim razie przy filmach. Powstają produkcje takie jak Ida Pawła Pawlikowskiego, Ryszard Bugajski kręci Zaćmę o Julii Brystygierowej. Ale zamierza pokazać zupełnie inne oblicze „Krwawej Luny” niż to, które znamy np. z książek Tadeusza Płużańskiego. Dlaczego właśnie tak chce ją przedstawić widzom?

– Cóż, co najmniej od czasów Boskiej komedii Dantego wiadomo, że artystom lepiej wychodzi odwzorowanie zła niż dobra. Są tacy, których bardziej pociąga demoniczność „Luny” niż kryształowość „Inki”. No i pokusa ukazania wielkiego tematu metamorfozy zbrodniarki – to zawsze chwyci za serce, otworzy portfel, zwabi do kina – której śladów jakoś nie znalazłem, biorąc pod badawczą lupę jej opowiadania.

Właśnie – w swoim artykule „Proza krwawej »Luny«” przypomina Pan, że Julia Brystygierowa zajmowała się również twórczością literacką. O czym pisała?

– Brystygierowa, posługująca się pseudonimem literackim Julia Prajs, w swojej prozie ogłaszanej drukiem w latach 60. ubiegłego wieku wracała do rzeki młodzieńczych, ideowych wzruszeń z pionierskiego okresu partii komunistycznej w II Rzeczypospolitej, znanego jej, bolszewickiej aktywistce, z autopsji. Na swojej międzywojennej ojczyźnie pisarka nie zostawiała suchej nitki, oskarżając ją o terror wobec komunistów, oczywiście świetlanych męczenników nowej wiary, nie żadnych tam agentów sowieckiej Rosji. Mdło po lekturze tak zafałszowanych opowiadań. Najbardziej poruszyło mnie opowiadanie krwawej „Luny” inspirowane Holocaustem – Deska Karneadesa, mistrzowskie artystycznie. Cóż z tego, skoro stało się dla autorki okazją do spotwarzania żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych. Ukazani w utworze eneszetowcy zajmują się tym samym czym Niemcy – czyli mordowaniem Żydów…

Kiedy w literaturze zaczęło się odkłamywanie obrazu polskiego podziemia? Które utwory uważa Pan za szczególnie wartościowe?

– Pierwsze jaskółki, wątłe i słabowite, nieco innego ukazywania w literaturze podziemia niepodległościowego niż w czarnej nocy stalinizmu pojawiły się w okresie polskiego Października. Coś tam próbował wtedy Bratny w Kolumbach… (ale tylko wobec akowców), coś tam próbowała Barbara Nawrocka-Dońska w opowiadaniu Powrót z więzienia. Potem, tj. do schyłku PRL-u, biła w czytelnika już tylko twarda, znowu przywrócona do łask przedpaździernikowa propaganda: Hołuj, Nienacki, Przymanowski, Grzymkowski, Łysakowski, Kłyś. Czymś wyjątkowym na tym tle była odwaga Józefa Mortona, by w sfinalizowanym w 1987 roku 4-tomowym Całopaleniu wykonać gest Antygony wobec partyzantów NSZ. Na dobrą sprawę akcja podnoszenia z prochu żołnierzy wyklętych zaczęła się w literaturze dopiero po tzw. transformacji ustrojowej. Wydaje mi się, że zaczął Wilkami Herbert. Był rok 1992. Podążyli za nim: Krasiński (Na stracenie), Stawiński (Pułkownik Kwiatkowski…), dołączyli inni, młodsi (Holewiński, Harny) i całkiem młodzi (Reńca, Dakowicz). Znajdzie Pani w Internecie listę pisarzy, którzy poszli na wojnę z kilkudziesięcioletnim dyktatem propagandy, błękitną listę pisarzy zasługujących na zaszczytne miano strażników pamięci żołnierzy wyklętych.

Wkrótce zobaczymy w kinach film Mirosława Krzyszkowskiego o rotmistrzu Witoldzie Pileckim, wcześniej mogliśmy obejrzeć film Arkadiusza Gołębiewskiego Inka. Zachowałam się jak trzeba o Danucie Siedzikównie. Walka o prawdę trwa – jesteśmy im to winni. Czy myśli Pan, że to jeszcze długa droga?

– Zgadzam się z Panią, że jesteśmy im to winni. Jesteśmy dłużnikami żołnierzy wyklętych. Dzięki nim polskość brzmi dumnie, nie kojarzy się z ugięciem karku, z tchórzliwym, cynicznym braniem za dobrą monetę sowieckich srebrników. Wartości ważne dla takich superbohaterów jak „Zapora”, „Łupaszko”, „Warszyc” – żeby ich przedwczesna śmierć nie poszła na marne – muszą wniknąć w duchowy krwiobieg kolejnych pokoleń dążących do stworzeniu ziemi obiecanej nad Wisłą. Z roku na rok wzrastające w naszym kraju zainteresowanie fenomenem II konspiracji świadczy o tym, że wszystko powoli zmierza w dobrą stronę.

Dziękuję bardzo za rozmowę.