Strona główna / Biesiada kulturalna / W daleki świat

GP #1, 1 stycznia 2012 r.

W daleki świat

MIŁOSZ PIOTR WNUK

Pewnego dnia – a było to jeszcze za moich studenckich lat w Krakowie, gdy w Polsce panowała głęboka komuna – postanowiłem wyprawić się na Wyspy Brytyjskie, do Londynu. Oczywiście nie miał to być krótki lot samolotem ani też wycieczka samochodowa. Samochód w owych czasach był rzadkością. Nikt z moich kolegów takiego luksusu nie posiadał, a ja do wyjątków nie należałem. Do podróży służyły wtedy autobusy i pociągi. Również rower i motocykl.

Mój wybór padł na motocykl, bo ten miałem – polskiej produkcji model WFM, czyli tak zwana „wu-ef-emka”. Pojemność cylindra 125 cm3, a maksymalnie rozwijana szybkość nieco poniżej 100 km/godz. Znajomy mechanik-ślusarz dospawał z tyłu wu-ef-emki splot stalowych prętów, które tworzyły coś na kształt dodatkowego bagażnika rozłożonego po obydwu stronach tylnego siedzenia. Wewnątrz takiego urządzenia można było umieścić dosyć ciężki bagaż, dbając jednak o to, aby ciężar rozłożony był w miarę symetrycznie po obydwu stronach motocykla. Po wielokrotnych próbach obciążenia wehikułu bagażem udało się znaleźć położenie równowagi. Jak wynika z zasady zachowania krętu i zgodnie z fizyką szkolną, im szybciej porusza się pojazd jednośladowy, taki jak motocykl, tym pewniejsza jest jego równowaga.

Nie problemy natury mechanicznej były w tych czasach problemami naprawdę trudnymi. Polska była wówczas krajem odciętym od świata, a o wyjazdach na Zachód albo w ogóle mowy nie było, albo też mówiło się szeptem. Każdy jednak miał prawo złożyć podanie o paszport w Urzędzie Paszportowym, który był oddziałem Milicji Obywatelskiej. W Krakowie urząd ten znajdował się na placu Szczepańskim, w rozległym szarym budynku wyrastającym tuż obok krakowskich plant. Tam, na jednym z pięter, znajdowało się biuro, przed którym zawsze tłoczyła się grupa upartych petentów chcących urzeczywistnić swe marzenia o podróży na Zachód.

„Co pana tu sprowadza? – padło pytanie ze strony umundurowanego urzędnika. – Gdzie jest zaproszenie? A, to pan wybiera się aż do Anglii? Nie sądzę, żebyśmy dali panu paszport. Lecz podanie może pan złożyć…”. Urzędnik rozłożył ręce w bezradnym geście, jakby dając do zrozumienia, że on niewiele ma tu do powiedzenia. Istotnie, wszystkie podania oraz załączone do nich dokumenty wędrowały do Warszawy i tam w majestacie prawa Polski Ludowej zapadały ostateczne decyzje. Sądzę jednak, że lokalne służby opiniowały takie wnioski i od tych opinii zależała odpowiedź „przyznać” czy też „nie przyznać”.

Po dwóch miesiącach oczekiwania przysłano mi list z dobrą wiadomością. Po odbiór paszportu należało zgłosić się w tym samym ponurym urzędzie na placu Szczepańskim. Był to dla mnie pierwszy triumf na długiej drodze do Londynu. Teraz świat stał przede mną otworem… No, niezupełnie. Jeśli spojrzeć na mapę Europy, to Polskę od Anglii dzieli kilka krajów – wtedy liczenie należało zacząć od Niemiec Wschodnich (NRD), potem Niemiec Federalnych (NRF) i kończyć na Belgii i Francji (teraz jest tylko Unia Europejska, nic więcej). Musiałem uzbroić się w cierpliwość, aby odbyć pielgrzymkę do ambasad tych wszystkich krajów, gdzie po uzyskaniu wizy do Anglii należało złożyć prośby o wizy tranzytowe.

W tych latach wszelkie ambasady mieściły się w Warszawie. Zatrzymywałem się zazwyczaj w samym centrum w nieistniejącym już dziś hotelu „Terminus” na ulicy Chmielnej. Chociaż żadnych godnych uwagi zdarzeń związanych z Warszawą nie pamiętam, to jednak celu dopiąłem i wszystkie wymagane wizy zostały umieszczone w moim nowym, pachnącym jeszcze farbą drukarską paszporcie. W tymże dokumencie wytłoczona była drobnym drukiem następująca uwaga: „Niniejszy paszport jest własnością Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej” – to tak, aby nie było wątpliwości, do kogo właściwie paszport należy. Po powrocie do kraju paszport taki wracał do urzędu, który go wydał.

Aby podróżować, oprócz wiz i paszportu potrzebne są pieniądze. Tę sprawę załatwiały dwie instytucje: Polski Związek Motorowy (PZMot) przy ulicy Mikołajskiej oraz Bank Narodowy przy ulicy Basztowej. Po dokładnym ustaleniu trasy podróży i po ubezpieczeniu pojazdu, czyli mojej wu-ef-emki, PZMot wydał odpowiednie zaświadczenie, na podstawie którego bank wymienił moje złotówki na waluty kolejnych krajów tranzytowych oraz kraju docelowego, a więc obydwu państw niemieckich, Belgii, Francji, a także Anglii. Oficjalny kurs wymiany, ustalony przez rząd PRL-u, był bardzo korzystny dla osób takich jak ja, które dysponowały tylko polską walutą. W sumie otrzymałem chyba równowartość 30 dolarów... Nie lada to przedsięwzięcie, aby za 30 dolarów dojechać z Krakowa do Londynu i z powrotem. Trudno dziś powiedzieć, w jaki sposób sumy te były obliczane. Pamiętam, że liczono je bardzo skrupulatnie i bank na Basztowej te obce waluty dokładnie wypłacał.

Motocykl był gotów, bak pełen benzyny. Podróż zaczęła się w czerwcu podczas idealnej pogody – wprost z podwórza budynku przy ulicy Chopina w Krakowie, w którym mieszkałem z rodzicami i bratem. W pierwszy dzień dotarłem do Wrocławia, gdzie w willowej dzielnicy przespałem noc u znajomych. Po drodze do Wrocłwia mijałem rozległe pola łubinu, całe łąki łubinu żółtego jak czyste złoto i pachnącego jak egzotyczne perfumy orientu. Następnego dnia, jadąc poprzez długi most na Odrze, przekroczyłem granicę między Polską a Niemcami i późnym wieczorem byłem już w Berlinie. Tutaj czekał na mnie nocleg u Eckeharda, kolegi poznanego dwa lata wcześniej na Węgrzech nad Balatonem.

Moje dotychczasowe wydatki na spanie i jedzenie wynoszą zero. Płacę tylko za benzynę i jadę dalej. Przede mną następny kraj – Niemcy Zachodnie, a tu już czeka na mnie twarda waluta, marki. Tutaj również znajduję bezpłatny nocleg w ośrodku młodzieżowym prowadzonym przez dobrotliwą Angielkę, Sue Ryder. Podobno Sue była żoną polskiego pilota RAF-u i kiedy ten zginął w podniebnej walce nad Anglią, Sue poświęciła życie pracy charytatywnej. Irytując partyjnych bonzów w Warszawie, posyłała całe transporty z odzieżą i żywnością do kościołów oraz ośrodków Caritasu w Polsce.

Zaczynam mówić po niemiecku i po angielsku niemal równocześnie. Wówczas angielski nie był jeszcze językiem uniwersalnym, tak jak to jest dzisiaj. A na trasie była jeszcze Belgia i Francja, gdzie trzeba znać francuski. Pierwszy groźny wypadek zdarza się na zachodnioniemieckiej autostradzie w pobliżu granicy z Belgią. Właśnie spadł deszcz i po mikrym asfalcie mój wehikuł przewraca się w długim poślizgu, wyrzucając mnie na pobocze. Oprócz kilku siniaków i przygniecionego podnóżka motocykla nie ma większych szkód. Motor pracuje normalnie i widać, że Bóg czuwa nade mną. Zatrzymuję się dopiero w Brukseli pod adresem wskazanym przez mojego ojca. Mieszka tu jego kolega z lat przedwojennych wraz z żoną. Przyjmują mnie bardzo serdecznie i pomagają opatrzeć sińce i niegroźne rany – pozostałość po wypadku na autostrodzie. Trochę trudno im uwierzyć, że z dalekiej Polski dotarłem do nich o własnych siłach na tak zabawnym pojeździe jak moja skromna wu-ef-emka.

Wkrótce docieram do francuskiego portu Calais nad kanałem La Manche i tu ładuję się wraz z pojazdem na pokład promu, który zmierza ku Dover w Anglii. Z daleka widać przepaściste białe skały niegościnnych brzegów Albionu. Kiedy przejeżdżam kilkaset pierwszych metrów po szosie w Dover, nie zauważam biało-czarnych napisów „Keep Left” i nieprawidłowo trzymam się prawej strony drogi. Z błędu otrząsam się w jednej sekundzie, kiedy widzę zmierzający wprost na mnie samochód jadący z przeciwnej strony. Zmieniam pas z prawego na lewy.

W samym już Londynie przekraczam Tamizę, przejeżdżając ciemnym tunelem pod rzeką. Po żmudnych manewrach we wschodnich dzielnicach Londynu, gdzie panuje przedziwny dialekt zwany „cockney”, niewiele mający wspólnego z poprawnym angielskim, docieram wreszcie do celu. Tutaj, u młodej dziewczyny Colleen, którą poznałem dzięki BBC drogą listowną, będę mieszkał przez najbliższe dwa miesiące. Colleen będzie mnie uczyć angielskiego, pomagać robić zakupy i poruszać się po mieście. To wielkie miasto poznaję także samodzielnie, ucząc się poruszania przy pomocy „tube”, czyli londyńskiego metra. Wiele nazw przeróżnych dzielnic i stacji metra, jak Kensington, West End, Soho, Exhibition Road, Bond Street… utknęło mi w głowie na długie lata. Bez takiej podziemnej sieci tuneli metra łączących odległe punkty miasta ruch w Londynie nie byłby chyba w ogóle możliwy.

Za pieniądze Colleen kupuję eleganckie angielskie ciuchy dla mojej dziewczyny w Polsce (czyżby wszyscy mężczyźni byli tacy hojni?). Odszukuję ambasadę i konsulat Francji w centrum Londynu, gdzie zamierzam starać się o wizę pobytową w Paryżu. Mój plan jest taki, aby do Krakowa wrócić poprzez Paryż, a do tego celu moja wiza tranzytowa nie wystarcza. Francuski konsul przyjmuje mnie życzliwie, niemal serdecznie, i wylewnie tłumaczy, co trzeba zrobić, aby dostać wizę pobytową. W końcu z chytrym uśmiechem stwierdza: „Paris es jolie”, czyli Paryż jest piękny. Po takim dictum nie wypada spierać się z nim o koszt wizy do Francji. A koszt ten przekracza cały fundusz walutowy przywieziony z Polski. Na szczęście jest przy mnie Colleen, która zawsze deklaruje swą pomoc w postaci pożyczki w funtach. Dziś nie pamiętam już, czy rzeczywiście wszystko jej oddałem czy też nie.

W drodze do Polski jadę wprost na Paryż. Motocykl oddaję na przechowanie francuskiemu farmerowi i do miasta przybywam pociągiem. Pierwsze kilka nocy spędzam w dosyć podłym hotelu, lecz już na trzeci dzień jestem posiadaczem kluczy od luksusowego apartamentu na avenue Boucourt w eleganckiej dzielnicy Paryża, tuż obok Place de l’Etoile i Arc de Triumph. Apartament należy do Tadeusza Styki, syna Jana Styki, słynnego polskiego malarza, który wykonał kilka portretów prezydentom Ameryki. W apartamencie Styki mieści się teraz Klub Bosej Arystokracji, zrzeszający katolicką młodzież z Polski – raczej tę elitarną jej część. Dzięki moim koneksjom londyńskim spotkałem się z księciem Radziwiłłem tu w Paryżu – i to on wręczył mi klucze od klubu. Jeść nadal nie było co, lecz spanie miałem teraz komfortowe, a nawet więcej niż komfortowe. Wkrótce okazało się, że na noce przychodzi do klubu pewna dziewczyna z Warszawy, Joasia. Spała w klubie niezbyt legalnie i do dziś nie mam pojęcia, skąd wzięła klucz. Żyliśmy w pełnej zgodzie i przyjaźni aż do chwili, kiedy Joanna wyjechała z kolegą w góry, do Perpignon w Pirenejach, przy granicy z Hiszpanią.

Oficjalnie lokal otwierał swe podwoje wczesnym popołudniem około godziny 15.00. Przeróżni i przedziwni młodzi ludzie przychodzili tu na kawę, a ja i Joanna służyliśmy jako gospodarze lokalu. Po jej wyjeździe zostałem jedynym lokatorem w klubie. Wciąż nie miałem co jeść. Z pomocą kolegów spotkanych w klubie ułożyłem listę potencjalnych darczyńców, poczynając od zakonu ojców jezuitów, związku kombatantów zrzeszającego byłych żołnierzy armii Andersa, a kończąc na… konsulacie generalnym PRL w Paryżu. Spróbowałem odwiedzić wszystkie placówki bez wyjątku. Najlepiej poszło u ojców jezuitów, gdzie przeor na wstępie powiedział mi: „Synu, jesteś nieogolony”. Było to jedyne zastrzeżenie wobec mnie i szybko odeszło w niepamięć. Wychodząc od jezuitów, byłem bogatszy o dwadzieścia tysięcy franków. U kombatantów gotówki nie dali, to prawda. Lecz dano mi kupony na bezpłatne obiady na jeden tydzień. Wystarczyło prawie na miesiąc, ponieważ zazwyczaj jakiś sympatyczny starszy pan płacił za mój obiad gotówką, a kupon zostawał na następny dzień. Muszę powiedzieć, że w konsulacie dostałem dziesięć tysięcy, ale nie jako dotację, lecz do zwrotu po powrocie do kraju – oczywiście w złotówkach.

Przyszedł czas, aby poważnie pomyśleć o pracy. Miałem sporo szczęścia. Zatrudniono mnie w Bibliotece Polskiej oraz podległym tej placówce Muzeum Mickiewicza, położonym w samym sercu Paryża na jednej z kilku wysp na Sekwanie, przy ulicy Quai d’Orleans. Tutaj spotkałem Anitę Dembińską z Warszawy. Odchudzała się i w związku z tym przynosiła do biblioteki swoje kanapki z szynką, które zjadałem. Podobnie jak ja, Anita wróciła do kraju i w Warszawie przez kilka lat pracowała w biurze Swissairu w hotelu Bristol.

Moją bezpośrednią szefową w Bibliotece Polskiej była przemiła pani Wanda Borkowska. Dzięki niej poznałem redaktora naczelnego paryskiej Kultury, Jerzego Gedroycia. Redaktor zapłacił mi hojnie za napisane dla Kultury eseje. Zanim je jednak wydrukował, starannie wykreślił wszelkie moje negatywne uwagi i komentarze dotyczące życia na Zachodzie. W oczywisty sposób cały nacisk w tej redakcji położony był na krytykę komunizmu w sowieckiej Rosji i jej satelitach. Inne problemy jak gdyby nie istniały. Po latach przyszło mi gościć przez kilka dni u Gedroycia w siedzibie redakcji w Maison Laffitte pod Paryżem. Nigdy jednak zupełnej zgody między nami nie było.

Za pieniądze tam zarobione kupiłem bilet na nocny ekspres łączący Paryż z wybrzeżem Morza Śródziemnego. Tam kilka dni spędziłem w małej nadmorskiej miejscowości Saint Jean Cap Ferrat, w pobliżu granicy z Włochami. Poznałem przelotnie popularnego angielskiego powieściopisarza Somerseta Maughana, który miał tam swoją luksusową rezydencję. Czułem się jak w raju, lecz trzeba było wracać do jesiennego Paryża.

A w Paryżu nieoczekiwanie zaproszono mnie do prywatnego mieszkania pana Morawskiego, polskiego ambasadora we Francji przy rządzie londyńskim RP, tej Polski, która istniała przed 1939 rokiem. Pan Morawski bardzo uprzejmie i sugestywnie próbował mnie przekonać, abym pozostał na Zachodzie. „Tutaj jest pana przyszłość” – wyrokował. Widać było, że sprawa leżała mu na sercu. Ja byłem jednak innego zdania. W kraju czekała dziewczyna i niedokończone studia. Kiedy ambasador zrozumiał, że zamierzam mimo wszystko wracać do kraju, przeprosił mnie na chwilę i otworzył jedną z szuflad w komodzie w sypialni. Z szuflady wyjął ciepłe kalesony pierwszorzędnej jakości i wręczył mi je ze słowami: „Niech Bóg ma pana w opiece. A to proszę włożyć na siebie, zanim pan wsiądzie na motocykl”.

Pamiętam, że po przyjściu do domu, do Klubu Bosej Arystokracji na avenue Boucourt, z niejaką dumą rozwinąłem przyniesione kalesony i oznajmiłem wszystkim obecnym: „Patrzcie, oto gacie pana ambasadora”… Na marginesie powiem, że życzyłbym III Rzeczypospolitej polityków takiego kalibru i na tak wysokim poziomie kultury, wiedzy i ogłady humanistycznej. Ogromna większość tych, którym dziś w Warszawie wydaje się, że sterują krajem, Morawskiemu do pięt nie dorasta.

Był już późny październik. Dnie, a zwłaszcza noce, stawały się coraz chłodniejsze. Na odcinku Paryż-Bruksela kalesony jechały ze mną w bagażniku. Przemarzłem na wskroś. W następnych etapach podróży do Krakowa poszedłem za radą pana ambasadora i jechałem już w tych ciepłych kalesonach. Przekonałem się, że dobrze mi życzył i że jego rada nie była taka zła.

A może i w innych kwestiach Morawski też miał rację? Może to tam właśnie była moja przyszłość?