Strona główna / Kościół żywy / Kościół polski na rozdrożu

GP #5, 5 marca 2016 r.

Kościół polski na rozdrożu

Dzieje się coś złego w polskim Kościele. Poszczególne kurie, zwłaszcza krakowska, prowadzą własną politykę, dokonując często gestów zawstydzających. Szerzy się liberalizm i poprawność polityczna. Episkopat polski przestał przemawiać pełnym głosem. Duchowieństwo jest podzielone. Nieprzewidywalne ekscesy papieża Franciszka jeszcze bardziej pogarszają sytuację. Jednym z objawów tego stanu jest przypadek młodego duchownego z Wrocławia, o którym mówi cała Polska.

Ataki na księdza Jacka Międlara ze strony liberalnych i lewackich mediów nie są nowością. Agresywną retorykę przeciw niemu uprawiała między innymi Gazeta Wyborcza. Jednak tym razem członek Zgromadzenia Księży Misjonarzy został skrytykowany za swój patriotyzm i działalność duszpasterską wśród polskich narodowców przez serwis deon.pl zajmujący się tematyką katolicką.

Ksiądz Międlar aktywnie uczestniczył w manifestacjach środowisk patriotycznych. Wyrażał na nich konieczność oddania się Polaków pod opiekę Chrystusa oraz obrony ojczyzny przed nawałą islamską. Jego udział w Marszu Niepodległości był ostro krytykowany przez lewicowe media gardzące wszystkim, co łączy w sobie patriotyzm i religijność. Teraz do chóru krytyki dołączyli niektórzy liberalni publicyści katoliccy.

„Nijak nie potrafię połączyć bycia uczniem Chrystusa z agresywnym językiem, ksenofobicznymi hasłami i mieszaniem przesłania Ewangelii z prymitywnym wydaniem nacjonalizmu. Ksiądz Jacek Międlar powołuje się przy tym wszystkim na słowa Franciszka, żebyśmy szli na peryferie. Nie godzę się na to, żeby ktoś działający w taki sposób powoływał się na Papieża” – napisał Piotr Żyłka, redaktor naczelny deon.pl, niejako zabraniając krytyki dynamicznie postępującej islamizacji Europy.

Zdumiewająca opinia! Schemat myślenia polskich liberałów! Według nich ksiądz nie może być patriotą. Nie może mieć własnego zdania. Musi podzielać opinie liberałów i przestrzegać zasad poprawności politycznej.

A co wtedy, kiedy ten liberalizm i ta poprawność polityczna godzi w życie kraju i pozbawia nas tożsamości narodowej?

Ksiądz z Wrocławia, w czasie swego kilkuminutowego wystąpienia w ręku trzymał Biblię, a na sutannę zarzucił bluzę z godłem Polski. Co jakiś czas przerywał i namawiał do skandowania: „Nie islamska, nie laicka, wielka Polska katolicka!” albo „Cześć i chwała bohaterom”. Trudno w tym dopatrzyć się czegoś złego.

– Wrogowie ojczyzny i wrogowie Kościoła dzisiaj dostają szału, bo widzą wielką, ogromną armię patriotów, narodowców i kibiców, którzy mają Boga, honor i ojczyznę w sercu. Jestem przekonany, że lewacka propaganda dwoi się i troi, żeby nas zniszczyć. Nie możemy na to pozwolić, jesteśmy Kościołem walczącym, jesteśmy Kościołem wielkiej Polski. Im bardziej nas atakują, tym bardziej nasza duma wzrasta! – powiedział ksiądz. – Chyba wszyscy widzą, że jesteśmy lekceważeni w debacie publicznej. Nikt nas nie chce słuchać. My jesteśmy świadomi swoich korzeni, swojego dziedzictwa narodowo-chrześcijańskiego. Jesteśmy gotowi walczyć o to dziedzictwo do ostatniej kropli krwi. Musimy walczyć. Musimy iść na peryferia wiary, na te peryferia, do których nawołuje papież Franciszek. Musimy iść poza świątynie, poza plebanie, głosić Chrystusa. Bądźcie gotowi na to, że będziecie prześladowani. Ale nasza siła, moc, odwaga jest w Jezusie Chrystusie – przemawiał ksiądz. I zaraz wyjaśnił, kogo i co uważa za główne zagrożenie.

„Nie chcemy nienawiści, która jest w Koranie”

– Historia zatoczyła koło. W 1944 roku wmawiano nam, że Sowieci to są wyczekiwani goście. A w 2015 wmawia się nam i chce się wcisnąć islamski fundamentalizm. Nie pozwolimy na to nigdy. Nie boimy się pokojowo nastawionych muzułmanów. Ale ich jest mniejszość. My się boimy fundamentalizmu. Nie chcemy w Polsce Allaha, nie chcemy gwałtów, nie chcemy samosądów, nie chcemy terroru. Nie chcemy nienawiści, która jest w Koranie, ale chcemy miłość i prawdę Ewangelii! – krzyczał. Tłum skandował: – Ewangelia, a nie Koran!

– Lewacka i islamska agresja, wymierzona w to, co chrześcijańskie i narodowe, tworzy w nas obawę. I mamy prawo się bać, mamy prawo się lękać. Ale boimy się, że ten strach, że ta obawa przerodzi się w nienawiść, a my, chrześcijanie, nie możemy sobie na to pozwolić. My chcemy dialogu, ale nikt nie chce z nami rozmawiać. Nazywają nas rasistami, ksenofobami, faszystami. My sobie na to nigdy nie możemy pozwolić. My nie chcemy walczyć młotem nienawiści, ale mieczem prawdy, mieczem miłości, Ewangelii – przemawiał. Swoje wystąpienie zakończył minutą ciszy „pamięci żołnierzy wyklętych”.

Na to samo spotkanie został zaproszony Laszlo Toroczkai, poseł Jobbiku i wójt Asotthalom, miejscowości na Węgrzech przy granicy z Serbią. Przywitały go okrzyki: „Polak, Węgier dwa bratanki!”.

– Męczyliśmy się ponad rok, dziennie napływało bez przeszkód wiele tysięcy imigrantów z Azji Południowej i Afryki. 95 proc. to byli muzułmanie, a 83 proc. to młodzi silni mężczyźni w wieku poborowym. Pozostawiali po sobie śmieci, włamywali się do domów, trzymali mieszkańców w strachu. Jako pierwszy zgłaszałem pomysł budowy ogrodzenia – powiedział i przerwały mu wiwaty. – Przez miesiące nie byłem wysłuchiwany, dlatego zacząłem zapraszać dziennikarzy z zagranicy. Wreszcie latem węgierski rząd wykonał ruch i zrobił to, czego nikt w Europie nie zrobił. Posłuchali mojej rady. Zbudowaliśmy ogrodzenie i zamknęliśmy granicę – tu znów tłum zaczął bić brawo.

– Imigrantów, chcących wtargnąć siłą, odbiła siłą policja przy pomocy wojska. Bronimy dziś Europy przed inwazją dokładnie tak jak 500 lat temu. Niestety Zachód milczy tak samo jak wtedy. Znamy stare przysłowie, że przyjaciela poznaje się w biedzie. Do nas przyjechali policjanci i straż graniczna z Czech, Słowacji oraz Polski – stwierdził gość z Węgier.

– Kraje wyszehradzkiej czwórki są bastionem obronnym Europy. Dziś bronimy całego kontynentu. Dziękuję wam, polscy przyjaciele, że teraz też możemy na was liczyć – powiedział Toroczkai.

Andruszkiewicz: „Rozliczymy tych zbrodniarzy”

Kolejne przemówienie wygłosił Adam Andruszkiewicz, szef Młodzieży Wszechpolskiej, a od niedawna również poseł ruchu Kukiz’15.

– Żyjemy w czasach przełomowych. Nie ma w nowym Sejmie lewactwa, które chciało zdejmować krzyż, które pluło na Polskę. Przyjechaliście tu za własne pieniądze i z własnej woli. Nikt was tu autokarami nie zwoził jak na wiece SLD czy Parady Równości – mówił Andruszkiewicz.

– Naszą misją jest odbić Rzeczpospolitą z rąk ludzi, którzy doprowadzili ją do upadku. Codziennie nasze koleżanki i koledzy wyjeżdżają z kraju do Londynu, aby tam zmywać naczynia. Poseł z PO powiedział mi podczas jednej debaty, że to fajnie, że mogą wyjeżdżać. A to jest hańba. My w tym Sejmie jesteśmy po to, żeby osądzić tych zbrodniarzy. Nigdy nie myślcie, że jesteście gorsi od tych starych pijaków, zdrajców, złodziei, którzy rządzą nami. Od tych, którzy w najdroższych hotelach piją najdroższą wódkę – przemawiał narodowiec z Białegostoku.

Mówił też, że w Sejmie zamierza budować kraj „bez żadnych imigrantów”, w miejsce których chce sprowadzać repatriantów.

– Nie mamy żadnego obowiązku wysługiwać się Niemcom i przyjmować imigrantów, bo pani Merkel tak każe. Chcemy powrotu Polaków do naszego kraju. Daję wam słowo honoru, że będziemy o to walczyć. Teraz czeka nas ciężka praca. Dołączajcie do organizacji narodowych. Bez was nie obejmiemy Polski. Brakuje nam kadr. Są wśród was przyszli żołnierze, urzędnicy. Nie wyjeżdżajcie do Londynu – mówił.

Oczywiście ks. Jacek Międlar stał się natychmiast podmiotem ataków pism lewicowych i liberalnych. Gazeta Wyborcza ruszyła do ataku. Również redaktor wspomnianego już wcześniej blogu Deon.pl, zarzucając młodemu księdzu bezpodstawnie, że nie zna Pisma Świętego i nie ma rozeznania w sprawach dotyczących polityki i kształtu Kościoła. Redaktorom Deona.pl. nie podobało się, że ks. Międlar na swoim Twitterze pisał m.in. o kontrowersyjnych ruchach papieża Franciszka, który otwarcie Jubileuszowego Roku Miłosierdzia połączył z promocją swojej proekologicznej encykliki Laudato Si. Na Bazylice Św. Piotra pojawiła się iluminacja z małpą, słoniem czy żyrafą. Sprzeciw księdza budzi również to, z kim papież Franciszek współpracował przy tworzeniu tej encykliki. Jednym z jego doradców był bowiem znany ekonomista Jeffrey Sachs – popierający aborcję i politykę kontroli urodzeń.

„To jest bardzo smutne i niepokojące. Może jestem ograniczony i za mało rozumiem, ale nijak nie potrafię połączyć bycia uczniem Chrystusa z agresywnym językiem, ksenofobicznymi hasłami i mieszaniem przesłania Ewangelii z prymitywnym wydaniem nacjonalizmu. Ksiądz Jacek Międlar powołuje się przy tym wszystkim na słowa Franciszka, żebyśmy »szli na peryferie«. Nie godzę się na to, żeby ktoś działający w taki sposób powoływał się na Papieża. Nie jestem rzecznikiem Watykanu, ale dam sobie uciąć obie ręce, że nie o to chodzi Ojcu Świętemu” – oburza się Piotr Żyłka z Deon.pl, komentują słowa księdza.

Oczywiście red. Żyłka dramatyzuje i naciąga fakty, nie wspominając, że podobne przekonania wyraża wielu czołowych duchownych, zwłaszcza kardynał amerykański R. Burke, a także i dziennikarze, m.in. słynny Antonio Socci, autor znamiennej książki Wojna przeciwko Chrystusowi, przetłumaczonej na wiele języków, w tym również polski. Zawstydzające jest również postępowanie Żyłki, który ustawia się w pozycji autorytetu i przemawia ex cathedra, do czego - jak to wynika z jego tekstu - może być niepredysponowany. Wygląda na to, że obawy red. Żyłki są słuszne, iż istotnie mało rozumie poczynania papieża Franciszka.

Poprawność polityczna zawitała, niestety, również do polskich kurii. Ksiądz Jacek Międlar nie jest już wikariuszem parafii św. Anny na Oporowie we Wrocławiu. Jego aktywność polityczna i sygnały z „zatroskanej” wrocławskiej kurii spowodowały, że Zgromadzenie Księży Misjonarzy, któremu podlega, zadecydowało o przeniesieniu go do innej parafii, w Zakopanem. Jego duchowni zwierzchnicy postanowili, że już więcej nie będzie zajmować się sprawami ojczyźnianymi. Ma ewangelizować, a nie politykować – zadecydowali.

W sprawie aktywności duchownego z jego przełożonymi ze Zgromadzenia Księży Misjonarzy, któremu podlega oporowska parafia, kilkakrotnie rozmawiali zaniepokojeni jego radykalizmem przedstawiciele wrocławskiej kurii arcybiskupiej. Najpierw wydano mu zakaz publicznego głoszenia poglądów politycznych i udziału w imprezach o takim charakterze. Ksiądz ograniczył swoją aktywność w Internecie. W połowie stycznia napisał na Twitterze: „Posłuszny zaleceniom Wyższego Przełożonego, na czas nieokreślony zawieszam swoją aktywność na TT. Szczęść Boże! CWP!” [Chwała Wielkiej Polsce – przyp. e.d.].

Następnie zapadła decyzja o jego przeniesieniu do innej parafii. Mieszkańcy Oporowa dowiedzieli się, że swoją posługę ks. Międlar sprawować będzie teraz w Zakopanem. Po trzech dniach (!) Zgromadzenie Księży Misjonarzy św. Wincentego a Paulo zdecydowało o kolejnym przeniesieniu. To już było jawne zesłanie. Duchowny trafił do Krzeszowic.

Czym ks. Jacek naraził się tym razem? Następnego dnia po przybyciu na nową parafię duchowny wziął udział w organizowanych przez Obóz Narodowo-Radykalny Podhale obchodach 69. rocznicy ostatniej walki i śmierci mjr. Józefa Kurasia „Ognia”. Warto podkreślić, że w wydarzeniu tym ksiądz wziął udział jako osoba prywatna. Nie przeszkodziło to jednak przełożonym w kolejnych szykanach pod adresem niepokornego duchownego.

O przeniesieniach ks. Jacka Międlara przedstawiciele prasy i ugrupowań społecznych chcieli porozmawiać z jego przełożonym, wizytatorem Zgromadzenia Księży Misjonarzy na Polskę, ks. Kryspinem Banko. Nie znalazł jednak czasu na rozmowę. Na pozostawioną prośbę o nią nie odpowiedział. Dopiero uporczywość zainteresowanych doprowadziła do zdawkowej, enigmatycznej wypowiedzi przełożonych ks. Międlara, nic do sprawy niewnoszącej.

Nic nowego. Zawsze w szeregach polskiego duchowieństwa byli bohaterowie i oportuniści.

Kościół Powszechny od dawna zmierza w złą stronę. Pierwszą, najważniejszą kostką domina stał się już Sobór Watykański II z roku 1962. Głównym celem Soboru było „uwspółcześnienie” Kościoła katolickiego. Już to określenie mierzi i powinno zapalać czerwoną lampkę ostrzegawczą. Sobór Watykański II to temat na osobny artykuł. Jednakże nie ulega wątpliwości, że całe zło i destrukcja w Kościele mają swoje początki właśnie w roku 1962. Rozpoczęło się „otwieranie” na inne religie, zmiana formy liturgii, łamanie wcześniejszych zakazów i porzucenie wielu kluczowych koncepcji. Kościół zaczął się liberalizować, czego najświeższym przykładem jest wybór na Tron Piotrowy Franciszka. Kończenie modlitwy Anioł Pański frazą: „Dobrego Obiadu” zamiast chociażby „Z Panem Bogiem”, wzywanie do przyjmowania tzw. uchodźców, mówienie, że chrześcijanie i muzułmanie to bracia, czy wzywanie do zniesienia kary śmierci to tylko ułamek grzechów nowej Głowy Kościoła. Skąd ten akapit? Ano stąd, że ryba psuje się od głowy.

Efektem posuniętej do granic obrzydliwości liberalizacji na szczytach hierarchii jest to, co dzieje się na polskim podwórku. Dziś piszemy o szykanowaniu księdza Jacka Międlara, którego jedyną „winą” jest umiłowanie Boga i ojczyzny. Ale przecież wiadomo o tępieniu przez hierarchię kościelną innego kapłana niezłomnego – ks. Stanisława Małkowskiego. Wielki przyjaciel ks. Jerzego Popiełuszki, znienawidzony przez SB, wielki patriota, w roku 2014 otrzymał zakaz odprawiania mszy św. podczas swojej wizyty na Wyspach Brytyjskich. Wielokrotnie upominany przez przełożonych, oskarżany o „tworzenie podziałów”. Kolejny przykład to ksiądz Dariusz Oko. Za swoje wypowiedzi pod adresem homoseksualistów wielokrotnie atakowany i upominany m.in. przez byłego rzecznika Episkopatu Polski – ks. Józefa Klocha.

To tylko nieliczne przykłady. Praktycznie każdy niepokorny, niebanalny kapłan o klarownych, narodowych poglądach, podkreślający pierwszeństwo wiary katolickiej, jest szykanowany przez środowiska lewackie. To nie dziwi. Dziwi natomiast to, z jaką łatwością w tę narrację wpisują się hierarchowie. Zachowują się jak marionetki w rękach lalkarza. Tańczą tak jak gra im środowisko nieukrywające swojej nienawiści do Kościoła. Pytanie, czy robią to ze strachu, z głupoty, czy po prostu dlatego, że są zwykłymi agentami w sutannach. Mamy bezbarwnego prymasa, który deklamuje stare formułki budzące tylko wzruszenie ramion, zakompleksionego i „zbiskupiałego” na amen. Prymas Wojciech Polak jest mało dostrzegany w życiu przeciętnych polskich katolików. Jest za to poprawny politycznie. Aż łzy się leją, kiedy pomyślimy, że tego przeciętniaka wytypowano w swoim czasie na „opiekuna Polonii”. Był u nas w USA, pojawił się tu i tam, niczego mądrego nie powiedział, miał spięcia z polonijną prasą, która najwyraźniej nie wydawała mu się dostatecznie czołobitna, i Polonii w niczym nie pomógł. Podobnie jak częsty gość w USA, kard. Stanisław Dziwisz, dziś uprawiając marketing relikwii Jana Pawła II, odznaczający medalem archidiecezji działacza światowej organizacji żydowskiej rabina Foxmana i uprawiający stronniczą, partyjną żonglerkę w Kraju. Wstyd!

Pamiętajmy o księdzu Jacku, księdzu Dariuszu, księdzu Stanisławie i wszystkich niepokornych POLSKICH kapłanach. A Kościół? Powtarzamy wcześniejsze opinie – nie jest z nim najlepiej. Jeżeli nie przyjdzie opamiętanie, to będziemy świadkami jego upadku.

(zebrał e.d.)