Strona główna / Kościół żywy / Towarzystwo Chrystusowe dla Polonii Zagranicznej

GP #15, 26 lipca 2014 r.

Towarzystwo Chrystusowe dla Polonii Zagranicznej – co to takiego? (1)

MIROSŁAWA KRUSZEWSKA

Kard Hlond
Kardynał August Hlond

Jak wykazują statystyki, większość Polaków, tak w kraju, jak i za granicą, uważa się za ludzi wierzących. Wśród nich katolicy stanowią najbardziej liczne wyznanie. Jednak, gdyby ktoś pokusił się o dokładne ustalenie, jaki odsetek katolików polskich, którzy zostali ochrzczeni i formalnie są członkami Kościoła, nie respektuje jego nauki, a wiele zasad katechizmu wręcz odrzuca, przekonalibyśmy się szybko, że katolicyzm Polaków – często też ich kapłanów – znajduje się w stanie rozpaczliwej zapaści.

Coraz bardziej na obraz katolika rzutuje styl życia katolickich księży, będący obecnie przedmiotem licznych komentarzy i zainteresowania na całym świecie. Tym bardziej jest też widoczne zaniepokojenie Watykanu z powodu nierespektowania przez księży katolickich reguły życia w ubóstwie i czystości celibatu, a także na skutek różnych skandali, które nie przynoszą chwały Kościołowi katolickiemu w opinii publicznej. Z problemem tym próbowała uporać się m.in. encyklika papieska Veritatis Splendor („Blask Prawdy”), ogłoszona 6 sierpnia 1993 roku przez Jana Pawła II.

Niestety, wciąż żadna encyklika nie dotyka tematu, który nas, Polaków, szczególnie by interesował – jest nim dwuznaczna rola misjonarzy przysyłanych z Polski na Zachód, ich praca wśród emigrantów polskich oraz ich jednoczesna współpraca z komunistycznymi służbami bezpieczeństwa w latach, które dziś z wolna przechodzą w otchłań historii.

Potrzebę rzetelnego, uświęconego apostolstwa kapłańskiego, a szczególnie posługi kapłańskiej, dla rozsianej po całym świecie emigracji polskiej, dostrzegał i gorąco propagował kardynał, późniejszy prymas Polski (1926-1948), August Hlond (1881-1948). Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku wspólną troską episkopatu Polski i władz państwowych stało się zapewnienie wszechstronnej opieki, w tym i duszpasterskiej, Polakom mieszkającym poza krajem. Ze strony kościelnej, po kilku próbach rozwiązania tego problemu, które skończyły się niepomyślnie, zdecydowano się na założenie specjalnego zakonu. W rok po rozmowach z papieżem Piusem XI, 12 maja 1931 roku, kard. Hlond skierował w tej sprawie pismo do watykańskiej Kongregacji do Spraw Zakonnych. Po otrzymaniu zezwolenia przystąpił do organizacji dzieła. Na wykonawcę powołał ks. Ignacego Posadzego (1898-1983), kapłana archidiecezji poznańsko-gnieźnieńskiej, dobrze zorientowanego w problemach polskiej emigracji. Z pomocą w tworzeniu zrębów nowego zgromadzenia pospieszyła hr. Aniela Potulicka, ofiarowując na jego siedzibę swój pałac, wraz z 25-hektarowym parkiem, w Potulicach koło Nakła. 22 sierpnia 1932 r., ks. Ignacy Posadzy otrzymał od kard. Hlonda błogosławieństwo na rozpoczęcie swojego życiowego dzieła, a nazajutrz, wraz z trzema kandydatami na braci zakonnych, wyjechał do Potulic. 1 września 1932 r. 37 kandydatów rozpoczęło rekolekcje.

Nazwę nowemu zgromadzeniu nadał osobiście papież Pius XI: Societas Christi pro Emigrantibus (Towarzystwo Chrystusowe dla Wychodźców). Zgromadzenie oparte zostało na krótkich, jasno sprecyzowanych zasadach, które ułożył sam założyciel, prymas Hlond: „Zasadniczym celem Towarzystwa Chrystusowego dla Wychodźców jest uświęcenie jego członków przez usilne pielęgnowanie życia nadprzyrodzonego, przez wierne zachowywanie ślubów, przez praktykę cnót, zwłaszcza zakonnych oraz przez niepodzielne oddanie się na służbę Bożą w duchu Towarzystwa” (Ustawy Towarzystwa Chrystusowego dla Uchodźców, Potulice 1934, Rozdz. I. 1, s. 1).

Natomiast zewnętrznym zadaniem Towarzystwa ma być „apostolstwo na rzecz rodaków poza granicami państwa, a więc przede wszystkim działalność duszpasterska i religijna wśród nich, a w miarę potrzeby i możności, także społeczna i kulturalna opieka nad nimi”. Na podejmowanie innych zadań zgodę musi wyrazić papież.

Prymas August Hlond uczył szczególnego wyczulenia na „dobro tułaczy i ich potrzeby”. Chciał ich otoczyć wszechstronną opieką. To samo dotyczy funkcji Kościoła w każdej społeczności ludzkiej. Jednak właśnie wśród wychodźstwa jest chyba największa potrzeba modlitwy i spotęgowana różnymi, wygnańczymi przejściami potrzeba oparcia w Bogu. Ludzie garną się do kościołów misyjnych, choć coraz częściej zdarza się, że zastają drzwi zamknięte.

Gdy dziś telefonujemy do głównej siedziby i seminarium Towarzystwa Chrystusowego w Poznaniu, słyszymy zawsze w słuchawce: „Seminarium Zagraniczne, słucham!”. Nikt nie mówi tam „Seminarium Towarzystwa Chrystusowego”, bo magiczne słowo „zagraniczne” brzmi bardziej efektownie. A snobizm na zagranicę był zawsze w tym zakonie aż nadto żywy.

Pierwszy rocznik chrystusowców otrzymał święcenia kapłańskie w czerwcu 1939 r. Wybuch II wojny światowej, okupacja, rządy komunistyczne w Polsce, w sposób zasadniczy skorygowały istniejące wcześniej plany włączenia się młodego zgromadzenia w życie Kościoła. Z chwilą wybuchu wojny, przełożony seminarium polecił wszystkim kandydatom i aspirantom udać się do rodzinnych domów, a nowicjat braci został ewakuowany i, podobnie jak klerycki, miał być kontynuowany w Łucku. Do tego miasta dotarł zaledwie jeden nowicjusz. Wszyscy inni zostali rozproszeni przez wojnę. W praktyce oznaczało to zupełną likwidację zakonu.

Fakt, że w przedwojennej Polsce na przestrzeni kilku lat uformowało się zgromadzenie o specyficznym, nigdy dotąd nie podejmowanym celu, jest niewątpliwie dowodem, że jego powstanie wypływało z potrzeby chwili. Pomimo kryzysu lat 30-ych, zgromadzenie rozwijało się w sposób prężny. Po upływie siedmiu lat istnienia, kiedy już wydawało się, że księża chrystusowcy będą mogli w krótkim czasie włączyć się w pracę wśród wychodźstwa polskiego, przyszedł kataklizm II wojny światowej. I to, czego nie dokonała niemiecka przemoc, rzucone zostało po wojnie na pożarcie promoskiewskiej ekipie rządowej w Warszawie. Likwidacja młodego zakonu była faktem. Tym bardziej że wspólnota przestała istnieć – odcięta od swojej bazy materialnej, pozbawiona budynków, zaplecza administracyjnego, archiwum, zakonników i kleryków. Okazało się jednak, że władze komunistyczne miały własne plany w stosunku do tego zakonu.

Powrót księży z wojennej zawieruchy i organizowanie na nowo duszpasterstw zakonnych było w powojennej Polsce ściśle regulowane decyzjami władz pozakościelnych. I tutaj właśnie, zupełnie nieoczekiwanie, paradoks rzeczywistości sowieckiej w naszym kraju stworzył cieplarniane warunki dla rozwoju zakonu chrystusowców. Został on sztucznie przywrócony do życia przez władze, które szukały możliwości zręcznego inwigilowania Polaków za granicą i siania wśród nich zamętu.

Powołując się wciąż na czcigodny patronat prymasa Hlonda, teraz – jako jedyny zakon w Polsce – chrystusowcy mieli kształcić misjonarzy dla Polaków za granicą oraz obsadzać misje polskie poza granicami Polski, co jednocześnie stwarzało idealne warunki do penetracji środowisk emigracyjnych. Taka gratka nie zdarza się dwa razy.

Towarzystwo Chrystusowe zostało więc w „cudowny sposób” reaktywowane i otoczone troskliwą opieką władz komunistycznych. Oczywiście otrzymało ono wyłączność na zakładanie nowych polskich placówek misyjnych w świecie nie za darmo, lecz w zamian za błagonadiożną postawę księży wobec reżimowych służb bezpieczeństwa. Postawa ta była nad wyraz czołobitna i jako taka zapisała się w dziejach emigracji polskiej w sposób jednoznaczny.

Znaczące jest, że po wojnie prymas August Hlond nigdy nie włączył się do reaktywowania zakonu chrystusowców. Nie był to już bowiem jego zakon, nastawiony na „dobro tułaczy i ich potrzeby”, lecz finansowana przez komunę agenda szpiegowska.

Po 1945 r., jedynie Towarzystwo Chrystusowe – zakon składający się z synów z ubogich rodzin, odpowiednio przeszkolonych przez Urząd Bezpieczeństwa – mogło tak licznie wysyłać swych księży na Zachód oraz swobodnie podróżować tam i z powrotem. Wszystko, oczywiście, w zamian za lojalność władzom prosowieckim. Żaden inny zakon, o znacznie większych tradycjach i dłuższym doświadczeniu w posłudze misyjnej, nie mógł dostąpić tego zaszczytu – ani franciszkanie, ani dominikanie, ani salezjanie, ani zmartwychwstańcy, ani marianie, ani nawet jezuici, którzy przecież „rządzą światem”. Dlaczego nie oni, a właśnie chrystusowcy?

Odpowiedź jest prosta. Powojenny narybek zakonu Towarzystwa Chrystusowego rekrutowany był głównie z zapadłych wsi i miasteczek na wschodzie Polski, w znacznej większości z okolic Tarnowa. Byli to ludzie wychowani w PRL, tzw. Polsce Ludowej. Wszyscy zgodnie i chóralnie służyli zawsze władzy komunistycznej, od której teraz dostali reżimowe paszporty. Nie otrzymali ich jednak za darmo. Wraz z paszportami otrzymali oni określone zadania do wykonania „na misjach”. Chodziło mianowicie o penetrację przynależnych im parafii i skupisk emigracji polskiej. Ważnym punktem było także wywoływanie niezgody i różnego rodzaju fermentu, a przede wszystkim wypompowywanie pieniędzy uciułanych przez ludzi na cele parafialne. Do tego dołączone było składanie donosów na własnych parafian, jak też systematyczne ich uzupełnianie. Przesyłano je do tajnego systemu informacji dotyczącego Polaków poza Polską.

Tylko oni – chrystusowcy – zgodzili się zbierać informacje dla reżimowego Urzędu Bezpieczeństwa i pisać raporty na swoich parafian do bezpieki. We wszystkich polskich placówkach konsularnych kompletowano kartoteki personalne, włączając je do specjalnego systemu pod kryptonimem „System Polonia”. Kartoteki te zakładano działaczom organizacji niepodległościowych, kombatantom II wojny światowej, uchodźcom politycznym, nauczycielom języka polskiego, dziennikarzom, naukowcom oraz wszystkim tym, którzy nie ukrywali swoich negatywnych przekonań co do Polski Ludowej i Sowietów.

„System Polonia“ był zaledwie jedną z wielu metod inwigilowania polskiego wychodźstwa, niemniej zakładane w ramach tego systemu kartoteki osobowe stały się swego rodzaju listami subskrypcyjnymi SB i stanowiły realne zagrożenie dla aktywnych członków polonijnej społeczności i ich rodzin, również w kraju.

W zawierusze zmian układu politycznego w Polsce po 1989 roku, olbrzymia dokumentacja „Systemu Polonia” znikła bez śladu. Swego czasu, pracownicy Ministerstwa Spraw Zagranicznych sugerowali, że archiwum „Systemu Polonia” przewieziono do warszawskiego MSZ, nigdy jednak oficjalnego potwierdzenia nie było. Natomiast wszystko wskazuje na to, że w czasie przełomu ustrojowego w kraju całe archiwum wywieziono do... Moskwy.

Liczne przywileje, udzielane chrystusowcom przez komunistyczny rząd polski, budziły zawsze nieufność i rozdrażnienie wśród reszty polskiego kleru. Żadne inne wspólnoty zakonne nie miały takiej łatwości w wyjazdach z kraju ani podobnej swobody w obsadzaniu parafii misyjnych. Wszystkich bulwersowało luksusowe wyposażenie i rozmach architektoniczny głównej siedziby zakonu chrystusowców w Poznaniu, jak też wyszukane wyżywienie seminarzystów, których inni klerycy, np. ze znajdującego się w pobliżu poznańskiego seminarium arcybiskupiego, nigdy nie mieli okazji doświadczyć. Seminarzystów z Towarzystwa Chrystusowego inni klerycy poznańscy nazywali „braciszkami, którzy obrzucają się pomarańczami”. Bowiem i tego wówczas specjału nie brak było w zakonnej kuchni, podczas gdy inni na ogół nie oglądali go na oczy.

Jest całkiem oczywiste, że po wojnie do seminarium Towarzystwa Chrystusowego rekrutowano kandydatów z biednych rodzin chłopskich, dla których przynależność do „seminarium zagranicznego” było niesłychanym awansem społecznym. Takimi też najłatwiej było manipulować i zmusić do lojalności wobec władz prosowieckich.

Kardynał Hlond w grobie się przewraca, widząc, jakimi drogami poszło jego dzieło. A samozwańczy „kontynuatorzy” kardynalskiego zamysłu żyli sobie w komunistycznej Polsce jak przysłowiowe pączki w maśle, organizując przerzuty coraz to nowych „misjonarzy” na Zachód.

Jak wspomniano wyżej, po wojnie wszystkie zakony były przez komunistów bezpardonowo wywłaszczane i likwidowane, natomiast Towarzystwo Chrystusowe odradzało się w sowieckiej Polsce jak Feniks z popiołów. Gorzkie i wielce zastanawiające jest, że Watykan nigdy nie reagował na liczne alarmujące sygnały, które niezbicie dowodziły, że emigranci polscy byli infiltrowani przez misjonarzy zakonu chrystusowców na rzecz reżimu komunistycznego w większym odsetku i ze znacznie większym, szkodliwym skutkiem niż przed tzw. cywilnych szpicli. Najwyższy czas, aby zadać sobie pytanie, dlaczego tak się dzieje i dziś jeszcze, kiedy komuna została w Polsce pokonana, choć nie wszyscy w to uwierzyli.

Etos świętości osoby kapłana jest bardzo zakorzeniony w polskiej świadomości. Nigdy nie dopuści ona do siebie myśli, iż polski ksiądz może sprzeniewierzyć się tak bardzo najwyższym kanonom wiary chrześcijańskiej. Dlatego też cała emigracja polska dała się nabrać na „pracę misyjną” zakonu Towarzystwa Chrystusowego, gdy w samej Polsce o zgromadzeniu tym nie mówiło się wiele. Raczej wyciszano jego istnienie. Za to w środowiskach naiwnej emigracji lansowano go szumnie i dumnie. Nikt nie zadawał pytań, czemu zakon powołany do życia w 1932 r. został zatwierdzony przez Watykan dopiero w roku 1964 (Paweł VI), i to częściowo na skutek zabiegów władz świeckich, komunistycznych. Ważne było tylko to, że emigranci będą mieli księży.

Ten precyzyjnie zaplanowany majstersztyk – godny uwiecznienia w szpiegowskim serialu filmowym – zaczął pękać tu i ówdzie dopiero w połowie lat 80-ych ubiegłego wieku, kiedy to napływ emigracji solidarnościowej otworzył oczy niektórym, zasiedziałym już poza Polską, pobożnym weteranom wojennym, jak też wyjeżdżającym do Ameryki na saksy prostym „góralom”. Okazało się, że emigracja polska padła ofiarą sprytnie zastawionej pułapki.

Naiwność ludzka nie zna granic. Tym bardziej na obczyźnie, w warunkach ekstremalnego wyobcowania, nieustannych sytuacji stresowych, emigranci garną się „ciaśniej ku sobie”, także do księży, do których zaufanie większość wynosi z domu rodzinnego – „ksiądz to osoba święta”, której zwierzamy się (nie tylko w konfesjonale) z najbardziej intymnych tajemnic. Potrzebują tego wszyscy – wierzący i niewierzący, dusze potulne i rogate, małżeństwa „na wiaderku” i słomiani wdowcy, którzy wyrwali się za granicę na zarobek, „na kilka miesięcy”, a przytrzasnęło ich na całe życie. Jeśli sprytnie ich podejść, zagrać na patriotycznych uczuciach – powiedzą o sobie wszystko. Tym bardziej osobie duchownej. Pytanie tylko, czy jest to prawdziwa osoba duchowna, czy agent bezpieki w sutannie, specjalnie wyszkolony do „posługi wśród wychodźstwa”.

W wielu wypowiedziach, jakie pojawiały się na emigracji, religia katolicka pojmowana jest jako religia społeczna, patriotyczna. Parafia polska – tak w kraju, jak na emigracji – jest wspólnotą religijną, ale także i społeczną. W ramach tych wspólnot, szczególnie na emigracji, przełamują się wszystkie problemy społeczne, polityczne, ideologiczne. Ksiądz, który pragnie wypełnić swoje pasterskie powołanie, nie może uciec przed uczestnictwem w życiu wspólnoty, nie może uchylać się od odpowiedzialności za tę wspólnotę.

I tak, nabożeństwo czy akademia w sali parafialnej z okazji święta 3 maja czy nabożeństwo za żołnierzy AK lub ofiary w Katyniu – to nie jest polityka, jak wykrzykują jeszcze dziś księża chrystusowcy szkoleni przez partię. To jest istotny fragment życia zwyczajnej parafii emigracyjnej.

Tymczasem to nie emigranci uprawiają w swoich parafiach politykę. Politykę uprawia ksiądz chrystusowiec, który kiedyś ze strachu o swój reżimowy paszport, a dziś z przyzwyczajenia, odmawia udziału w patriotycznych nabożeństwach.

W polskim systemie wychowawczym religia katolicka i cześć dla osoby duchownej odgrywały zawsze niezmiernie ważną rolę. Przez wieki przywykliśmy, my Polacy, identyfikować katolicyzm z patriotyzmem. Pamiętajmy, że fundament pod patriotyzm wielu emigrantów kładli księża, którzy byli bezkompromisowymi Polakami. Nie było wśród nich chrystusowców – to pewne. Towarzystwo Chrystusowe rozwinęło się dopiero po II wojnie światowej; finansowane i hołubione przez komunę. Tak perfidnej metody wysyłania i sadowienia szpicli w sutannach nie miał chyba żaden inny kraj, poza jedną Polską.