Strona główna / Kościół żywy / Poszła na wychodźstwo...

GP #12, 2 czerwca 2012 r.

Poszła na wychodźstwo
za swoim wiernym ludem...

TERESA KLUBÓWNA-HAMMOND

Na przedmieściach Chicago, w uroczym małym miasteczku Willow Springs, wspólnota ojców cystersów z dalekiego polskiego Szczyrzyca prowadzi placówkę duszpasterską dla Polonii. Duża kaplica, która tu została wzniesiona, jest wynikiem ofiarnego, bezinteresownego ludzkiego trudu.

Jak kiedyś św. Franciszek wypraszał kamienie na odbudowę przybytków bożych u wieśniaków umbryjskich, tak tutaj, w pobliżu wielkiej metropolii, budowano dom dla Pani Szczyrzyckiej; bez planów, bez większych zasobów materialnych. Schodzili się po całodziennej pracy ludzie, zakasywali rękawy, pracowali ciężko nieraz do północy, przy świetle elektrycznych lamp. Dzisiaj kaplica, surowa i skromna, a przez to jakże majestatyczna, jest miejscem częstych odwiedzin: czy to na nowenny do Matki Bożej Szczyrzyckiej, czy uroczystości Miłosierdzia Bożego i niedzielne msze św., w końcu też i po to, aby swoje własne festyny i uroczystości tu właśnie, na rozległym terenie cysterskim, święcić.

Miejsce to powinno być szczególne dla wszystkich chicagowskich górali. Co prawda pielgrzymują oni do pobliskiej Indiany, do Munster i Merrillville, bardziej może związani są z tam osiadłymi karmelitami i salwatorianami. Zakony te jednak dotąd mało miały wspólnego z góralską historią: cystersi zaś na Podhalu działali od wieków i oni to byli duszpasterzami i wychowawcami góralskiego ludu. Z ich to szkoły, co może warto przypomnieć, wyszedł wielki pisarz Władysław Orkan. Cystersi na Podhalu trwali, dzieląc losy tamtejszego ludu, niosąc mu posługę duszpasterską, oświatę, często nawet pomoc materialną. Bez ich wkładu w cywilizację tego rejonu na pewno sytuacja na Skalnym Podhalu wyglądałaby dzisiaj dużo ubożej.

A początek tej placówki cystersów w Willow Springs związany jest nierozdzielnie z losami jednego z przedstawicieli zakonu. Opat ojciec doktor Hubert Kostrzański był jedną z piękniejszych postaci nie tyle polskiego Kościoła, co Polonii amerykańskiej w szczególności.

Polska ma wyjątkowe szczęście do ludzi pozostających w służbie Bożej. Przyjrzyjmy się tylko, jak wchodzą oni na karty naszej historii i kultury: znakomity malarz, powstaniec Adam Chmielowski, postać, fascynująca – sługa ubogich, późniejszy brat Albert, wyniesiony na ołtarze, założyciel zgromadzeń albertynów i albertynek. Ojciec Rafał Kalinowski – inżynier, powstaniec, pedagog, człowiek ogromnej wiedzy i żelaznego charakteru – karmelita bosy, wyniesiony na ołtarze, bohater dwóch narodów – polskiego i litewskiego. Siostra Faustyna Kowalska, pokorna, pracowita, skromna mniszka, prosząca za światem, dziś święta, czczona na całym świecie. Ojciec Rafał (Bernard) Ciesielski, karmelita bosy, zesłaniec, żołnierz wychodźczego wojska, współtwórca prężnego dzisiaj ośródka karmelitańskiego w Munster.

Na trwałe w dziejach Polski i Polonii pozostanie wybitny kapłan-organizator i budowniczy, ks. Michał Zembrzuski, paulin, który doprowadził do powstania wspaniałego sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej w Doylestown, w Pensylwanii. Zmarł on tamże w roku 2003.

Wojna rzuciła ich na obczyznę; prace zakonne wymagają często udania się za granicę. Po zawierusze wojennej wielu polskich kapłanów nie mogło wrócić do zdominowanej przez Sowietów Polski. Wybrali emigrację i tu dalej, w miarę swoich sił i zdolności, czynili dzieło boże, wierni swoim kapłańskim i zakonnym powołaniom. Dzięki temu dzisiaj wznoszą się w Ameryce kościoły i kaplice. Od wspaniałego sanktuarium w Doylestown, ośrodka karmelitańskiego w Munster, imponujących do niedawna jeszcze, a dziś zamerykanizowanych i mało znaczących w życiu kulturalnym wychodźstwa Zakładów Naukowych w Orchard Lake, do majestatycznej, surowej kaplicy cysterskiej w Willow Springs.

O. Hubert Kostrzański został wyświęcony na kapłana w latach wojny, w roku 1942. Jego życie mogłoby posłużyć za scenariusz filmowy. Bo nasz bohater, jeszcze jako kleryk, związał się z podziemnym ruchem Narodowych Sił Zbrojnych, a potem z Armią Krajową. W roku 1946 został kapelanem II batalionu I pułku Strzelców Podhalańskich. W tym samym czasie, wraz z opatem Birosem organizował potajemne kursy gimnazjalne dla młodzieży, która, ze względu na panującą zawieruchę wojenną, nie mogła regularnie uczęszczać do szkoły, a studia na wszystkich uczelniach wyższych były zawieszone przez okupanta.

Hubert Kostrzański uzyskał absolutorium na Uniwersytecie Jagielińskim, następnie tytuł magistra teologii. Myślał o doktoracie. Ale nagle został aresztowany przez Urząd Bezpieczeństwa i trafił do więzienia. To już nie gestapo, a rodzimy Urząd Bezpieczeństwa i sowieckie NKWD, które przejęło osławione za Niemców więzienie przy placu Inwalidów 4 w Krakowie. Powinno zostać ono dziś uznane za jeszcze jedno miejsce męczeństwa Polaków. Bestialstwo panujące tam za czasów usadawiającej się w kraju hordy sowieckich najemników nie było wcale mniejsze od hitlerowskiego. Ile krwi i łez zrosiło mury tego więzienia, wie tylko jeden Bóg. O. Kostrzańskiemu udało się z tego więzienie zbiec. Poprzez Pragę ruszył w kierunku Włoch. Po różnych perypetiach trafił do II Korpusu gen. Władysława Andersa i udał się do Ankony. Otrzymał przydział do XIII Batalionu Rysiów w 5 Dywizji Kresowej. Ale ostatnie to chwile II Korpusu. Kiedy uległ on Iikwidacji, o. Hubert wylądował w Wielkiej Brytanii. Po demobilizacji przybył do Stanów Zjednoczonych (1947) i tu włączył się natychmiast w życie Polonii, niosąc posługę duszpasterską emigrantom. Ukończył także studia rozpoczęte na Uniwersytecie Propagandy Wiary w Rzymie, zdobywając amerykański doktorat na Katolickim Uniwersytecie w Waszyngtonie.

Swoją ogromną wiedzę i doświadczenie oddał Polonii, będąc dyrektorem Oddziału Chicagowskiego Polskiego Uniwersytetu na Obczyźnie. Wywierał on ogromny wpływ na powierzonych jego opiece studentów, potrafiąc zainteresować ich historią religii i Kościoła, co widać niezwykle wyraźnie w twórczości emigracyjnych pisarzy związanych z Polskim Uniwersytetem na Obczyźnie - Chicago, m.in. Mirosławy Kruszewskiej czy Edwarda Duszy, zawsze nawracających do tematyki teologicznej.

Pamiętając o jego roli w czasie okupacji, a później w II Korpusie, rząd w Londynie awansował go do stopnia generała brygady w duszpasterstwie oraz nadał mu Krzyż Virtuti Militari i order Komandorii Polski Odrodzonej. Ponad 20 lat o. Kostrzański piastował godność opata cystersów na Szczyrzycu i podległych placówek w Oliwie, Henrykowie, Jodłowniku i Willow Springs. Sprawowanie funkcji opata nie było łatwe za czasów rządów komunistów, reżim utrudniał wizytacje w Polsce, ograniczając mu pobyty do kilku tygodni. Opat cysterskiego zakonu, rezydujący na stałe w Ameryce, nieugięty patriota, człowiek od Andersa – to było wydarzenie w życiu polskiego Kościoła. Ksiądz kardynał Stefan Wyszyński nie dopuścił do rezygnacji Kostrzańskiego z tej wysokiej i zaszczytnej funkcji, cenił bowiem bardzo jego niekłamany patriotyzm, przywiązanie do Kościoła, nieugiętość w sprawach niepodległościowych oraz stosunek opata do tak zwanych księży-patriotów. Rola opata szczyrzyckiego była solą w oku komunistom, jego rezygnacja byłaby im bardzo na rękę. W żaden sposób nie mogli oni go kontrolować – był człowiekiem niezależnym, mieszkańcem wolnych Stanów Zjednoczonych.

Tu, na ziemi Waszyngtona, kupił kawałek gruntu – nie dla siebie, ale dla zakonu, na chwałę Pani Szczyrzyckiej. Po najróżniejszych perypetiach doprowadził do wzniesienia kaplicy. Ale wcześniej, w pomieszczeniu skromnego domu, wydzielono miejsce na modlitwę. W małej salce rozpoczęto odprawianie nabożeństw z myślą o godnym pomieszczeniu dla wizerunku Matki Chrystusa. Z pomocą Boga i ludzi wzniesiono kaplicę, która dzisiaj służy społeczności polonijnej.

W ośrodku cysterskim w Stanach Zjednoczonych, obok księdza opata Kostrzańskiego, pracowali dwaj zakonnicy: ojciec Grzegorz Szydłowski, najwierniejszy, długoletni współpracownik założyciela, i ojciec Jan Muc, obecny przeor cystersów w Willow Springs.

I tak Matka Boża Szczyrzycka z dalekiego Podhala trafiła do Stanów Zjednoczonych, pielgrzymując za swoim wiernym ludem, co tu przybył szukając lepszego życia. Jeszcze za życia o. Huberta rozpoczęto budowę kościoła, która trwała dwa i pół roku. W tym czasie zmarł ks. opat, w rok później odszedł do wieczności o. Grzegorz. Dzieło swoich poprzedników kontynuował o. przeor Muc. Świątynię konsekrowano w 2003 roku.

I podobnie jak na Podhalu – dzisiaj na przedmieściu wielkiego amerykańskiego miasta płyną korne modlitwy do Królowej Tatrzańskiej Ziemi, rozlegają się te same pobożne śpiewy co tam, w cieniu Tatr. Modli się wierny, góralski lud w swoim ojczystym języku do Matki Chrystusa w Szczyrzyckim Obrazie przedstawionej. I wszystko tu takie swojskie, bliskie: i obraz, jakże drogi sercu góralskiego ludu, Łaskawej Pani z Dzieciątkiem, i surowy wystrój świątyni, ojczyste strony przypominający, i te nabożeństwa, w rodzinnej mowie odprawiane. Garną się tu nie tylko Podhalanie, ale i inni emigranci z Chicago i okolic, którzy przyjeżdżają na nabożeństwa, bo odnajdują tutaj kawałek swojej ojczyzny. Jest tak już od dwóch dziesiątków lat, a wszystko, co tu dużo mówić, dzieje się dzięki godnej naśladowania determinacji jednego człowieka, o. dr. Huberta Kostrzańskiego.

Prawda, że stała za nim wielowiekowa powaga zakonu i dziejowy dorobek tych wybitnych zakonników. Sprzyjała jego poczynaniom Pani Szczyrzycka. Może to on miał być tym, który przecierał drogę Królowej Podhala, idącej na wychodźstwo za swoim wiernym ludem? Rzetelna to, chrześcijańska zasługa o. Huberta. Teraz tylko cystersom życzyć trzeba, aby rzesze polonijne z Chicago pamiętały o kaplicy Cudownego Obrazu Matki Bożej Szczyrzyckiej i wspierały ich zbożne dzieło. Bo nigdy nie wiadomo, kiedy może odpłynąć od nas daleko ostatnia deska nadziei, kiedy będziemy tylko mogli pokładać ufność w Jej pomoc i orędownictwo. Królowa Podhala, wielka, pełna miłości Emigrantka, przybyła do nas i czeka na nasze troski, modlitwy i zawierzenia w cysterskiej kaplicy... Może warto choć raz udać się tam i pokłonić Królowej Skalnego Podhala i o Jej orędownictwo u Syna poprosić.

Nota od redakcji: adres oo. cystersów – 116 Hilton Street; Willow Springs, IL, 60480-1501. Tel. 708 467 0436.