Strona główna / Kościół żywy / Wspomnienie o Prymasie Glempie

GP #6, 9 marca 2013 r.

Wspomnienie o Prymasie Glempie

EDWARD DUSZA

Ks. bp Wojciech Polak
Prymas Józef kard. Glemp z autorem w Orchard Lake

Zmarł ks. prymas Józef Glemp. W mroźny dzień, po uroczystościach kościelnych, tłumy odprowadzały trumnę z Jego zwłokami na miejsce wiecznego spoczynku. W Polsce, jak się może wydawać, zapanowała powszechna żałoba po śmierci tego dostojnika polskiego Kościoła.

Obeszło się, jak dotąd, bez rozliczania jego działalności, nie przypomniano do dzisiaj niewyjaśnionego problemu, jakim był stosunek Prymasa do działalności i tragedii bł. Jerzego Popiełuszki i jego roli w historii Solidarności. Czas złagodził też dużo dawnych pretensji i żalu do Zmarłego, które przecież, czasami słusznie, miały miejsce.

Nie wiemy też, jaką rolę odegrał kard. Józef Glemp w dziejach naszego narodu jako współpracownik, a często emisariusz Jana Pawła II. Kiedy przemówią dokumenty, a na to jeszcze długo poczekamy, zrozumiemy, co zawdzięczamy naprawdę temu wielkiej klasy i duchowości człowiekowi.

W przeciwieństwie do kard. Stefana Wyszyńskiego, który nie odwiedzał wychodźstwa na różnych kontynentach, prymas Glemp robił to bardzo często. Polonię amerykańską znał dobrze: był w Stockbrigde, MA, wizytując oo. marianów oraz świątynię Miłosierdzia Bożego, gdzie pamięć i posłannictwo siostry Faustyny Kowalskiej są ciągle żywe, był u oo. karmelitów bosych w Munster, IN, był w Chicago, m.in. w kościele św. Trójcy, był w Orchard Lake w Michigan, odwiedził wiele skupisk Polonii w świecie. Wydawał się obecny w życiu polskiego wychodźstwa.

I był też gorąco zawsze przyjmowany. Wspomnę tutaj słowa o. Tomasza Bałysa, który tak witał na ziemi amerykańskiej polskiego Prymasa:

Znajdujemy najlepszą sposobność, by osobiście zapewnić Cię, Księże Prymasie, że tu, na maleńkim kawałku Polski, oddalonym od ojczystej ziemi, lud polskich emigrantów pisze zgłoskami aktów kultu wyznanie najbardziej krzepiące, radosne, wdzięczność przez Twoje pasterskie serce wyczekiwane: Polonia semper fidelis. (…) Każdy dzień Twojej duszpasterskiej misji w tym kraju i wszelkie związane z nią wydarzenia polecać będziemy w modlitewnym zaufaniu Najlepszemu Ojcu i sprawiedliwemu Sędziemu, zabiegając o łaskawe wstawiennictwo Najświętszej Maryi Panny, Matki Miłosierdzia i Królowej Korony Polskiej (1991).

Następnie, w sanktuarium M.B. Częstochowskiej w Merrillville, w Indianie, po synowsku podejmowali go oo. salwatorianie, a ks. Józef Zuziak robił co mógł, aby przed polskim prymasem ukazać cały splendor polonijnego ośrodka Maryjnego, wzniesionego pobożnością emigrantów w samym centrum przemysłowej Indiany.

Zadumał się pewnie kard. Glemp, widząc te witające go tłumy, przejęte podobną żarliwością do tej, jaką mógł zaobserwować u ludzi w Polsce, którzy po długich marszach przez miasta i wsie dochodzili umęczeni do Jasnej Góry. Te same wzruszone twarze, ta sama żarliwość modlitwy. No i barwni jak motyle, dumni jak króle, Bogu i Polsce wierni górale witali kard. Glempa w Ameryce. Przybywali z ciupagami na wypadek pewnie, gdyby komuś, Boże nie daj, zachciało się zakłócić spotkanie z dostojnym gościem. A przecież prymas był wtedy ciężko chory i w dodatku ścigany przez żydowskiego adwokata Weissa, starającego się za wszelką cenę doręczyć mu pozew sądowy w treści podobny do tego, który wiele lat później zamierzano wręczyć Benedyktowi XVI w Wielkiej Brytanii.

W czasie rozmów z uczestnikami tych spotkań z prymasem Glempem nagrałem wiele wypowiedzi uczestników (opublikowanych w Kalendarzu Polskim 1992 – Wyd. Point Publications, Inc.):

Biednie wygląda nieboraczek – powiedziała pani w sutym góralskim stroju, poprawiając sznury korali spływające na gorset wyszywany cekinami. – Schorowane biedaczysko. I jeszcze mu spokoju nie dają, a po sądach chcą włóczyć. Bez serca naród jest i o Bogu zapomina.

Nie przejmuj się, panie dziennikarz – powiedział mi młody, zadziorny góral, którego zdobiony kapelusz, hafty na białych portkach i piękna parzenica ściągała uwagę dziennikarzy amerykańskich. – Niech no te Weissy tutaj przyjdą, to z trunków ciupagi wyciągniemy i łobuzom przyłożymy, aż im się odechce porządnych ludzi pod kościołami nachodzić. Skrzykniemy się wszyćcy i tak im dojedziem, że górali z Chicago do śmierci zapamiętają.

Co on mówi? – pytał mnie kolega z amerykańskiej gazety (że nie Polak, wiadomo, bo u nas Czarnych nie ma).

Well, – odpowiadam – wyraża głęboką radość z przybycia do Indiany tak dostojnego gościa i przywiązanie do wiary ojców.

How nice – mówi mój amerykański kolega i zleca swojemu fotografowi wykonanie zdjęcia zadzierżystego młodzieńca w podhalańskim stroju.

Dzięki uprzejmości organizatorów spotkań z prymasem Glempem udało mi się zadać kilka pytań:

Jakie ma Jego Eminencja zdanie o Polonii amerykańskiej?

– Wielka to siła, której bagatelizować nie można i która tak wiele zrobiła dla narodu w Polsce. Budującym jest fakt, że tak bardzo ceni wyniesione z kraju wartości. Zmiany w Polsce są również w jakimś stopniu wynikiem poparcia, jakiego Polonia udzielała swojej ojczyźnie. Trudno zresztą w kilku słowach i w tej sytuacji podsumować to niezwykłe zjawisko, jakim jest polskie wychodźstwo.

A prasa polonijna? – zapytałem.

– Na pewno odgrywa rolę łącznika wśród Polaków rozsianych na terenie Ameryki. Samo jej istnienie świadczy o przywiązaniu emigrantów do swego języka. Przekonałem się w Orchard Lake, że dorobek prasowy Polonii amerykańskiej jest olbrzymi. Niestety, otrzymujemy niewiele gazet z tego terenu.

Chwalebne jest to, kolejne fale wychodźstwa stworzyły wiele bibliotek, archiwów, zbiorów sztuki. Pamiętam, kiedyś w Warszawie szukaliśmy usilnie pewnego istotnego wówczas dla nas dokumentu. Nie znaleźliśmy. Po paru tygodniach zupełnie przypadkowo otrzymaliśmy jego kopię od ks. Romana Nira z Archiwum Polonijnych Zakładów Naukowych, który pocztą pantoflową dowiedział się o naszej kwerendzie. Niebywałe!

Przywiązanie do religii? Proszę popatrzeć: polski mszalik. Po polsku. W każdej polskiej świątyni. Uparta praca jednego człowieka, kapłana z Polski, ks. Stanisława Flisa. Oby Bóg szczodrze go nagrodził za jego trud.

A jakie są wrażenia Księdza Prymasa z zetknięcia się ze światem Polonii?

– Jest to przeżycie wielkie, od dawna planowałem tę podróż, miałem też możność poznać fragmentarycznie świat Polonii w czasie mojej ostatniej wizyty w Orchard Lake. Proszę przekazać czytelnikom Gwiazdy Polarnej moje najlepsze pozdrowienia. Modlę się za was wszystkich.

Tyle się mówi o różnicach między emigracją starszą, średnią i najnowszą. Są wzajemne pretensje i mówi się : „Oni nie są z nami, nie chcą się włączyć do naszych wspólnot”. Delikatna sprawa, ale chciałbym z Ewangelii św. zaczerpnąć wskazówki i poprosić wszystkich o zastanowienie się, w jaki sposób postawy różnych grup emigracyjnych zbliżyć do siebie. Nie wystarczą może organizacje. Trzeba więc szukać wspólnie nowych form, nowych metod.

W czasie bankietu zorganizowanego przez Ligę Katolicką w Niles, IL, w którym wzięło udział ponad tysiąc osób, kard. Glemp przypomniał, że właśnie dzięki Lidze Katolickiej mógł zdobyć wykształcenie i odbyć studia w Rzymie, czyli być tym, kim był. Powiedział to prosto i serdecznie. Kardynał wypowiedział się również na temat ówczesnej sytuacji politycznej w Polsce:

Wolna Polska to także wolny Kościół, który służy ludziom zgodnie z nakazami aktualnej rzeczywistości i w oparciu o nie będzie bronił życia nienarodzonych i nauczania religii w szkole.

W jednym ze swoich przemówień w Stanach Zjednoczonych kard. Glemp stwierdził, że – Gdyby nie Polonia, to dzisiaj [1991 – przyp. autora] byśmy tak nie wyglądali. Nie wiem, jaka byłaby Polska, gdyby nie pomoc w roku 1920, gdyby nie pomoc zaraz w okresie powojennym i pomoc z ostatniego dziesięciolecia, zwłaszcza w stanie wojennym. (…) Z moich wykazów wynika, że było to 175 milionów dolarów.

W swoich oficjalnych wypowiedziach na konferencjach prasowych Prymas starał się unikać sformułowań na temat konfliktu polsko-żydowskiego, wywołanego nieszczęsnym najściem na klasztor karmelitanek Oświęcimiu. Stwierdził, że: –Istnieje dobra wola i prawda w dziedzinie szukania dialogu. Stwierdził też, że: – Nikt nie może z góry narzucać, jaką rolę ma Kościół w społeczeństwie. Kościół będzie spełniał tę rolę w miarę potrzeb i ma swoje miejsce i zadania w nowym, demokratycznym społeczeństwie.

Jeden z nielicznych wywiadów indywidualnych, chyba zresztą wtedy jedyny, bo Prymas nie udzielał ich dziennikarzom polonijnym, udało mi się przeprowadzić dzięki zabiegom ks. dr. Zdzisława Peszkowskiego i wstawiennictwu kanclerza Polonijnych Zakładów Naukowych, ks. Stanisława Milewskiego. Wywiad ten opublikowała Gwiazda Polarna.

A z Księdzem Prymasem rozmawiałem wielokrotnie, zarówno w Stanach Zjednoczonych, w Orchard Lake, jak i w Rzymie. Pamiętam, jaki był dumny ze znajomości prasy emigracyjnej. W czasie swoich studiów rzymskich i późniejszych odwiedzin Wiecznego Miasta czytał wszystko, co mu wpadało w ręce. Znał z lektury i licznych spotkań wielu pisarzy emigracyjnych: Stanisława Babińskiego, Kazimierza Wierzyńskiego, prof. Karolinę z Brzezia Lanckorońską, Oskara Halickiego, braci Zbyszewskich, Marię Winowską, Aleksandra Jantę, Wacława Iwaniuka, Józefa Mackiewicza, Józefa Wittlina, Tadeusza Katelbacha, Zofię Bohdanowiczową, znał środowisko Gazety Niedzielnej i Fundacji Veritas w Londynie, czytywał Wiadomości, Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza, Ostatnie Wiadomości z Niemiec Zachodnich. Wiedział, co się na emigracji dzieje.

Cenił niezwykle wysoko ludzi w Orchard Lake, wśród nich przede wszystkim ks. Zdzisława Peszkowskiego, ks. dr. Romana Nira, niestrudzonego archiwistę, ks. kanclerza Stanisława Milewskiego i redaktora Mszalika, ks. Stanisława Flisa. Nazywał ich „ludźmi opatrznościowymi” o już ugruntowanym miejscu w historii Polski i Polonii.

Był tak bardzo zwyczajny, że często można było zapomnieć, iż jest wysokim dostojnikiem Kościoła Powszechnego. Nie obraził się nigdy, kiedy zwracałem się do niego ot tak, po prostu „proszę księdza” czy (co mi się, niestety, zdarzało) „proszę pana”. Nas wszystkich zaś traktował jak młodych…

Nie zapomnę jednej sceny z Orchard Lake: wcześnie rano zastukał do mojego pokoju ks. Peszkowski prosząc, abym poszedł z nim na spacer. Nie wiedziałem, że ktoś jeszcze będzie w nim uczestniczył. W drodze nad jezioro dołączył do nas, ku mojemu ogromnemu zdumieniu, prymas Polski w pożyczonym sportowym przyodziewku. Siedziałem rozbawiony na brzegu jeziora, obserwując dwóch kapłanów pływających w zimnej o tej porze wodzie, śmiejących się beztrosko i rzucających do siebie piłką, jak dwóch studentów na zasłużonych wakacjach. I tak będę pamiętał kard. Józefa Glempa: skromnego, zwykłego człowieka, wielkiego serca i odpowiedzialności.