Strona główna / Kościół żywy / Syna swego jedynego dał...

GP #26, 18 grudnia 2010 r.

Syna swego jedynego dał...

EDWARD DUSZA

Cała nasza wiedza o Chrystusie opiera się na Ewangelii i tradycji podawanej przez pierwotne katechezy Kościoła. Trudno ustalić chronologię życia Jezusa z Nazaretu. Nie wiemy, kiedy przyszedł na świat, którego dnia czy roku. Obchód Bożego Narodzenia jest umowny i oparty na tradycji. Klemens Aleksandryjski w III w. po Chrystusie wyznaczył święto Bożego Narodzenia na 19 kwietnia, potem obchodzono je 29 maja i 28 marca, a na Wschodzie – 6 stycznia. Data obecna ustalona została prawdopodobnie w 350 r.

Jesus z Nazaretu nie spełnił marzeń narodu żydowskiego o Mesjaszu. Żydzi wyobrażali sobie Zbawiciela jako istotę niezwykle potężną, która zejdzie na ziemię w jakichś wspaniałych, nadzwyczajnych, pełnych glorii okolicznościach. Mesjasz miał przynieść triumf tego znękanego narodu nad okupantem rzymskim, odnowić świetność Izraela i umocnić wpływy żydowskie po krańce świata. A przecież, gdyby mędrcy żydowscy pamiętali o Księdze Izajasza, wiedzieliby, że miał on według Bożego planu spełnić inne zadania i że na wiele lat przed Betlejem zapowiedziana była jego śmierć.

A Chrystus jest z nami od początku świata, nie tylko od momentu Betlejem. Znajdujemy w Starym Testamencie zapowiedź roli Jesusa Chrystusa i potwierdzenie jego obecności. Anioł Gabriel, ukazujący się Danielowi, mówił o istocie grzechu i konieczności odkupienia win ludzkich, popełnionych przeciwko Bożemu prawu. Mesjasz miał umrzeć za grzechy ludzkie, aby pojednać człowieka z Bogiem. Uważni czytelnicy Biblii od dawna tropili obecność Chrystusa w Starym Testamencie. W swojej pracy o aniołach znany kaznodzieja Billy Graham wyraża przypuszczenie, że aniołem bożym, który powstrzymał uzbrojoną w nóż rękę Abrahama, wiszącą nad Izaakiem, był sam Pan Jezus Chrystus. Przyjął on postać ludzką (nazywamy to teofanią) i powstrzymał Abrahama od złożenia tej straszliwej ofiary, której zażądał, poddając go próbie, Bóg Ojciec. „Chrystus – pisze Billy Graham – przyjął postać anioła i w ten sposób Bóg pokazał człowiekowi zasadę pokuty zastępczej. Bóg zażądał od Abrahama jego syna i jego żądanie musiało być wypełnione. Stało się to w sposób inny – poprzez anioła Bóg zaakceptował zastępczą ofiarę. Ta sama zasada odnosi się do nas. Prawdziwy sąd domaga się naszej śmierci. I sąd ten musi zostać przeprowadzony. Ale sam Jezus Chrystus stał się ofiarą zastępczą. Umarł na krzyżu po to, abyśmy my nie musieli umierać. (...) Umarł za wszystkich, którzy w Niego wierzą.”

Billy Graham przypuszcza, że w wielu wypadkach opisywanych w Starym Testamencie Chrystus pojawiał się pod postacią anioła. Tak mogło być w przypadku Jakuba, który stoczył walkę z nieznanym mu człowiekiem i który to człowiek „zwichnął mu staw biodrowy”. Jakub uświadomił sobie, że mąż ten jest wysłannikiem Bożym i poprosił go o błogosławieństwo. Ów nieznajomy odrzekł: „Nie będziesz się już nazywał Jakub, lecz Izrael, bo walczyłeś z Bogiem i z ludźmi i zwyciężyłeś” i pobłogosławił go. Billy Graham wyraża przypuszczenie, że przeciwnikiem Jakuba mógł być Chrystus, aczkolwiek przed wcieleniem Syn Boży nie posiadał ludzkiej natury.

Jeszcze bardziej dosadnie przedstawia powyższe zagadnienie Roman Brandsteatter w swojej słynnej książeczce Krąg biblijny: „Wraz z naszym systematycznie posuwającym się czytaniem Chrystus stopniowo coraz wyraźniej wyłania się ze Starego Testamentu, w niektórych księgach Jego wizerunek jest wyraźniejszy, w innych mniej wyraźny, w jeszcze innych ukrywa się za podobieństwem różnych postaci, w jeszcze innych – jak na przykład w Psalmie 22 i 53 rozdziale Izajasza – właściwie jest już tak bliski i cielesny, że poznajemy rysy Jego twarzy, dzieje ziemskiego życia i męczeństwa. (...) To oddalanie i zbliżanie się Chrystusa na kartach Starego Testamentu może wydać się wystawianiem na próbę naszej cierpliwości, w rzeczywistości jest z góry zamierzonym działaniem Boga, który czas i miejsce przyjścia Syna Człowieczego naznaczył i utwierdził, dopuszczając równocześnie Jego obecność w różnych układach poprzedzających Jego przyjście na świat”.

Tak więc obecność Chrystusa w dziejach ludzkości – Chrystusa ingerującego w losy ludzkie – datuje się wcześniej niż Betlejem, bo już od zapowiedzi w raju.

Ewangelie mówią nam, że jednym z pierwszych ludzi, którym Bóg objawił tajemnicę wcielenia Swego Syna, obok oczywiście Najświętszej Maryi Panny, był św. Józef. Stało się to w chwili, kiedy powziął on zamiar oddalenia Maryi odkrywszy, że jest brzemienna. Wówczas to anioł Pański ukazał się mu we śnie i rzekł: „Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest To, co się w niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus. On bowiem zbawi swój lud od grzechów”.

Józef był posłuszny głosowi Boga. Stał się „cieniem” ojca, prowadził Jezusa przez dzieciństwo i wczesną młodość.

Zbawiciel przyszedł na świat – aby się wypełniły proroctwa – w małym mieście koło Jerozolimy, w Betlejem. Byłem w tym miasteczku kilkakrotnie, raz nawet wybrałem się tam z Jerozolimy pieszo, aby pokonać dystans dzielący te dwa wielkie miejsca chrześcijaństwa. Wynosił on z mojego hotelu jedynie 8 kilometrów. Betlejem uważane jest za miejscowość pochodzenia króla Dawida i znane było jeszcze przed narodzeniem Chrystusa. Tam gdzie ongiś, przed około dwoma tysiącami lat, Maryja złożyła w żłobie Dzieciątko, wznosi się dzisiaj olbrzymia bazylika. Miejsce urodzenia Chrystusa oznaczono srebrną gwiazdą z napisem: „Tu z dziewicy Maryi narodził się Jezus Chrystus”. Chrześcijanie od wieków otaczali je wielkim kultem. Już w roku 135 cesarz Hadrian, chcąc zapobiec „rozwijaniu się zabobonu” wybudował tam świątynię pogańską. Po zaprzestaniu prześladowania chrześcijan, za czasów panowania cesarza Konstantyna Wielkiego, rozpoczęto budowę bazyliki. Prowadziła ją matka cesarza, św. Helena, dokończył cesarz Justynian. Bazylika przechodziła różne koleje losu. Miejsce urodzenia Chrystusa nie jest zarządzane przez katolików, którzy nie mają nawet dostępu od roku 1757 do Ołtarza Narodzenia. Jedynie Ołtarz Żłobka pozostaje pod opieką franciszkanów, którzy mogą odprawiać tam nabożeństwa w określonych porach dnia.

Podział niechęci i animozje poszczególnych ugrupowań chrześcijańskich widoczne są nawet w miejscach, gdzie się urodził, żył i umierał Zbawiciel.

A przecież zarówno Kościół katolicki, jak i Cerkiew prawosławna wyznają wiarę w preegzystencję Chrystusa, który według Bożego planu począł się w łonie Maryi i narodził w Betlejem – Bóg z Boga, zrodzony a nie stworzony, współistotny Ojcu. Stąd bazylika w Betlejem powinna być szeroko otwarta dla każdego z chrześcijan, a wszelkie przepisy o administrowaniu i sprawowaniu opieki przez jakikolwiek z Kościołów nie powinny mieć miejsca. Żaden przepis, żadne ograniczenie nie powinny powstrzymywać wiernych przed pielgrzymką, nabożeństwem i modlitwą w miejscu, gdzie na świat przyszedł Zbawiciel.

Rozdarcie w Kościele, powstałe czy to z przyczyn doktrynalnych, czy politycznych spowodowało, że do dzisiaj trwają bolesne tarcia, których nie wyciszył nawet upływ czasu. Ludzie, przyssani do ziemi mackami materializmu, coraz bardziej dążą do zamknięcia Boga w kategoriach empirycznego poznania. Swoich własnych doktryn, często kolidujących z ewangelicznym zapisem, bronią do upadłego, wierząc w to, co skrystalizowało się w ich mózgach i co uważają za ostateczną prawdę. Ileż to gałęzi teologicznych, ileż to teorii ukuto od chwili powstania pierwszych gmin chrześcijańskich, ileż krwi przelano i ile stoczono wojen, aby tylko oswoić po swojemu Boga, sprowadzić Go do wymiarów własnego poznania! Tymczasem nasze najbardziej racjonalne metody poznawcze, nasze próby naukowego objęcia Chrystusa zawodzą. Dojść zaś do Niego można prostą drogą, którą On sam nam ukazał.

Ile mamy obecnie w świecie wyznań chrześcijańskich? Ile przez wieki narosło niechęci, wręcz wrogości i nienawiści z powodu interpretowania Biblii i zaleceń Bożych? A przecież wszystko wydaje się proste – samo Betlejem, stajnia, gdzie nie ludzie, a zwierzęta pierwsze przywitały Chrystusa, gdzie nie mędrcy, a prości pasterze, wezwani przez anioła, pierwsi uderzyli czołem przed nowo narodzonym. A miejscem narodzin Chrystusa była zwykła stajnia, sam Syn Boży został złożony w żłobie. I w tę noc narodzenia to Dziecko biednych ludzi z Nazaretu grzały oddechy pochylonych nad Nim zwierząt.

W sławnej książce G. Papiniego Dzieje Chrystusa znajdujemy uwagę, że cały nasz ludzki świat jest olbrzymią stajnią, w której ludzie „żrą się i gnoją”. Czyż rzeczy najpiękniejsze, najczystsze, najbardziej boskie, wskutek piekielnej jakiejś alchemii nie zamieniają się w nawóz, na którym ludzie planują życie, zapominając o śmierci i nazywają to „używaniem świata”?

I jak słusznie zauważa Papini, w momencie narodzin Chrystusa światem rządzili zbrodniarze. Oktawian August, cezar rzymski, syn lichwiarza, zwyrodnialec, człowiek o niskiej moralności, poświęcający wszystko dla władzy, mściwy i okrutny, reprezentował poziom moralny ówczesnego świata zachodniego. Kiedy usłyszał od swoich filozofów prognozy o nadchodzącej nowej erze, nowym porządku, nowej moralności – ten sprytny nikczemnik doszedł do przekonania, że to on właśnie jest tym, który da początek nowej erze, że to on jest tym zapowiadanym zbawcą i odnowicielem świata.

Na wschodzie, w ojczyźnie Chrystusa, panował jeszcze większy zbrodniarz, morderca własnych dzieci, jeden z najdrapieżniejszych potworów, jakie wydają z siebie pustynie wschodu – Herod Wielki, człowiek zdolny, rzutki, wielki budowniczy. Lubieżny, podejrzliwy, bezlitosny, nie przebierający w środkach, żądny władzy. Przy tym tchórz, ogarnięty manią prześladowczą, drżący przed każdym niebezpieczeństwem. On również pragnął na kupie ziemskiego nawozu wybudować własne, trwałe ziemskie królestwo.

Za panowania tych ludzi w Betlejem urodził się Chrystus. Miał On być nauczycielem nowego posłania, nowego, odnowionego Przymierza Boga z człowiekiem, zbudowanego na gruncie miłości i wyrzeczenia.

Miał być też ofiarą za ludzkie grzechy. Za te nasze grzechy On, współistotny Ojcu, poszedł na haniebną śmierć, na krzyż.

Chrystus w momencie narodzin w Betlejem, owej nocy, kiedy to nad skalną grotą, stanowiącą pomieszczenie dla bydła, zabłysła gwiazda, stał się człowiekiem. „Jego wejście w człowieczeństwo – pisze Tadeusz Życiewicz – znaczy, że żadna ludzka sprawa, nic co człowieka dotyczy, nie jest już wyłącznie sprawą stworzenia i dalekiego Stwórcy. Na mocy Wcielenia wszystko to stało się bezpośrednią i najwłaściwszą sprawą Boga. Wszystkie nasze biedy, zgryzoty i zmartwienia, nieszczęścia i bóle, zawody i krzywdy nosi w sobie sam Bóg. Od dnia Wcielenia nikt, choćby był sam, nie może już być całkiem samotny. Jeśli upadł pod krzyżem swoich zgryzot albo klęsk, upada razem z Chrystusem w drodze na Golgotę”.

Każdy, kto uwierzył w posłannictwo Jezusa z Nazaretu, wie, że nie urodził się tylko dla śmierci, i że każdy dzień przeżyty na ziemi nie przybliża go do wiecznego unicestwienia, do rozpłynięcia się w wielkiej pustce, ale przeciwnie – prowadzi go do Domu Ojca, przygotowanego przed wiekami ludziom przez Stwórcę. Betlejem i Golgota, żłób i krzyż – to wielkie symbole naszej nadziei.

Wielu ludzi głosi przekonanie, że zbliża się Królestwo Chrystusa, że on wkrótce przyjdzie ponownie. Świat nie zmienił się ani o jotę od czasów Augusta i Heroda. Dalej wstrząsają nim: zbrodnia, egoizm, pycha, przemoc. Ogromny rozwój wiedzy, wspaniała technika często przysłania nam żłób i krzyż. Aż nadchodzi moment bojaźni, okrutny moment samotnego ludzkiego przerażenia. I wtedy odżywa w nas pamięć Betlejem, moment narodzenia naszej nadziei...

I pojawia się On, który idzie do nas od groty betlejemskiej i zbiera lęk z dróg naszego życia, wskazując nam kierunek do Domu Ojca...

A przemoc i nienawiść w świecie, których jesteśmy konstruktorami, w zamian za ogromny, niewymierny ładunek miłości Boga do człowieka, są gwoździami jeszcze jednego, ponownego ukrzyżowania. A na krzyżu On był samotny, bez nas...

Kilka lat temu w Betlejem widziałem, jak żołnierze otworzyli ogień do młodych Palestyńczyków. Widziałem też w Jerozolimie obchód żałobny młodego chłopca arabskiego, który zginął od kul policji. Dzisiaj z ekranu telewizyjnego płyną wiadomości o kolejnych tragediach, o przemocy w świecie, o nienawiści, o tułaczach szukających nowych ojczyzn, odganianych brutalnie od granic bogatych państw.

Boże Narodzenie ostatnich lat... To nie tylko święto urodzenia Mesjasza... To również ponowne Golgoty, które każdego dnia gotujemy Zbawicielowi.

Na zakończenie mojej Bożonarodzeniowej medytacji chciałbym przytoczyć fragment książki cytowanego już wcześniej Papiniego, fragment, który może wzbudzić nadzieję na lepsze jutro:

„Tam w górze – pisze Giovanni Papini – stoi Orędownik, który nie zapomina o istotach jednodniowych do wieczności przeznaczonych, którzy przez czas pewien byli jego braćmi. Będę z Wami aż do skończenia świata: tak brzmiała jedna z ostatnich, największych obietnic. Wstąpił do nieba, ale niebo odtąd nie jest już pustą wklęsłością, po której żeglują szybkie i znikome niby mocarstwa chmury nawałnic i w której świecą wśród ciszy, niby dusze świętych, gwiazdy. Syn człowieczy, który wstępował na góry, aby być bliżej niebios, który zamieniał się w światłość wśród światłości świata, który umarł wzniesiony ponad ziemię, w mroku niebios, i powrócił, aby wznieść się w ciszy wieczornej ku niebu, jest wciąż między nami, obecny na tym świecie, który wyzwolić pragnął, wsłuchany w nasze słowa (...), i który nie opuści nas już nigdy, gdyż ziemia z woli Jego stała się zapowiedzią Królestwa Niebios. Tę surową żywicielkę nas wszystkich, ten glob, będący znikomością w bezmiarze, a jednak zawierający w sobie tęsknotę za bezmiarem, Chrystus przygarnął do siebie jako wiekuistą swoją własność i dziś bardziej jest związany z nami, niż wówczas, gdy jadł chleb naszych pól. Żadna z obietnic Bożych nie może iść w zapomnienie: wszystkie krople tego obłoku majowego, który Go przysłonił, wciąż drgają przed nami i co dzień, wznosząc swoje oczy znużone i śmiertelne, to samo oglądamy niebo, z którego zstąpi On kiedyś w straszliwym blasku swojej chwały”.