Strona główna / Kościół żywy / Ziemia i Słowo

GP #10, 7 maja 2011 r.

Ziemia i Słowo

EDWARD DUSZA

Kapliczka

Trafiło Słowo, przed wiekami nad pustką zrodzone, do beskidzkiego kraju zielonych jodeł, fioletowych wrzosów rozpełzłych po parowach, dumnych dębów i spróchniałych wierzb. Trafiło Słowo, Krwawą Ofiarą potwierdzone, w beskidzką krainę rozkołysanych zbóż, rozśpiewanych lasów i ukwieconych łąk. Lud, który od wieków zamieszkiwał tę krainę, pokornie pochylił się przed znakiem Męki Pańskiej, na dawnych uroczyskach i świętych gajach ustawionym. I od chwili, kiedy Słowo to spłynęło na nadwiślańską, na beskidzką Ziemię, wypełniły się serca ludu i zakwitły nadzieją i wiarą.

I odeszły w lasy i bory bogi dawne, na przepadłe, na zatratę. A miejsce ich zajął Pan, który kiedyś, przed wiekami, obiecał ludziom żywot wieczny.

I popłynęły pieśni, sławiące Najwyższego, który nieudolnie w drewnianym wyrzeźbiony klocu błogosławił temu ludowi w przydrożnych kapliczkach. Ramiona krzyży na polanach i łąkach przez pobożnych wzniesione rzucały długie cienie na murawę. I nie bały się Nowego Znaku sarny i zwierzyna wszelka, a nawet pracowite pszczoły do barci spieszące przysiadały na Krzyżu, by chwilę odpocząć.

I wyrastały kapliczki, w trudzie przez pobożny lud wznoszone, w podzięce za łaski Nieba. A możni tej krainy nie szczędzili złota, aby wznosić świątynie kamienne, schronisko dla Boga i Jego Przenajświętszej Matki.

I w takim kamiennym dworcu, na wzgórzu kalwaryjskim zamieszkała Łaskami Sławna Panna w Kwiatach, Gaździna Święta, Boża Rodzicielka, Patronka tej beskidzkiej krainy.

I ciągnęli ludzie tłumami pokłonić się Pannie Możnej.

I szły rzesze, na kolana upadając u stóp góry, czołgając się w prochu ku Tej, która kiedyś, przed wiekiem, na głos Syna swego Matką Ludów została. Szli ku Niej ślepi szukać światła, chorzy po dar zdrowia, udręczeni po nadzieję.

I nieśli swoje skromne dary: osełki masła, okrągłe bochny chleba, złociste plastry miodu, orzechy leszczyny i wianki suszonych grzybów, płótno lniane i jagody na polanach i miedzach zbierane. A Panna Śliczna z kalwaryjskiej góry patrzyła na swoje dzieci, prośby za nimi wznosząc do Syna swego, który jest najlichszego stworzenia Bratem.

I odchodzili z sercem przepełnionym miłością, szczęśliwi i pocieszeni, z pieśnią pobożną na ustach:

O Maryjo, żegnam Cię,
O Maryjo, proszę Cię,
Błogosław dzieci swe...

I Pani w Kwiatach z kalwaryjskiej góry, tuląc do siebie Dziecię swoje, pamiętała prośby umęczonych, chorych, nieszczęśliwych. Jej uśmiech szedł za nimi, szła za nimi Jej łaska, bo Ona, Miłość Najwyższa, tak ciężko śmiercią Syna jedynego doświadczona, próśb zawsze wysłuchuje...

I w każdej izbie wisiały rzędem pod powałą, na szkle czy drzewie pięknie malowane wizerunki Pani w Kwiatach. Strzegły spokoju i powstrzymywały nawałnice i były bezpieczeństwem domu. Jej to imieniem wątły płomyk gromnicy na uwięzi trzymał pioruny i nie dozwalał wzniecić złowrogiego ognia, a wilki od domostw odstraszał, a w godzinę śmierci towarzyszył w odejściu z tego do lepszego świata.

I mieszkała w kapliczkach, na wzgórzach, polanach i miedzach wzniesionych, wśród dziewanny rosnącej wysoko, łubinu pachnącego, wybujałych rumianków, skromnych koniczyn, złocących się jaskrów i bielejących stokrotek. Wszelkie ziele garnęło się do Jej stóp. Błogosławiły Ją za łaski beskidzkie lasy, strumienie kamieniami ku Jej chwale odmawiały różaniec, a wiatr układał się spokojnie u progów Jej domów.

I w dzień Jej święta szli: od Wadowic i od Barwałdu, z Jastrzębi i Lanckorony i z daleka od Nowego Targu i Zakopanego, szli hardzi górale, ze śpiewem i kapelą, w barwny odziewek zdobni, na którym wykwitały hafty gorsetu i parzenice na chłopskich portkach, na cuchach i guniach. Szli utrudzeni w spiekocie i kurzu, szli do Niej, aby raz jeszcze, kiedy ukaże im się zza zasłony twarz Jej święta, doznać ulgi i radości, pociechy i wsparcia, za SŁOWO podziękować i za ZIEMIĘ. Za SŁOWO – nadzieję i ZIEMIĘ – żywicielkę. I o zimny kamień posadzki czołem bili i śpiewali w zachwycie i uniesieniu wielkim:

Panno Śliczna, Jedyna,
Kalwaryjska Maryjo,
Do Ciebie się uciekamy,
O Maryjo, Maryjo...

I nawet od srebrnego królów grodu ciągnęły przez Mogilany i Izdebnik tłumy a tłumy. A kiedy na kalwaryjskiej drodze, już na Chatałówce, skąd najeżony lasem grzbiet lanckoroński podnosił się w chmury, zaświeciły tyły bliskiego już klasztoru, padali na kolana sławiąc Ją, Bożą Matkę, za wolną ziemię dziękując lub o wolną ziemię błagając i o swobodę dla wszystkich słów prosząc. Spocone czoła chustami ocierali, chorągwiami łopotali na wietrze, feretrony wspaniałe z trudem dźwigali. A Ona liczyła każdy ich krok, każdy jęk i potknięcie, i słuchała ich śpiewu, i nizała modlitwy jak korale na sznur, by je zanieść przed Tron Przedwiecznego, Ojca i Syna i Ducha świętego w jednej Osobie.

I była nie tylko Włodarką możną tej krainy, ale Matką i serc Królową. Jej był to lud i Jej te falujące zbożem i drzewami obszary.

I szła przed tron Stwórcy za swoimi prosząc dziećmi, za SŁOWEM ich i ZIEMIĄ. Była przecież z tym ludem od kołyski do trumny. Od godziny narodzin do chwili zgonu. Szła za nimi poprzez życie, aż ku w drzewach pochowanym cmentarzom. Była ze swoim ludem, gdy padał nieszczęściem powalony. Szła ze swymi dziećmi na wygnanie, nogi kalecząc na lodowatej grudzie dróg syberyjskich i ostrych kolcach oświęcimskich drutów. Była przy konających, których w obcą chowano ziemię i w wiejskiej chacie była, gdy się w niej rozległ płacz dziecka nowo narodzonego. Przemierzyła tę krainę wzdłuż i wszerz, jak ongiś drogi Nazaretu. Kamienie umykały spod Jej stóp, gdy po swej ziemi szła, księżyc drogę wysrebrzał a wiatry unosiły tren Jej szaty. Ptaki nad Jej głową najpiękniejsze wywodziły trele. Słowiki w gęstwinie ukryte odwieczne powitanie podawały echu, które niosło je daleko, na wszystkie strony. Nieruchomiały wtedy lękliwe brzozy świecąc białą korą, mocniej pachniały kwiaty, a źródła najczystszą pulsowały wodą. A Panna Święta szła polami i nawet prochy w grobach radowały się Jej bliskością. Róże chowały swe kolce, a jaśminy swym kwieciem mościły Jej drogę.

I były lata szczęśliwe na Jej ziemi, gdy radość wiązano w snopki i ustawiano w stogi na polach. I chowano radość w spichlerze na zimowe wieczory, a siano kładziono pod białe obrusy na narodzenie Pańskie.

I były lata rozpaczy, smutku i żałoby, która jak czarny woal rozciągała się nad utrudzoną wielce beskidzką krainą. I usłyszała Pani kalwaryjska płacz swoich dzieci i jęk swej ziemi. I stojąc w cieniu starego dębu zapłakała nad ZIEMIĄ spętaną, nad zniewolonym SŁOWEM. A płacz Jej usłyszał Syn, który jest w niebiesiech. Zwrócił oczy na Matkę swoją i uśmiechnął się do Niej.

I zagrały wtedy wszystkie dzwony pieśń nad pieśniami, dźwięki popłynęły szeroko i daleko. Uderzył olbrzym wawelski Zygmunt, ze zdobycznych armat przez królów odlany, głosząc radość wielką, że spodobało się Panu wywyższyć ZIEMIĘ, na której tak bujnie zakwitło Jego SŁOWO. Wywyższyć przez Człowieka, który był najpiękniejszym kwiatem tej krainy, kruszcem najczystszym Beskidów. Który mówił językiem tego ludu i był jego bijącym sercem.

I dzwoniły dzwony i wieść niosły lasom i polom, kwiatom i ptakom, wierzbom i białym brzozom, dębom i bukom, że Pan jest pełen łask i niezbadane są wyroki Jego i nie ma takiej rzeczy, której by dla swych najwierniejszych dzieci uczynić nie zdołał.