Strona główna / Biesiada kulturalna / Z gwiazdą na wyciągnięcie ręki...

GP #26, 14 grudnia 2013 r.

Z gwiazdą na wyciągnięcie ręki...

EWA ZELENAY

Jestem już kobietą „w bardzo średnim wieku”, w dodatku tradycjonalistką i jak dotychczas to zarówno z przekonania, jak i wyboru wszystkie wigilie swojego życia spędzałam we własnym domu. Prawie wszystkie, bo jedną, wyjątkową wigilię, przyszło mi przeżyć w samolocie.

Byłam wtedy stewardesą LOT-u i młodą mamą kilkuletniego Michała.

Kierownictwo oddziału stewardes litościwie dało mi w ten wyjątkowy świąteczno-imieninowy czas dzień wolny. W zamian za to miałam pracować w sylwestra. Ale cóż tam, sylwester przy wigilii, szczególnie, kiedy z powodu braku „drugiej połowy” trzeba być Mikołajem przynoszącym prezenty, gospodynią, kucharką i animatorką wigilijnego wieczoru.

Tak więc w mglisty poranek 24 grudnia, podśpiewując pod nosem kolędy, szykowałam święta na cztery osoby i talerz. Pod ustrojoną choinką leżały prezenty, a w lodówce stygła ryba faszerowana, pierogi, barszczyk i inne pyszności.

Nagle z tego sielskiego nastroju wyrwał mnie dzwonek telefonu.

Pani Ewo, jak to dobrze, że panią zastałam!

Głos pani z koordynacji był pełen skruchy, ale przeczuwałam, że nie wróży nic dobrego.

Musi pani lecieć do Tel-Awiwu... Dziś, zaraz.

Zamarłam.

Przecież miałam mieć wolne, prosiłam o wolne!

Tak, ale wypadł nam dodatkowy charter. To grupa rosyjskich Żydów, przesiedleńców. Lecieli z Rosji przez Budapeszt do Izraela, gdzie czekały na nich domy do zasiedlenia w spornej strefie Gazy. W Budapeszcie, pod autokar, którym wieziono ich do samolotu, została podłożona bomba. Jedna osoba jest ranna, reszta ciężko wystraszona. Przewieziono więc całą grupę do Polski i wyczarterowano od LOT-u nasze dwa Tu-154. Zbieramy załogę, musi pani lecieć, przykro mi...

Pożałowałam, że odebrałam ten telefon, ale w końcu „ służba nie drużba”.

Zebrałam się więc i, zostawiając mojego zmartwionego synka pod opieką dziadków, wybiegłam z domu z nadzieją, że jednak zdążę wrócić przed północą i wigilijnie uściskać najbliższych.

Czasu było mało, ale postanowiłam jeszcze po drodze na lotnisko wstąpić do pobliskiego kościoła pomodlić się o szczęśliwy lot. Bałam się, że i mnie może się coś złego przytrafić w ten wyjątkowy dzień.

„Panie Boże, daj mi bezpiecznie wrócić do domu!” – prosiłam, klęcząc na zimnych marmurowych schodach przed ołtarzem. W kościele było pusto, ciemno i cicho. Byłam sama i cieszyłam się z tego, czułam się trochę zawstydzona moim mundurem lotniczym i zdenerwowaniem, którego nie umiałam ukryć.

Na Okęciu, pomimo wigilii, było tłoczno. Odlatywały ostatnie samoloty. Daleko na płycie, aż pod kandelabrami, postawione tam dla bezpieczeństwa czekały na nas dwa samoloty Tu-154 (takie same jak prezydencki spod Smoleńska).

Wokoło kręciła się obsługa techniczna, wojsko, dużo wojska. Żołnierze z psami sprawdzali bagaże pasażerskie i luki samolotu.

Wewnątrz wszystko już było gotowe na przyjęcie pasażerów. Catering załadowany, załoga pokładowa w komplecie, piloci w kokpicie. Choć trzeba przyznać, że cała ta zebrana „z łapanki” załoga miny miała mocno niepewne.

Bo jak tu się czuć pewnie, kiedy dzień wigilijny, samolot pełen przesiedleńców z Rosji, Żydów, na których polowali terroryści, i pytanie: czy i u nas czegoś nie podłożyli?

Nastroju grozy dopełniały także niezbyt wymyślne ozdoby świąteczne, czyli przygotowane na lot przez obsługę techniczną wieńce z choiny, bez nomen-omen bombek, które zawieszono nad drzwiami wejściowymi do obu kabin pasażerskich i na drzwiach kabiny załogi.

Wieńce pogrzebowe już mamy... – mruknął przez zęby kapitan, przechodząc przez kuchnię i widząc nasze wystraszone miny.

Sprawdziłyśmy porcje dla pasażerów. Z oczywistych powodów nie był to jednak catering wigilijny. Wiadomo, Żydzi nie obchodzą przecież świąt katolickich.

Kiedy po kilkunastu minutach podjechały autokary z pasażerami, antyterroryści z psami właśnie kończyli sprawdzać toalety i obie kabiny pasażerskie.

W końcu wszystko było gotowe, pasażerowie zajęli miejsca i my też przypięłyśmy się pasami na naszych jump seatach.

Samolot rozpoczął kołowanie. Patrzyłyśmy na siebie ze strachem i jedyna myśl, jaka przychodziła nam wtedy do głowy, to co będzie, jeśli pomimo kontroli udało się terrorystom podłożyć ładunek wybuchowy i pod nasz samolot?

Wykołowaliśmy na pas, dostaliśmy zgodę na start, kapitan przełączył silniki na maksymalną moc i ogromna maszyna zaczęła rozpędzać się na pasie.

Po kilkunastu sekundach byliśmy w powietrzu, a następnie skręciliśmy w lewo, przyjmując kierunek na południe. Samolot wchodził coraz wyżej, poczułam dobrze znany ucisk w uszach.

„Zaraz się okaże, czy nie mamy na pokładzie bomby ciśnieniowej” – pomyślałam, zaciskając palce na sprzączce pasa. Zresztą wszystkie czułyśmy się niepewnie i dopiero kiedy samolot osiągnął wysokość przelotową 7000 m, odetchnęłyśmy z ulgą.

Teraz to już tylko bomba z zapalnikiem czasowym wchodzi w grę – zażartowała szefowa i dała hasło do rozpoczęcia serwisu.

Pasażerowie też się wyraźnie uspokoili, drzemali, zmęczeni stresem i długą, męczącą podróżą z Budapesztu.

Rozpoczęłyśmy serwowanie kolacji i kiedy prawie kończyłyśmy, usłyszałyśmy przez mikrofon głos kapitana:

Pierwsza gwiazdka na niebie... zapraszamy koleżanki do kabiny!

Rzeczywiście, w samolocie pociemniało, a na szaro-różowym niebie można było wyraźnie zobaczyć pierwsze iskierki gwiazd.

Zostawiłyśmy wózki serwisowe w kuchni i pobiegłyśmy czym prędzej do kabiny załogi. Kapitan czekał z opłatkiem. Wyściskaliśmy się serdecznie, wyrwani niespodziewanie z domów i połączeni tym wyjątkowym lotem na pograniczu dnia i nocy wigilijnej – jedynej takiej magicznej nocy w roku.

Łzy zakręciły nam się w oczach, a patrząc na tę srebrną iskrę, z każdą chwilą świecącą coraz mocniej, myśleliśmy o naszych domach, które zostały daleko w dole, o naszych najbliższych przy choince i pustym talerzu dla wędrowca.

Teraz to my byliśmy tymi wędrowcami błądzącymi na srebrnych skrzydłach po niebie wysoko, wysoko z gwiazdą betlejemską na wyciągnięcie ręki.

Połączeni tą magiczną chwilą zaśpiewaliśmy kolędę. „Bóg się rodzi, moc truchleje, Pan niebiosów obnażony. Ogień krzepnie, blask ciemnieje, ma granice nieskończony”.

Nagle ktoś wpadł na pomysł, żeby pożyczyć od jednego z pasażerów gitarę. Mężczyzna chętnie zgodził się wypożyczyć instrument i w ten sposób kolędowaliśmy razem pod granatowym niebem najbliżej gwiazdy betlejemskiej.

Nikt już nie myślał o bombie, nikt już się nie bał – bo cóż mogłoby nam się stać w tę cichą i świętą noc?

Tel Awiw przywitał nas wysoką temperaturą i zapachem pomarańczy, który niósł ciepły, suchy, pustynny wiatr.

Obsługa naziemna szybko wyładowała bagaże, zatankowała samolot i dostarczyła nam porcje dla załogi na trasę powrotną. Izraelczycy wiedzieli, że dla nas katolików ten wieczór jest wyjątkowy i dlatego przywieźli nam kolację, pomimo tego, że wracaliśmy bez pasażerów.

Wracaliśmy do Polski szybko lekkim już i pustym samolotem, odprężeni i szczęśliwi, że jedyne bombki, z jakimi możemy się jeszcze spotkać, to te choinkowe na świątecznych drzewkach w naszych domach.

Lecieliśmy szybko, ile sił w silnikach i byliśmy ostatnim samolotem, który w tę najdłuższą wigilijną noc wylądował na lotnisku Chopina w Warszawie.

„Jestem w domu” – pomyślałam z ulgą, rozpinając pas i wypełniając dokumenty rozliczenia lotu. A kiedy zakołowaliśmy na stanowisko, spojrzałam na kilometrówkę, którą wręczył nam nawigator:

„SPL–CB, WA–Tel-Awiv–WA, godzina lądowania 24.04. i dopisek z rysunkiem roześmianego, pokracznego Mikołaja: »Wesołych Świąt!«”.

Ewa Zelenay – poetka, pisarka, dziennikarka, kulturoznawca. Członek Zarządu Głównego Związku Literatów Polskich oraz Zaiks-u. Ukończyła Wydział Dziennikarstwa oraz Wydział Kulturoznawstwa w WWSH w Warszawie. Laureatka kilkunastu konkursów poetyckich w całym kraju w tym prestiżowego konkursu imienia księdza Jana Twardowskiego na najciekawszy tom poezji w 2008 roku. Autorka współpracuje z Teatrem Polskiego Radia, pisze również scenariusze filmowe, teksty kabaretowe oraz teksty piosenek, które prezentowane są na scenach teatralnych w kraju i za granicą. Maluje, rzeźbi, fotografuje – łączy różne techniki. To, co robi, nazywa IMPULSJONIZMEM – od impulsu, który jest początkiem tworzenia. Powietrze i przestrzeń to częste tematy prac autorki, która pracując jako stewardesa w PLL LOT, kilkanaście lat swojego życia spędziła w powietrzu.