Strona główna / Kościół żywy / „Czyńcie dobrze wszystkim”

GP #1, 1 stycznia 2011 r.

„Czyńcie dobrze wszystkim”

EDWARD DUSZA

Brat Albert, wielki święty naszych czasów, który jak nikt inny wskazał ludziom sposób, jak czynić miłosierdzie i nieść pociechę najbardziej opuszczonym, umiał dostrzec w sobie „obraz Boga”, a także pragnął widzieć zawsze ten obraz w bliźnich. Na pewno nosił w pamięci ów niezwykły fragment Ewangelii Mateuszowej, streszczającej się w kilku słowach: „dobroć i miłosierdzie, miłość bliźniego”. „Zaprawdę, powiadam wam — głosił Chrystus — wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili”.

Świat XXI wieku lubi wielkie czyny miłosierdzia, możni tego świata chętnie sypną groszem wiedząc, że środki masowego przekazu rozniosą wieść o ich miłosierdziu daleko w świat, a przyjemnie jest dojrzeć w migającym ekranie telewizora przekaz o własnym miłosierdziu, wyrażającym się dużą donacją pieniężną, podarowaniem nieruchomości, zorganizowaniem takiego czy innego programu dla biednych. Potem czytamy w statystykach, ile to poszczególni ludzie czy wielkie przedsiębiorstwa, państwa przeznaczyły na walkę z ubóstwem.

Na pewno nie można tych akcji lekceważyć. Dzięki osiągniętym przez nie środkom otarto niejedną łzę, nakarmiono niejedno głodne dziecko, uratowano niejedno życie. Nie jest to jednakże posługa równa tym, jakie złożyli w imię miłości Chrystusa ludziom ci, którzy zniżyli się do ubóstwa i występku, aby z nimi walczyć i w walkę tę włożyli całe swoje życie, nie tylko drobną część swojego luksusu.

Brat Albert, założyciel Zgromadzenia Albertynów i Albertynek, jak już wchodził do wody, to po szyję. On, eks-powstaniec, malarz, bywalec najświetniejszych salonów, przejęty obra­zem Boga, który u siebie dostrzegł, poszedł zabezpieczać ten sam obraz Boży u tych, co stoczyli się najniżej; postanowił dawać z dna nędzy, nic w zamian nie żądając. Wiek XX widział takie postacie; podobną drogą poszła zakonnica albańskiego pochodzenia Matka Teresa, pociągając za sobą tłum ludzi pragnących służyć swoim najmniejszym, najbardziej nędzą dotkniętym braciom.

Maria Jabłońska, dziewczyna pochodząca z małej miejscowości Pizuny w powiecie lubaczewskim, również chciała kochać Chrystusa największą miłością. To pragnienie służby Bogu doprowadziło ją do bram Zgromadzenia Brata Alberta. Swoją posługę bliźnim rozpoczęła w Miejskim Domu Kalek w Krakowie przy ul. Lubicz 25. Młoda dziewczyna, ujrzawszy całą potworność tego miejsca, usłyszawszy krzyk, przekleństwa i jęki, zawołała na widok tych nieszczęsnych ludzi: „Ależ to małpy!” Na to odrzekł brat Albert: „Mylisz się. To Chrystus. Wtedy zostaniesz świętą, kiedy w twarzach nędzarza ujrzysz oblicze samego Chrystusa”.

Ciężko było Marii przebyć pierwsze miesiące wśród najbiedniejszych. Ale wytrwała i 3 czerwca 1897 r. otrzymała habit zakonny i nowe imię — Bernardyna. I tak jak żąda Chrystus, zaparła się samej siebie, wzięła krzyż i naśladowała Chrystusa z całych sił. Udowodniła swoim życiem, że można spełnić wymogi ewangeliczne, że można żyć z pełną miłością bliźniego.

Jan Paweł II beatyfikował ją 6 czerwca 1987 r. Wtedy odprawiono mszę św. pod zakopiańską Krokwią.

„Chcę i pragnę cierpieć — napisała w swoich notatkach — bo Bóg mój cierpiał. Chcę cierpieć, bo mi się zdaje, że się to Bogu podoba. Chcę cierpieć, sama nie wiem dlaczego. [...] Lubię cierpieć dla drugich. Przebaczyć ogromnie lubię, krzywdy i potwarze darowywać. Ogromnie czynić dobrze lubię tym, którzy mnie krzywdzą. Lubię bezinteresowność tak dla Boga, jak dla ludzi. [...] Pragnę być zjednoczona z Bogiem, głód w duszy ogromny, pustynia straszna, nic zapełnić nie może, ani świat cały, ani niebo całe; pragnę być zjednoczona z Bogiem, rażą mnie rzeczy ręką ludzką czynione. Piękność natury, lasy, góry, skały, łąki, kwiaty, to mi robi ogromną tęsknotę, czuję w sobie coś dziwnego i dziwne mam wrażenie, jakby świeżo przeszedł tędy Bóg. Nie widzę Go, ale coś dziwnego mi się robi, piękno Jego błyska mi przed duszą, a ująć jej nie mogę”.

Egzaltacja? O, nie. Ta kobieta chodziła twardo po ziemi, była wyjątkowo zahartowana, przedsiębiorcza, nie bała się najcięższej pracy, i to takiej, jaką wzgardziłby niejeden bezrobotny. „Natura obdarzyła ją umysłem żywym, bystrym, spokojnym, zdrowym rozsądkiem. [...] Wielka nędza fizyczna i moralna, z którą po raz pierwszy spotkała się w przytuliskach, przejęła ją grozą, ale tam wśród największych walk wewnętrznych zrodził się w jej duszy największy skarb — miłość. Miłość pełna czci i szacunku, czynna, dająca ubogim samą siebie, nie zbywająca, grzeczna, łaskawa, wyrozumiała, prosta, delikatna, energiczna. Miłość tkliwej matki wnikającej w najmniejsze potrzeby dziecka.” Tak widział siostrę Bernardynę jej kierownik duchowy.

Opinię tę dopełnia napisany w pośpiechu zapis w jej dzienniczku: „Dopełniajmy pracy Jezusa, Jego trudów, cierpień, miłości, cichości, łez, a szczególniej Jego miłości nad nędzami duszy i ciała bliźniego. Chciałabym zadośćuczynić każdej prośbie, otrzeć każdą łzę, pocieszyć choć słówkiem każdą zbolałą duszę, być dobrą zawsze dla wszystkich, a dla najnieszczęśliwszych. Ból bliźnich i jest moim”.

Nie były to słowa bez pokrycia, siostra Bernardyna potwierdziła je całym swoim życiem. Kiedy kierowała zgromadzeniem, albertynki były obecne wszędzie tam, gdzie bali się lub nie chcieli iść inni. W czasie I wojny światowej obsługiwały lazarety i szpitale zakaźne, niejedna z nich poniosła bohaterską śmierć. Kiedy przesuwały się linie frontów, bracia albertyni i siostry albertynki dzielili losy swoich podopiecznych, kalek i osieroconych dzieci. To nie dr Korczak był pierwszym, który poszedł z dziećmi na dobrowolną śmierć — to skromna albertynka, której ludzie już nie pamiętają, siostra Hiacynta Czuryło poniosła śmierć, zasłaniając swoich małych podopiecznych przed atakiem Kozaków w Sokalu. Dwaj inni bracia albertyni, Henryk i Franciszek, którzy bronili swego przytuliska w Sokalu, poszli na Syberię. W Tarnowie z kolei, w 1915 r. z inicjatywy brata Alberta i siostry Bernardyny, otworzono szpital dla chorych na cholerę. Siostra Bernardyna, kierując zgromadzeniem, pisała do swoich podopiecznych:

„chorych zakaźnie (tyfus, cholera itd.) mogą siostry obsługiwać, bo to są właśnie najnieszczęśliwsi. [...]”

„Mniejsza z tym, kto to jest ten, co potrzebuje ratunku: biskup, kapłan, pan czy ubogi kmiotek, sierota, nędzarz uliczny, miły, kobieta uboga, prostaczka, dziecko: już tym samym, że cierpi, że jest głodny, spragniony czy zziębnięty, smutny na duszy — znajduje w sercu Siostry Bernardyny litość i gotowość ratunku” — pisał o niej ks. Czesław Lewandowski.

Przyjmując Marię Jabłońską do zgromadzenia, brat Albert powiedział: „Będziesz ty, siostro, ciężko pracowała i namęczysz się tutaj, ale nieprędko stąd ulecisz”. Kiedy obejmowała kierownictwo nad zgromadzeniem, sióstr albertynek było 39, kiedy umierała, było ich 493 na 57 placówkach rozsianych po całej Polsce.

Zmarła po pełnym trudów życiu 23 września 1940 r. Wkrótce po jej śmierci napływały zawiadomienia do Zgromadzenia Sióstr Albertynek o łaskach otrzymywanych za jej przyczyną. 26 maja 1984 r. rozpoczęto w Kurii Metropolitarnej w Krakowie proces beatyfikacyjny Sługi Bożej Siostry Bernardyny, zaś w marcu 1985 r. złożono jej doczesne szczątki do grobu w nowo wybudowanym kościele albertyńskim „Ecce Homo” pod wezwaniem Świętego Brata Alberta w Krakowie. Grób ten przyciąga rzesze wiernych, którzy modlą się tutaj o orędownictwo do Boga.

Nie trafiła siostra Bernardyna na pierwsze strony wielkich światowych dzienników. Dobro, które czyniła, utrwaliło jej pamięć w ludzkich sercach i rozkrzewiło się poprzez działalność zgromadzenia, którym kierowała.

„Czyńcie dobrze wszystkim” — mówiła do swoich sióstr. Pamięć tego zalecenia jest ciągle niezmiennie żywa w Zgromadzeniu Brata Alberta.

Nie mogę powstrzymać się od wspomnień — dzieciństwo moje upłynęło w pobliżu domu sióstr albertynek. Wspaniałe, stare drzewa, drewniany klasztor, duży ogród, sad. Ten sad zawsze kusił dzieci. W czasie jednej z wypraw po jakieś owoce, wypraw, co tu dużo mówić, złodziejskich, zostałem wraz z moim towarzyszem złapany na gorącym uczynku. Pracująca w ogrodzie albertynka, szybsza od nas, wzięła nas za kołnierz i doprowadziła do biura przełożonej. A trzeba przyznać, że miała krzepę, skoro poradziła sobie z dwoma wierzgającymi nastolatkami. Nie znam imienia przełożonej. Nie wiem, czy je­szcze żyje, było to przecież przed ponad półwiekiem. Pamiętam tylko jej dobrotliwe, chyba rozbawione spojrzenie spod okularów. „Zachciało wam się owoców, co? Trzeba było przyjść do furty i poprosić. Przełazicie przez siatkę i jeszcze odzież zniszczycie, głuptasy.” Potem przerzuciła coś w szufladzie, wyjęła dwa „rybaki” (bilon pięciozłotowy), wcisnęła nam je w ręce i poklepała po policzkach. Staliśmy jak barany. Nie było krzyków, napomnień. Pocałowaliśmy siostrę w rękę z ulgą, że wszystko się dobrze skończyło i rodzice niczego się nie dowiedzą.

Dzisiaj już wiem, że było to konsekwentne naśladowanie siostry Bernardyny. Oto relacja jednej z sióstr albertynek:

Kiedy pewnego razu siostra, odpowiedzialna za ogród, rozmawiała z s. Bernardyną, wpadła jedna z zakonnic z oznajmieniem, że złodzieje są na jabłoniach. Ogrodniczka szybko wybiegła, ale s. Bernardyna kazała jej zawrócić i powiedziała: „Siostrzyczko, pomału iść, nie lecieć, bo ten złodziej się wystraszy, a to na pewno są dzieci, no i ze strachu będą uciekać i potargają sobie ubranie, a jeszcze mogą się pokaleczyć. To są biedne dzieci. Kazać im zejść z jabłoni i dać im jabłek, i dać im też do domu, to nie będą więcej kraść.”

Musiano to polecenie dobrze zapamiętać w klasztorze, skoro tyle lat po śmierci jej następczyni postąpiła podobnie! A dobra siostra Bernardyna, patrząc na nas z zaświatów wie, że nigdy więcej nie przełaziliśmy przez ogrodzenie albertyńskiego ogrodu.