GP #7, 27 marca 2010 r.

Neron – kim był naprawdę?

EDWARD DUSZA

Polacy znają doskonale imię tego cesarza, wszedł on bowiem w naszą literaturę i sztukę jak Piłat w Credo – jest bohaterem jednej z najgłośniejszych polskich powieści Quo vadis? oraz widnieje na wspaniałym malowidle pokrywającym ścianę Muzeum Narodowego w Krakowie a zatytułowanym „Pochodnie chrześcijaństwa” (tak brzmiała nazwa obrazu, nadana mu przez artystę Henryka Siemiradzkiego).

Resztę zrobiły amerykańskie i brytyjskie seriale filmowe. Wiemy, że Neron I był okrutnym, lekkomyślnym władcą, złym, krwiożerczym człowiekiem, w końcu matkobójcą. Taką zresztą opinię o nim ugruntował w naszej świadomości nie tylko Henryk Sienkiewicz. Zdecydowanie negatywnie wyrażali się o tym władcy: Tacyt, Swetoniusz, Kasjusz. Ich przekaz sugeruje, że trzynaście lat panowania tego tyrana wystarczyło, aby przeszedł w niesławie do historii.

Wszystko to prawda, a jednak... Zacznijmy od początku. Na tron cesarski wcisnęła Nerona matka, osławiona Agrypina Młodsza, ostatnia żona cesarza Klaudiusza. Nie wiadomo, dlaczego odsunął on od prawa dziedziczenia swojego syna Brytanika, którego miał z wcześniejszego związku z Messaliną, i zgodził się usynowić Nerona. Messalina puszczała się zdrowo i cesarz nie wierzył ponoć w swoje ojcostwo. Po tym akcie wielkiej wagi państwowej Klaudiusz szybko przeszedł do lepszego świata, w czym ponoć pomogła mu trucicielka Lukusta, pozostająca na usługach Agrypiny. Wystarczyła smaczna potrawka z grzybków, a Klaudiusz lubił jeść...

W 54. roku po narodzeniu Chrystusa, dzięki owej potrawce z grzybków 17-letni Neron przywdział purpurę cesarską. Trzeba przyznać, że wstępując na tron ten wychowanek Seneki zrobił doskonałe wrażenie na swoich poddanych. Kochał sztuki piękne, pasjonował się budownictwem. To jego dziełem było przedłużenie murów Rzymu aż do Ostii i doprowadzenie wody morskiej do miasta. Co prawda, było w nim coś z dorobkiewicza. Swoją wspaniałą rezydencję nazwał „Domem Złotym”, a wszystko w tym gmachu kapało od złota i drogich kamieni. Ustawiony tam posąg cesarza mierzył 120 stóp! Chwalony za piękno i bogactwo tej siedziby, młody cesarz miał powiedzieć: „Nareszcie mogę mieszkać jak człowiek!”

Poddani odnotowali na plus rzekomą skromność tego brzydala: odmówił przyjęcia tytułu „Ojca Ojczyzny”, uważając, że jest na to zbyt młody, zmniejszył podatki, zadbał o żołnierzy, starając się między innymi zabezpieczyć ich starość, i podnieść żołd, dążył do uzdrowienia sądownictwa, a także – w co nie uwierzy żaden czytelnik powieści Sienkiewicza – posłał na wygnanie wielu aktorów i ich mecenasów. Więc kto się myli? Sienkiewicz? Ale i nasz wielki pisarz ma tutaj rację. Kilka lat po wydaniu zlecenia „eksmisji” z Rzymu aktorów, sam Neron zapragnął laurów aktorskich i poetyckich i osobiście wystąpił na scenie. Podobnie było z uzdrowieniem sądownictwa. To właśnie ten cesarz, który chciał sprowadzić Temidę na właściwą drogę, wydawał nieprawdopodobne wyroki. Skazywał bowiem swoich poddanych na najróżniejsze kary tylko za to, że mieli smętny wyraz twarzy...

Tak naprawdę, to kochał w życiu tylko muzykę, poezję i teatr. Nawet jego zaprzysięgli wrogowie przyznają, że układał całkiem przyzwoite strofy. Jakim był aktorem – nie wiemy. Nikt przecież nie odważyłby się skrytykować gry artysty – pana imperium. Neron zabiegał jednak o uznanie jak początkujący aktor czy poeta-grafoman. Kupował sobie poklask tłumu: pieniądze miał, nieograniczoną władzę również, stąd nie dziwmy się, że istotnie mógł uchodzić za największego artystę imperium. To chyba Neron pierwszy wpadł na pomysł zyskiwania popularności, który dzisiaj z powodzeniem uprawiają niektórzy ludzie kultury z chicagowskiego Jackowa: stworzył koło siebie grupę osób, sowicie opłacanych, które w przypadku, kiedy cesarz nie spodziewał się gromkiego „hurra!” w czasie swego występu, miały obowiązek wywoływać jak największy aplauz. Trzeba przyznać, że znakomicie to było pomyślane... Dzisiaj robi się to w skromniejszym zakresie, no bo wedle stawu grobla, nawet na polskim Jackowie. Organizuje się debiuty młodszym kolegom, zakłada pisma literackie, ułatwia druk koślawych utworów w zamian za zaakcentowanie szacunku i uznania dla „mecenasa” w pokornych i czołobitnych recenzjach...

Neron zginął śmiercią samobójczą w wyniku buntu wojsk stacjonujących nad Renem (68 po Chr.). Trzy lata wcześniej usiłowano go pozbawić władzy (spisek Pizona).

Pomimo swoich licznych błazeństw i występków, zamordowania przyrodniego brata Brytanika, żony Oktawii i matki oraz nękających procesów o „obrazę majestatu”, przed którymi drżeli najpotężniejsi ludzie w cesarstwie, Neron szanowany był w prowincjach i za granicą. Chyba nie był gorszy niż stetryczały Tyberiusz, wariat Kaligula i dziwak Klaudiusz... Wyrażał się o nim pozytywnie inny, późniejszy władca imperium – cesarz Trajan. Uważał, że okres panowania Nerona był najszczęśliwszym czasem w historii cesarstwa.

Pamiętano długo o miejscu pochówku Nerona. Jeszcze wiele lat po śmierci tego niefortunnego człowieka byli tacy, którzy czcili jego imię, zabiegali o szacunek dla jego pamięci i usiłowali wznosić mu pomniki.

Pamiętamy Neronowi ludzkie pochodnie, którymi zabawiał plebs rzymski, i prześladowanie wyznawców Chrystusa. Winimy go za spalenie Rzymu, bo tego dowiedzieliśmy się z powieści Sienkiewicza. Tymczasem nie istnieją pewne dowody tej zbrodni. Zapominamy też, że nie on jeden zwalczał nową religię i że to nie on akurat wykazał się tutaj największą zbrodniczością. Zresztą, może nie warto podnosić tego zarzutu zbyt głośno pamiętając, że i my naśladowaliśmy jego zbrodnie, wysyłając bliźnich na stosy w obronie „czystości” naszej wiary, a wiele wieków później palenie ludzi doprowadziliśmy prawie do perfekcji. Byliśmy może zbyt pojętnymi uczniami Neronowej lekcji...

Utarło się nazywać Nerona rudzielcem. A był on jasnym blondynem. Nazwa poszła prawdopodbnie od koloru jego brody, która – jaki pisze Swetoniusz w Żywotach cezarów – była ruda. Ale to już najmniej ważne.