Strona główna / Biesiada kulturalna / Płakały po nim mazowieckie drzewa...

GP #16, 28 lipca 2012 r.

Płakały po nim mazowieckie drzewa...

EDWARD DUSZA

Opinogora
Zbigniew Chałko

Kiedy w Nowym Jorku zmarł Dylan Thomas, polski pisarz emigracyjny Wacław Iwaniuk napisał, że płakały po nim wszystkie walijskie drzewa. Kiedy umierał w Chicago warszawski liryk, były powstaniec, emigrant polityczny Zbigniew Tadeusz Chałko, chciałoby się powiedzieć, że nad tym zgonem użaliły się stare, kalekie wierzby, wysmukłe topole i klony rosnące na piaskach Mazowsza, że wołały za nim płaczliwie świerszcze, w trawach tej ziemi żyjące. A piewca Mazowsza i Warszawy umierał w mieście betonu i stali, w mieście, w którym pamięć o ludzkich zgonach zaciera ciągły pośpiech i gorączka codzienności. Odejście emigracyjnego twórcy przejść może bez większego echa, tym bardziej że pogrążeni jesteśmy w oceanie innej mowy, obcej dźwięcznym słowom jego strof. A on sam, żegnając innego polskiego poetę, który zakończył swoje tułactwo tragicznym skokiem z okien nowojorskiego hotelu, Jana Lechonia, pisał: „... i dopadł go ten smutek gorzki i szary, smutek niespełnionych tęsknot, wygnania i tułactwa. Stał za nim, gdy w zamyśleniu dusza utęskniona wybiegała daleko – na wschód i podpowiedziała tragiczną metaforą, że oto wystarczy wszystkie bóle i troski, gorycze i ciężary zawierzyć kolumnie rozedrganego powietrza za oknem, aby się uskrzydlić i ptakiem do gniazda powrócić. By wrócić...”

Powracają do mnie dzisiaj, kiedy wspominam odejście Zbigniewa Chałki, owe słowa, które napisał o Lechoniu. Jakże podobna jest twórczość tych poetów, ich przeżycia i doznania, jakże inny jednak stosunek do losu, inne podejścia w walce z przeciwnościami. Lechoń, stojąc przed zdawałoby się problemami nie do pokonania, wybrał luksus śmierci. Chałko, zmagając się z ciężką dolą uchodźcy, walczący o utrzymanie rodziny, a później złożony ciężką chorobą, targany tą samą tęsknotą za krajem, podobnie jak Lechoń zapatrzony w odległą, daleką ziemię, której od chwili wyjścia z płonącej Warszawy nie oglądał, mężnie borykał się z przeciwnościami i zawsze zachowywał pełną godności postawę politycznego emigranta, formując jakże często oświadczenia i serwując opinie dowodzące ogromnej odwagi i niezależności intelektualnej.

Z artykułów i wierszy Chałki przebijają te same poglądy i wiara, jakie nosili w sercu powstańcy 1830 i 1863 roku, młodzi, którzy poszli w bój za Warszawę w 1944 roku i ci, którzy pokotem kładli się pod Monte Cassino. Nie ma co tutaj rozróżniać Polaków na pokolenia, szermować datami czy faktami historycznymi, cytować programy ideowe. Dzieje ukształtowały pewien specyficzny model Polaka patrioty. Czy to będzie Rejtan, Bem, Wybicki, Emilia Plater czy Traugutt – wszyscy należą do jednego grona szermierzy wolności. Do ich grona doszlusowali ci z ulic Warszawy 1944 roku, wśród nich – Zbigniew Chałko... Czy ignorowali przeszłość, czy nie liczyli się z rzeczywistością, czy istotnie porywali się z motyką na Słońce?

Łatwo dzisiaj wyrokować o tym, że jakiś wolnościowy zryw był błędem; trudniej natomiast było podjąć ryzykowne decyzje w momentach dziejowych zagrożeń. A Zbigniew Chałko taką decyzję podjął. Wraz ze swoim rodzeństwem, siostrą i bratem, pobłogosławiony przez matkę – brał udział w walkach na ulicach Warszawy. Wyszedł stamtąd w kolumnie jenieckiej i do kraju, zniewolonego przez komunistów, nigdy już nie wrócił. Dzisiaj podobna decyzja o dobrowolnym wychodźstwie politycznym zakrawa może na śmieszność. Zmienił się poważnie sposób myślenia Polaków, dawne kryteria patriotyzmu uległy poważnym zachwianiom czy wreszcie są przez nowe pokolenie ignorowane lub wręcz wyszydzane. Zbigniew Chałko patrzył ze swojego odosobnienia na karlenie emigracji, na upadek dawnych ideałów, nie rozumiał sposobu rozumowania nowych fal emigracyjnych. Sukcesu im nie zazdrościł – wstrzymywał się jednak z udzielaniem poparcia dla nowych programów, które zbyt często pozostawały w głębokiej sprzeczności z uznanym przez niego modelem polskiego patriotyzmu.

Czy był samotny? Chyba nie, bo to samo rozdarcie przeżywała większość jego przyjaciół, ludzie dzielący podobny los i uważający się za emigrantów politycznych. W tym małym, z upływem lat kurczącym się świecie Chałko znajdował nie tylko zrozumienie, ale i uznanie za swoją postawę niepodległościową. Był twórcą, którego nie można było kupić za medal reżimowy, za bezpłatne wakacje w Polsce, nie można było go skusić propozycją opublikowania książki w kraju. Trzymając się kurczowo wyniesionych z rodzinnego domu wartości, Chałko skazał się na banicję nie tylko z kraju, ale i z życia intelektualnego Polski. Do czasu, oczywiście. Poeta wierzył, że jego wiersze wrócą do kraju. I tak się stało. Ale wiara ta kosztowała go wiele lat nieobecności w nurcie naszej literatury nad Wisłą.

A na emigracji nie miał również lekkiego życia. Nie chcę plamić tego wspomnienia przypomnieniem bolesnych faktów i wymienieniem niektórych nazwisk – stwierdzę jedynie, że były chwile w życiu Zbigniewa Chałki, kiedy to środowisko Dziennika Związkowego, pisma Związku Narodowego Polskiego, któremu wiernie służył, boleśnie go skrzywdziło. Z tą krzywdą żył, stojąc w obliczu ciężkiej, śmiertelnej choroby.

Pisał zawsze co chciał, do nikogo nie wyciągając ręki i zawsze zachowując ogromną, męską godność, nawet w sytuacjach wydawałoby się bez wyjścia. Jego jedynym, prawdziwym przyjacielem była żona Włada, która wspierała go zawsze w trudnych chwilach i której literatura polska zawdzięcza ocalenie wierszy poety i wydanie ich w zbiorze, zarówno na emigracji (Strofy staromiejskie i wiersze inne, 1977, jak i w dwadzieścia lat później w Polsce, Dłoń pełna snów, 1997). Chałko nie dbał o swoją twórczość. Rozsiewał wiersze w polonijnej prasie, publikował bezimiennie rozmaite eseje, zajmował się anonimowo pracą dziennikarską, był redaktorem i współwydawcą tygodnika Polonia. Nie stworzył żadnego własnego archiwum, nie starał się w żaden sposób zabezpieczyć tekstów, które wyszły spod jego pióra. Ale – jak powiedział kiedyś w Monachium wielki polski pisarz Józef Mackiewicz – nie musiał tego robić. „Już pierwszy zbiór wierszy, wydany w Londynie, zapewnił mu trwałe miejsce w historii polskiej literatury, co ciekawe, wśród niepoprawnych polskich romantyków”. Wychowany na poezji polskich wieszczów, Chałko – być może nieświadomie – przejął jej wartości. Głównym tematem jego utworów, obok liryki głęboko osobistej, była ojczyzna, walka o wolność, rodzinne miasto, utrwalenie stosunku do makabry dziejowej chwili, poetyckie udokumentowanie momentu historycznego własnego, również wewnętrznego pejzażu.

Ojczyzna, wolność, ja Polak – oto tematy wierszy Zbigniewa Chałki.

Taki zakres tematów prezentuje nam poeta-żołnierz. Twórczość, wydobyta z trwogi katastroficznej, z ognia płonącego miasta, mocna, bez nadmiaru nut żałobnych i elegijnych, choć wydobyta z własnej często słabości – pozbawiona jednak jest ekshibicjonizmu upadku. Niektóre utwory to jakby już ucieczka z chmurnego pejzażu upartej młodości, próba ocalenia tego, co pogodne i piękne w przeszłości, to także spojrzenie w odległą, barwną przeszłość dzieciństwa i wczesnej młodości. Ale nad wszystkimi tymi wierszami dominują strofy opowiadające o czasach zastraszenia i lęku, o płonącym mieście, o chłopcach biegnących z karabinami na Zamek...

I pisał Chałko o swoim chicagowskim gabinecie, zwanym przez niego zupełnie na serio „Polską Podziemną”, wypełnionym książkami, pamiątkami z Polski, obrazami Warszawy. Ze ściany patrzył na niego Marszałek Piłsudski, na ścianie pysznił się polski orzeł w koronie. Wszystko to może nieważne, jednakże w przypadku, kiedy osoba zajmująca to pomieszczenie elementy te traktowała śmiertelnie poważnie – jakże istotne. W tym to pokoiku wyczarowywał Chałko dalekie krajobrazy Mazowsza, ulice Warszawy i domy, których dziś już nie ma – i snuł nadzieję powrotu w czas przeszły dokonany. On, powstaniec warszawski, poeta odznaczony za waleczność krzyżem Virtuti Militari, bohater dla jednych, niepodległościowiec i fanatyk z czarnym podniebieniem dla drugich, jeszcze dla innych wrażliwy, utalentowany twórca, pielęgnujący metafory jak ogrodnik rzadkie, kruche kwiaty...

I tak przyzwyczailiśmy się go widzieć, wiedzieliśmy, że zawsze jest w Chicago, a jego dom otwarty jest dla wszystkich tych, dla których Polska bywa Polską...

Zmarł w Chicago w 9 kwietnia 1994 r. W chwili śmierci miał prawie 73 lata, urodził się bowiem 26 kwietnia 1921 r. Uroczystości żałobne odbyły się w polskim kościele pw. św. Konstancji. Prochy poety zostały przewiezione do Warszawy, do jego rodzinnego miasta, po 42 latach przeżytych w Chicago...

Odszedł, tak jak żył, bez wielkich słów i gestów, po żołniersku, bez skarg, z nikim – za wyjątkiem swojej żony – nie mówiąc o swoich doznaniach, bólach i troskach. W ostatnich miesiącach swojego życia jeszcze pracował nad antologią poezji powstańczej, jeszcze interesował się życiem emigracji, do końca zaś czuł sprawy polskie i bez przerwy błądził myślami nad Wisłą...

Pozostawił nam tomy wierszy, w których zawarł swoje tęsknoty i rozterki, swoją dumę i swoje nadzieje. Do Polski nie wrócił, ale powróciły tam jego utwory. Zakwitają one jak kwiaty w antologiach i na łamach gazet. Słowa poety ożywają na ustach harcerzy, którzy deklamują je w czasie swoich akademii i ognisk. Wiersz Zbigniewa Chałki wszedł w nurt naszej „ojczyzny-polszczyzny”... Słowa, zapisane w dalekim, obcym mieście w pustelni emigranta, zrodzone ze smutku i tęsknoty, zapukały do serc Polaków w kraju. I te serca otworzyły się na ich powitania szeroko. W odpowiedzi: miłość za miłość, wierność za wierność...