GP #15, 17 lipca 2010 r.

Wilczy Szaniec

JAN SIWMIR

Ponad godzina jazdy i ani jednego przydrożnego baru. Kanapki połknąłem jeszcze przy mostach w Stańczykach. Zamarzył mi się czerwony barszcz z kołdunami i krokietem jednocześnie. Okolice przecież na wskroś turystyczne, włóczyłem się po Mazurach w latach 90., na wylotach z większych miejscowości, najczęściej przy stacjach benzynowych, zawsze trafiła się jakaś jadłodajnia, a niekiedy nawet dwie. Gdzie te wiejskie knajpy, w których ruch zaczynał się dopiero na wieczór, kiedy chłop po pracy w polu regenerował siły, zagryzając „lornetę” (dwa razy 50 g wódki) „kaleką” (tatarem z jednym jajkiem)? Zdesperowany, poszedłbym i na takie ryzyko, zamieniając produkty garmażeryjne na zwykłe gotowane jajko do barszczu. Tym bardziej że pora była jeszcze wczesnoobiadowa, wobec czego na jakiekolwiek zatargi ze stałymi bywalcami barów, mogące zakończyć się uszczerbkiem w garniturze uzębienia, było jeszcze za wcześnie. Zwątpiłem, gdy trzeci z kolei bar, według tradycji sąsiadujący z lokalnym sklepikiem typu „mydło i powidło”, także okazał się z wyglądu poniemieckim bunkrem, w którym rozerwały się przynajmniej trzy granaty, strasząc zwisającym smętnie na jednym zawiasie skrzydłem drzwi. Najwyraźniej w ciągu ostatnich kilku lat fiskalno-unijno-urzędnicze tornado wykończyło kompletnie małe bary i jadłodajnie, a Wietnamczycy i Turcy jeszcze tych terenów nie skolonizowali. Zatrzymałem się w Gołdapi, gdzie w „Żabce” kupiłem upragniony barszcz. Niestety, w kartoniku i na zimno.

Dobre i tyle, bo odzyskałem wreszcie możliwość racjonalnego postrzegania. We właściwym momencie. Pyszniła się przede mną imponująca, 40-metrowej wysokości budowla – wieża ciśnień w Gołdapi. Odnowiona elewacja, wypolerowana kopuła i taras widokowy. Pamiętam z czasów licealnych łomżyńską wieżę. Surowa, odrapana konstrukcja straszyła pordzewiałymi, krętymi stopniami i napisem: „Teren niebezpieczny. Wstęp wzbroniony”. Dwaj koledzy, z którymi wdrapałem się do wysokości powierzchni zbiornika, stwierdzili zgodnym chórem: „Ale byłaby tu kawiarnia!” Nie wiem jak w Łomży, ale w Giżycku pomysł ten został zrealizowany, a i w pozostałych miasteczkach Warmii i Mazur – Węgorzewie, Ełku, Kętrzynie czy w Sępopolu – odrestaurowane budowle cieszą oko i zwracają uwagę przejeżdżającego turysty.

Do Sępopola, gdzie zaprosił mnie kolega po piórze, Stanisław Dominiak, dotarłem w porze wczesnokolacyjnej i z miejsca zostałem zasypany propozycjami. Staszek nie pierwszy rok spędzał na Warmii i natychmiast wszedł w rolę przewodnika. Na pierwszy ogień, pewnie po skojarzeniach związanych z widokiem opustoszałych wiejskich barów, wybrałem kwaterę Hitlera w Gierłoży, znaną pod nazwą Wilczy Szaniec. Oczywiście, że niewiele pozostało z tego miejsca po wybuchu. W nocy z 24 na 25 stycznia 1945 r. wykonano rozkaz zniszczenia kwatery w kętrzyńskim lesie. Według relacji świadków, siła eksplozji była tak wielka, że posypały się szyby w kętrzyńskiej katedrze. Potężne betonowe kloce leciały na odległość 20-30 metrów, a na pobliskich jeziorach Moj i Siercze spękała tafla lodu. Według szacunków badaczy, na wysadzenie jednego bunkra zużyto około ośmiu ton trotylu. Zwarty mieszany las rozciągający się na wschód od Kętrzyna aż do Wielkich Jezior Mazurskich do dziś wspaniale pełni rolę maskującą. Ktoś, kto nigdy jeszcze tu nie był, może, pomimo niezłego oznakowania, przeoczyć zjazd do muzeum i parking dla zwiedzających. Omszałe złomy betonowych ścian o grubości 2-3 metrów wtopiły się w zieleń. Przez moment poczułem się nawet, jakbym wędrował po zaginionym mieście w południowoamerykańskiej dżungli. Fragmenty najlepiej zachowanych bunkrów można byłoby wziąć jeszcze za podstawy piramid schodkowych, ale porwane wybuchami ściany obnażające stalowe uzbrojenie, czasem sterczące na wprost, a niekiedy poskręcane jak korzenie drzew, nijak Vilcabamby nie przypominają. Z drugiej jednak strony, są to właśnie ruiny miasta, ukrytego przed wzrokiem w leśnym masywie. Kanclerzowi III Rzeszy nie wystarczył bowiem jeden budynek, z którego mógłby wydawać rozkazy, musiał mieć sieć domów dla podległej mu służby, ochrony i całego sztabu oraz lotnisko i stację kolejową, o wszelkich usługach nie wspominając.

Decyzja o budowie została podjęta jesienią 1940 roku. Miejsce, z którego Hitler dowodził atakiem na Związek Sowiecki zlokalizowano w pobliżu granicy z Krajem Rad, lecz w miejscu naturalnie chronionym od wschodu przed atakiem wojsk lądowych przez Wielkie Jeziora Mazurskie. Bezpieczeństwo zapewniały okoliczne twierdze: Giżycko, Toruń, Kłajpeda, Pilawa, oraz rejony umocnień i zasieków przeciwpancernych. Prusy Wschodnie były jednym z najbardziej ufortyfikowanych okręgów Trzeciej Rzeszy. Co nie znaczy, że nawet myszy nie udałoby się tamtędy prześliznąć. Podobno zdarzały się przypadki nieumyślnego wtargnięcia na pilnowane tereny i co ciekawsze taki nieświadomy niczego wędrowiec potrafił przez długi czas unikać spotkań z żołnierzami. Rozminowywanie terenu trwało do 1956 roku. Trudno się dziwić, to przecież był obszar obejmujący 72 ha lasu i 52 ha gruntu. Część min została umieszczona w szklanych obudowach, nie powodujących reakcji wykrywaczy. Przy rozbrajaniu zginęło wielu saperów, upamiętnionych na terenie muzeum specjalną tablicą.

Aż dziwne, że właśnie tutaj, w miejscu najlepiej zabezpieczonym i najsilniej strzeżonym pułkownik hrabia von Stauffenberg odważył się podłożyć ładunek wybuchowy. Jedynie zbieg okoliczności – obrady przeniesiono do drewnianego baraku – ocalił Hitlera wraz z całym sztabem. Wybuch o tej sile wewnątrz betonowego bunkra nie dawał nikomu szans na przeżycie.

Istnieją rozbieżności dotyczące liczby zamieszkujących kwaterę, czy też zatrudnionych przy prowadzonych tam pracach. Prof. F. Seidler podaje, że w Wilczym Szańcu przewidywano zatrudnienie pięćdziesięciu tysięcy osób, tymczasem wszystkie dostępne przewodniki podają, że w dniu zamachu na Hitlera przebywało tam pięć tysięcy osób. Jak wyglądała wtedy hitlerowska baza wojskowa najlepiej prześledzić na sporządzonej makiecie na terenie muzeum.

Tyle faktów historycznych. Pragnę jeszcze tylko pogratulować pomysłowości autorowi dodatkowej atrakcji. Na parkingu, przed wejściem na teren kwatery ulokował się właściciel niemieckiego motocykla z przyczepką w maskujących barwach. Ubrany był w polowy mundur oficera Abwehry. Oczywiście, bez emblematów i insygniów. Dysponował furażerką, płaszczem wojskowym, atrapami karabinków, pistoletów i granatów. Proponował w przebraniu przejażdżkę po lesie, i – w cenie piętnastu złotych – nieograniczoną ilość zdjęć w przypadku posiadania własnego aparatu. Założę się, że niejeden chłopiec, po takiej przejażdżce z zupełnie innym zainteresowaniem wysłucha przewodnika oprowadzającego po terenie Wolfsschanze. A może nawet sięgnie po jakąś książkę dotyczącą II wojny światowej i zrozumie ludzi, którzy przeżyli tamto piekło. No dobrze, rozpędziłem się. Może wystarczy, że poczuje duchową więź z dziadkiem. Na początek wystarczy.