Strona główna / Biesiada kulturalna / Przywrócić blask i pamięć

GP #6, 12 marca 2011 r.

Przywrócić blask i pamięć

Z MAŁGORZATĄ SAWCZUK, konserwatorem zabytków, rozmawia EDWARD DUSZA

Andrzej Piwarski, „Wspomnienie lata”, 2006 r.
Rekonstrukcja oryginalnej dekoracji ściennej
w Epiphany Church, Chicago

EDWARD DUSZA: Konserwacja dzieł sztuki to ogromny artyzm, wymagający od wykonawcy wielkiej znajomości samego przedmiotu, techniki, zręczności, talentu, benedyktyńskiej  wytrwałości i uporu oraz determinacji w śledzeniu czyjegoś warsztatu i metody twórczej. Konserwator odkrywa przed nami dzieło uszkodzone przez czas czy kataklizm, przywraca jakby na nowo do życia jego splendor, którego często nie moglibyśmy sobie nawet wyobrazić. Obserwowałem kiedyś prace konserwatorskie we Florencji, a później w Nowym Jorku w pracowni Sano Studio, należącej do polskiej artystki Jadwigi Baran. Pamiętam też florencką „Madonnę del’Impannata” w Palazzo Pitti przed i po konserwacji. To były jak gdyby dwa zupełnie różne od siebie obrazy.
Doniosłość pracy konserwatorskiej dojrzałem zwłaszcza po lekturze książek Daniela Silvy, znanego amerykańskiego autora sensacyjnych i tendencyjnych powieści, opiewających bohaterstwo Izraelczyków. Silva jest zresztą konwertytą na judaizm. Bohater jego powieści, Gabriel Allon, zawsze gotów do największych wyrzeczeń, niezwykle szlachetny pracownik służb specjalnych Izraela, jest jednocześnie genialnym konserwatorem obrazów, i to nie tylko okresu Renesansu. Przyznam się, że ważniejsze dla mnie było śledzenie osiągnięć tego wybitnego konserwatora, malarza i kopisty niż jego brawurowe działanie na rzecz bezpieczeństwa Izraela. Wtedy dopiero zrozumiałem, jak straszliwym wrogiem jest dla obrazów, fresków, rzeźb w drewnie czy kamieniu – czas i jak szalenie ważna jest precyzja i wiedza odpowiedzialnego konserwatora. Przywracanie młodości obiektom sztuki to niezmiernie żmudna praca. Dlaczego wybrała Pani akurat ten „posterunek” działalności artystycznej?

MAŁGORZATA SAWCZUK: Po raz pierwszy zetknęłam się z konserwacją w czasie praktyk wakacyjnych, które musieliśmy odbyć w ostatniej klasie liceum plastycznego. Udało mi się dostać na trzy tygodnie do pracowni konserwacji Muzeum Śląska Opolskiego, i tam właściwie od wejścia, pierwszego dnia, od pierwszej godziny, czułam, że to jest to, że to będzie moja droga. Ogarnęła mnie ogromna radość, że oto odkryłam fascynujący świat odgrzebywania prawdziwego oblicza dzieła sztuki i próby pokazania jego oryginalnego piękna.
Potem było jeszcze kilka takich praktyk, między innymi w Zamościu, gdzie zobaczyłam już z bliska konserwatorów w akcji odnawiania fresków w renesansowych kamienicach. Poranne światło niezwykłe..., jakieś pierwsze próby najprostszych zabiegów przy odsłanianiu oryginału, uzupełnianie ubytków, zastrzyków w powierzchnie ściany, centymetr po centymetrze... Wtedy poczułam też po raz pierwszy, że to wymaga nieziemskiej cierpliwości i samodyscypliny.
Absolutnie szczęśliwa i przekonana o własnym powołaniu wymyśliłam, że będę studiować konserwację w Akademii Rzeźby i Architektury w Sankt Petersburgu, ówczesnym Leningradzie. Pojechałam więc na egzaminy wstępne, które odbywały się na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Dzień przyjazdu – z plecakiem i jakąś olbrzymią teczką prac – był traumatyczny. Był to jednocześnie pierwszy dzień wizyty Jana Pawła II w stolicy, autobusy nie kursowały, tłum przepływał przez ulice, a ja szłam przerażona przez niekończący się park w stronę Krakowskiego Przedmieścia i ledwo trzymając się na nogach dotarłam tam chyba dopiero wieczorem. Egzaminy poszły mi nieźle, ale nie znalazłam swojego nazwiska na liście przyjętych i to był pierwszy szok. Zupełnie osłupiała wróciłam do domu i nie mogłam pojąć, jak to się stało, że moje marzenia legły w gruzach. W rodzinie była, oczywiście, afera, że jak to, taka zdolna i nic. Ojciec nie odzywał się do mnie przez trzy tygodnie. Przekonałam się wówczas, że jeżeli czegoś bardzo pragniemy, to zdarza się, iż wszystko się sprzysięga przeciwko nam. Ale drugie podejście się udało.

To znaczy została Pani studentką Akademii?

– Tak. Następnego lata dostałam się na konserwację rzeźby na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych i mogłam już spokojnie pożeglować w stronę moich marzeń.

A Kraków? Wydawało mi się zawsze, zwłaszcza obserwując moje rodzinne miasto z emigracji, że tamtejsze środowiska artystyczne były szczelnie od siebie odgrodzone, nie przenikały się, a już zupełnie lekceważono artystów emigracyjnych. Za wyjątkiem prof. Marii Dłuskiej nikt z artystów czy pisarzy krakowskich nie interesował się losami polskich twórców przebywających za granicą. Dostrzegano tylko nasze sukcesy: Nagrodę Nobla dla Czesława Miłosza, na przykład. A przed tą nagrodą Miłosz był praktycznie w Polsce nieznany, o czym zresztą sam mówił. To my, emigranci, zawsze występowaliśmy w roli służebnej, naszym zadaniem było wspieranie – nieodpłatne i bezinteresowne – przedstawicieli kultury z PRL. Tak tylko na marginesie wspomnę, że niektórzy z nich służyli nie tylko kulturze, ale PRL-owskim służbom bezpieczeństwa, jak na przykład Hieronim Kubiak czy Jerzy Olędzki...

Oni, a także później przedstawiciele opozycji, umieli tylko od emigracji brać, nie poczuwając się już nie tylko do jakiegoś rewanżu, ale zwykłej wdzięczności... Wiem coś na ten temat, bo pracowałem w nowojorskiej Fundacji Kościuszkowskiej, a później na Uniwersytecie Wisconsin w Międzynarodowym Programie Wymiany Studentów, stworzonym przez prof. dr Paulinę H. Issacson. A tak naprawdę w moim okresie uniwersyteckim „zdarzył się” tylko jeden polski stypendysta, dzisiaj znakomity znawca zagadnień teatru, m.in. i polonijnego, uczony i pedagog, postać zupełnie niezwykła – prof. dr Emil Orzechowski z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Inni? Łzy się kręcą. Komuna i ubecja.

– Przyznam, że nie potrafię ustosunkować się do Pana uwag, choćby z tego powodu, że jestem już z innego pokolenia. Ale miałam jeszcze to szczęście ocierać się w czasie studiów o legendy tego miasta. Były jeszcze wtedy spektakle Piwnicy pod Baranami, idąc na zajęcia mijało się jeszcze siedzącego na plantach Piotra Skrzyneckiego, można też było zjeść zupę ramię w ramię z Janem Nowickim u słynnej Pani Stasi na Mikołajskiej lub zobaczyć przemykającego ulicą św. Jana tajemniczego Mrożka w długim płaszczu i kapeluszu, albo zobaczyć kroczącego dostojnym krokiem Karmelicką mojego idola, poetę Adama Zagajewskiego.

Nie odniosłam powszechnego wrażenia, że krakowskie środowisko artystów jest szczelnie zamknięte, przeciwnie – przyjaźnie z tamtych czasów przetrwały do dzisiaj.

Jest Pani osobą szczęśliwą, bo ja widzę zupełnie inny obraz tego środowiska. Zresztą rzeczywistość krakowska w czasach mojej młodości była inna niż ludzi z Pani pokolenia. Wspomina Pani Sławomira Mrożka, tajemniczego pana w długim płaszczu i kapeluszu, ongiś moralistę-emigranta... Ja zaś pamiętam, że w swoim czasie w kręgach tzw. krakowskiej konserwy nazwisko tego pana wymawiano wprost z nienawiścią, pamiętając mu podpisanie zbrodniczego listu wymierzonego przeciwko polskim duchownym... Tak, tak. Stara wielbicielka Stalina, osławiona komunistyczna grafomanka, Szymborska Wisława, czy Jalu Kurek też go podpisali... Nie, zostawmy na boku to polskie środowisko artystów, pełne Quislingów... Proszę mówić przede wszystkim o sobie. Jak rozpoczęła się Pani kariera artystyczna po ukończeniu uczelni?

– Zaraz po studiach wyjechałam do Austrii. Mieszkałam w Wiedniu i codziennie dojeżdżałam do pracy przy konserwacji barokowych i gotyckich fresków. Często przenosiłam się na długie tygodnie w różne rejony Austrii. Z małym zespołem konserwatorów odnawialiśmy malowidła ścienne, zwiedzając malownicze miasteczka w weekendy. Spędziliśmy tam w sumie osiem długich lat na tymi freskami w klasztorach, monasterach, kryptach, letnich rezydencjach biskupów. Taka praktyka nad wysokiej klasy malowidłami była niezwykle potrzebna, żeby się oswoić z tematem – same studia dają tylko pewną podstawę wiedzy.

Po skompletowaniu portfolio wróciłam do Krakowa i wkrótce pojawił się pomysł krótkiego wyjazdu do USA, żeby zobaczyć Nowy Jork.

Skąd się wzięła Ameryka?

– Na początku myślałam, że to przypadek. Po prostu pojechałam z rodziną odwiedzić moją siostrę w Nowym Jorku, która była tam już od dawna. Ale szybko wpadł ciekawy kontrakt konserwatorski, który zapoczątkował kolejne, i znowu wpadłam w kołowrotek prac, z których już nie można było się wyrwać.

Przeniosłam się do Chicago, też w ślad za siostrą. Tutaj już definitywnie zauroczyła mnie Ameryka. Odkryłam dla siebie zupełnie nieoczekiwanie świat dzieł sztuki wykonanych w XIX w. przez wybitnych polskich artystów w kościołach, które kiedyś należały do Polonii. Dzisiaj najczęściej są one już w rękach innych narodowości, ale te kościoły ciągle noszą ślady polskiej obecności, która wydaje mi się niezwykle cenna, warta zadbania i zapamiętania. To są przeważnie wybitne dzieła sztuki, malowidła, ołtarze, które jakimś cudem przetrwały do dzisiaj w niezmienionym stanie. Są one najczęściej w ubogich parafiach meksykańskich. Instytucje te z wielkim trudem znajdują fundusze na podtrzymanie swojego istnienia, zazwyczaj, niestety, nie mogą zdobyć dużych środków na profesjonalne prace konserwatorskie.

Do takich należy na przykład kościół Stanisława Kostki w centrum Chicago, pierwsza polska świątynia, którą na początku XIX w. ufundowała Polonia, najliczniej zamieszkująca ten region Ameryki. Był to niezwykle prężny ośrodek. Ten kościół to perła, która w swoim wnętrzu kryje unikalne witraże, drogi krzyżowe (te udało mi się już odrestaurować) i niezwykłe zupełnie dwa malowidła olejne pędzla Tadeusza Żukotyńskiego, artysty o wielkim talencie. Malowidła są w krytycznym stanie i wymagają natychmiastowej renowacji, niestety, brakuje funduszy.

Z tym tematem wiążą się także moje plany utworzenia fundacji sztuki sakralnej, która ułatwiłaby pozyskiwanie funduszy na rzecz konserwacji unikalnych dzieł związanych z historią polskiej obecności w Ameryce.

Znam kościół św. Stanisława Kostki. Wspominał o nim niezwykle plastycznie z okazji wywiadu dotyczącego Misji Polskiej ks. Andrzej Maślejak, proboszcz parafii św. Trójcy. Bo przecież św. Stanisław i Trójcowo mają wspólną kartę historii. Polonia wybudowała wiele świątyń, także i w naszym stanie, w Wisconsin, choćby kościół św. Józefata w Milwaukee... Ale to już przeszłość.

Tak, to przeszłość. Teraz mamy dziwną sytuację. Te kościoły stoją obok siebie, w odległości 300 metrów; jeden tętni polonijnym życiem wspierany obecnością Polaków przybywających tłumnie na msze, a drugi, kościół Stanisława Kostki, jakby przestał istnieć dla Polonii. Stoi opuszczony, a przecież jego wnętrza kryją magiczną zupełnie przestrzeń, którą zauważa każdy wrażliwy na sztukę. Kilka lat temu kościół chciano zamknąć. Dopiero działania nowego proboszcza Anthony’ego Busa, Amerykanina polskiego pochodzenia, cudem uratowały tę parafię przed likwidacją, zresztą pięknie on o tym pisze w swojej książce. Dzisiaj ten kościół jest w rękach Meksykanów i to oni cieszą oczy tym oryginalnym, prawie 150-letnim, niezmienionym wnętrzem. Ale może to naturalna kolej rzeczy...

– Czy zajmuje się Pani również dziełami sztuki Amerykanów?

– Tak. Miałam ogromną przyjemność pracy nad freskami amerykańskiego artysty Melvilla Steinfelda, który malował używając – znanej w Europie, ale tutaj zupełnie unikalnej – techniki buon fresco (fresku mokrego).

Pani działalność to nie tylko renowacja rzeźb...

– Moja pracownia (The Art Objects Conservation Lab – strona internetowa: www.theartobjects.com) zajmuje się także złoceniami. Złocimy w technikach tradycyjnych, na pulmencie (to specjalny rodzaj glinki, tzw. bolus, używany w technice tradycyjnego złocenia) – szczególnie w przypadku rekonstrukcji oryginalnych złoceń czy srebrzeń na obiektach starych. Ale wykorzystujemy również technologie pozłotnicze ostatnich lat, szczególnie w odniesieniu do dzieł sztuki współczesnej.

Pracuję głównie w kościołach i na uniwersytetach. Tam znajduję cenne obiekty, które wymagają profesjonalnej opieki.

Przyznam się, że zawsze darzyłem większym szacunkiem tzw. „twórców oryginalnych”. Konserwacja wydała mi się „dużo mniejszym artyzmem”, czymś służebnym, wtórnym, już nie sztuką, lecz rzemiosłem. Dlaczego wybrała Pani akurat konserwację?

– Przecież to fascynujące zajęcie, łączące wiele subtelnych umiejętności i cech charakteru! Z jednej strony – talent manualny, z drugiej – ogólną wiedzę humanistyczną z zakresu historii sztuki, chemii, mikrobiologii, technologii i technik stosowanych na przestrzeni dziejów, pozwalającą podejmować właściwe decyzje dotyczące programu konserwacji. Ten zawód wymaga również wielkiej wrażliwości i wyczucia. Niezbędny jest pewien rodzaj pokory, by pokonać chęć zaznaczenia własnej inwencji na rzecz całkowitego podporządkowania się stylowi obiektu. Niezwykła cierpliwość, rodzaj skupienia graniczący z transem, w który wpada konserwator, rozpoczynając czasochłonne prace, niekiedy trwające miesiącami. Przypominam sobie projekty w Austrii. Mieszkaliśmy w małej wiosce górskiej i codziennie przez rok, pokonując tę samą trasę wąską uliczką brukowaną średniowieczną kostką, śledząc mijające pory roku, od rana do wieczora z pędzlem w dłoni spędzaliśmy czas nad gigantycznymi freskami (mam takie śmieszne zdjęcie, na którym stoję pod sklepieniem, z szyją wyciągniętą niewygodnie, punktując jakieś ubytki). Oczywiście, muzyka baroku w tle, posiłki z mnichami, zupełnie odrealniony świat, poza czasem – niezwykłe, niemal kontemplacyjne doświadczenie, które mnie uszczęśliwiało. Sfera sacrum, jakiej siłą rzeczy dotykamy, przebywając wśród sztuki sakralnej, pogłębia wewnętrzną przestrzeń ducha, otwiera na jakieś nowe drogi poznania rzeczywistości...

Można pozazdrościć Pani tych lat. Znam Austrię, pamiętam nie tylko splendor Wiednia, ale i wspaniałe opactwo w Melku nad Dunajem, gdzie znajdowały się takie dzieła sztuki, że zapierało oddech. W jednym wiejskim kościółku w pobliżu Melku pokazywano nam ołtarz dłuta Wita Stwosza... A okolice Melku? Przecież tam można spędzić lata, nie dostrzegając upływu czasu, no i zrozumieć piękno zaszyfrowane w prozie Umberto Eco... Jest Pani jednak w Stanach Zjednoczonych i nie tylko sztuka sakralna Panią zajmuje, jest dużo więcej. Ma Pani na pewno swój ulubiony okres w historii sztuki, swoich ukochanych mistrzów...

– Nie mam jednego ulubionego stylu. Malarstwo artystów młodopolskich niezmiennie zwala mnie z nóg. Miałam okazję zobaczyć kilka lat temu w Krakowie wystawę „Pogrzeb Wyspiańskiego”, na której pokazano również dzieła Juliana Fałata, Olgi Boznańskiej, Leona Wyczółkowskiego, Jacka Malczewskiego. Jeszcze raz wróciłam do tych obrazów z wielką przyjemnością i uświadomiłam sobie, że nie ma drugiej takiej szkoły na świecie, że nieprzemijający geniusz malarski tych artystów ciągle urzeka.

Natomiast mam ulubione dzieła sztuki, które zamykają w sobie definicję mojego świata estetyki. Należą do nich prace artystów niemieckiego ekspresjonizmu (Oskar Kokoschka i Ernst Kirchner), potem modernizm – architektura Ludwiga Miesa van der Rohe; parawany Eileen Green; najczystsze formy surrealizmu, takie jak rzeźby Hansa Arpa; również abstrakcyjne, masywne, a jednocześnie tak subtelne w formie dzieła Henry Moora; melancholijne i mistyczne prace amerykańskiego twórcy Marca Rothko, które swoją ekstremalną prostotą i lekko zbrudzonym kolorem stanowią jakąś kwintesencję kontemplacyjnej ciszy. Jeden z jego obrazów, ostatni, namalowany tuż przed samobójczą śmiercią, wisi w jednym z kościołów, pełniąc rolę ołtarza, co jest w pełni zrozumiałe. Z amerykańskich artystów lubię też bardzo Edwarda Hoopera, odkryłam tu również amerykańskich impresjonistów, zupełnie niesamowitych.

Moi mistrzowie sztuki dawnej mieszkali jednak w Europie. Jestem zafascynowana starymi technikami malowania, zarówno obrazów, jak i polichromii na rzeźbach. Zdecydowanie, z punktu widzenia warsztatu i formy jednocześnie, ekspresji wyrazu osiągniętej przez ascetyczny realizm, piękne rzeczy dzieją się w sztuce, mam tu na myśli szczególnie rzeźby z IX-X wieku wykonane w Niemczech, jeszcze pełne wpływów sztuki bizantyjskiej.

Gotyckie Madonny, gotyckie tryptyki malowane w technice temperowej na drewnianym podłożu niosą także swoją wielkość warsztatową, która wspiera duchowe promieniowanie. Także XIII-wieczne malarstwo włoskie – myślę o Cimabue, Giotto, Duccio, Fra Filippo Lippi – jest mi bardzo bliskie i inspirujące.

Kiedy powstała polska szkoła konserwacji i czy liczy się ona w świecie?

– Polska jest krajem wyjątkowo boleśnie doświadczonym utratą lub zniszczeniem swoich najcenniejszych zabytków. Rozbiory i kolejne wojny były dla polskiej sztuki ogromną katastrofą. Jak wiadomo, w czasach rozbiorów Polska była pozbawiona narodowych instytucji, które mogłyby opiekować się zabytkami. Tę funkcję przejęli arystokraci lub wyjątkowo wrażliwi obywatele, którzy pracując na wyższych uczelniach lub w instytucjach naukowych interesowali się zachowaniem polskich pamiątek narodowych. Na początku XX w. utworzono w Warszawie Towarzystwo Opieki nad Zabytkami, które wykonało dokumentację zabytków architektury, a w 1918 r. utworzono państwowe służby, które wpisywały do narodowego rejestru zabytki historyczne i decydowały o tym, jak je chronić.

Profesor Oskar Sosnowski z Politechniki Warszawskiej wykonał jeszcze przed II wojną światową olbrzymią pracę, inwentaryzując, dokumentując wiele z polskich zabytków. Natomiast po II wojnie światowej rozpoczęła się trwająca dziesiątki lat odbudowa zniszczonej przez Niemców Warszawy i zabytków na terenie całego kraju, zniszczonych przez Rosjan. Obok architektury, rekonstruowanej na podstawie przedwojennych fotografii, badań i studiów historycznych, rozpoczęto konserwację zbiorów, bibliotek, rzeźb i obrazów. Oczywiście pominięto w tym programie konserwację pałaców, dworów szlacheckich, drewnianej zabudowy wsi, kamienic XIX– i XX-wiecznych, które zostały pozbawione właścicieli. Władza ludowa wydała milion zakazów i nakazów, a polityka, krótko mówiąc, zmierzała do zatarcia śladów Polski „burżuazyjnej”. Polityka komunistów pomijała także ochronę zabytków pochodzenia niemieckiego, austriackiego, kościołów katolickich i protestanckich, synagog, cerkwi i meczetów. Tak naprawdę ta sytuacja zmieniła się dopiero po 1990 r.

Na kilku wydziałach konserwacji w Warszawie, Krakowie i Toruniu wykształcono olbrzymią grupę specjalistów, którzy w ramach Pracowni Konserwacji Zabytków odnawiali najcenniejsze zabytki chyba wszędzie na świecie, m,in, w takich państwach jak: Egipt, Wietnam, Kambodża, Algieria, Kuba, Czechy, Francja, Niemcy, Rosja, Estonia i Łotwa. Nie ma wątpliwości, że na całym świecie Polacy jako konserwatorzy słyną z wykształcenia i kunsztu.

Myślę, że w Ameryce brakuje na polu konserwacji komisji, grup specjalistów, którzy czuwaliby nad pracami prowadzonymi w terenie przez konserwatorów. Ci, pozostawieni sami sobie, działają bez odgórnej, fachowej kontroli. Tylko od ich wykształcenia, artystycznej uczciwości i etyki zależy, czy konserwacja pójdzie w dobrym kierunku czy nie.

Z kolei Ameryka daje niezwykłe możliwości badawcze i technologiczne, ale to głównie w pracowniach muzealnych.

Czym jest konserwacja dzieł sztuki, a szczególnie sztuki sakralnej?

– Dzieła sztuki z czasem ulegają zniszczeniom, przekształceniom. Konserwacja, krótko mówiąc, ma przedłużyć czas ich istnienia. Zabiegi konserwatorskie mają przywrócić urodę dzieła sztuki, jego utraconą wartość artystyczną i historyczną. Konserwator musi zaproponować najlepsze dla obiektu rozwiązanie problemu. W pewnym sensie powinien także wziąć na siebie edukację artystyczną właściciela, który jest często nieświadomy tego, co posiada i na czym powinna polegać konserwacja.

Konserwacja każdego zabytkowego przedmiotu jest wspaniałą opowieścią o nim samym, o jego historii, o czasie, w jakim powstał. Konserwacja sztuki sakralnej szczególnie mnie fascynuje, ponieważ to właśnie w wyposażeniu wnętrz kościołów, w ołtarzach, rzeźbiarskich i malarskich dekoracjach kryje się niezwykła opowieść o procesach historycznych dziejących się wokół, stylistycznych zmianach zachodzących w sztuce, w liturgii.

Konserwacja kościołów nie jest rzeczą prostą. We wnętrzach mieszają się style, dawne ołtarze i ambony bywają przerobione, przemalowane, często muszą współistnieć z elementami współczesnej „sztuki religijnej”, czasem ocierającej się o kicz. Konserwator jest więc często rodzajem Anioła Stróża, czuwającego nad spójnością stylistyczną przestrzeni sakralnej, doradzającego w kwestiach estetyki wnętrza, z myślą o wysokim poziomie współczesnego obrazu świątyni. Myślę, że obecność wysokiej klasy sztuki sakralnej jest czymś niezbędnym dla każdego, kto ma jakiś kontakt ze światem transcendencji. Sztuka i metafizyka istnieją bardzo blisko siebie.

Co chciałaby Pani w swojej pracy osiągnąć? A więc: plany, marzenia...

– Marzeniem ciągle niespełnionym jest otwarcie fundacji ochrony dzieł sztuki. Fundacja ta miałaby na celu pokrywanie kosztów konserwacji cennych i pięknych obiektów, głównie sztuki sakralnej, na których renowację ciągle brakuje środków. Jest tych zabytków wiele w Chicago i należy pospieszyć im z pomocą, zanim bezpowrotnie stracą swoje magiczne piękno i przestaną opowiadać naszym dzieciom wielką historię kultury Polonii amerykańskiej.

Drugim marzeniem jest podróż śladem fresków malowanych przez Piero della Francesca, artysty wczesnego Renesansu. Celem będzie Arezzo, gdzie znajduje się większość jego prac.

Tak. Fundacja taka jest nam niezmiernie potrzebna, zwłaszcza że na naszych oczach wzmaga się dewastacja obiektów polskiej kultury. Najlepszym tego przykładem może być Galeria i Archiwa polonijne w Orchard Lake, nad którymi sprawuje opiekę były sprzedawca papierosów z Bielska-Białej, zupełnie nie przygotowany do roli, którą zresztą pozwolono mu pełnić bezmyślnie. Tam giną nawet listy królewskie ze zbiorów I.J. Paderewskiego. Pisała o tym w prasie polonijnej, także i w Kurierze Chicago i Gwieździe Polarnej, Mirosława Kruszewska. Musimy zapewnić przetrwanie naszym zbiorom artystycznym. Akurat spełnienie tego Pani planu leży w interesie nas wszystkich.

Zaś Arezzo jest miejscem, które powinien odwiedzić każdy artysta. Byłem tam kiedyś, pamiętam szczególną aurę tego miasta. Wiem dokładnie, gdzie jest cudowny grobowiec św. Donatusa, wiem, co to tamtejsza XIV-wieczna szkoła sztuki, pamiętam dzieła Cimabue, Pietro Lorenzettiego, znam jego „Madonnę z Aniołami”, znam freski Piero della Francesco. Chciałem tam zostać na zawsze, ale nie wyszło. Chciałem także napisać cykl wierszy pod monumentalne dzieło Maestro Piera pt. „Legenda Prawdziwego Krzyża”. Nie napisałem. Co gorzej, nie powróciłem tam nigdy, do tego cudownego miasta złotników, malarzy, rzeźbiarzy i antykwariuszy.
Jeżeli spełni się Pani marzenie, proszę zwrócić uwagę na prace Andrea di Nerio i Bartolomea della Gratta. Proszę też zajść na medytacje do S. Domenico.
Dziękując za rozmowę życzę, aby jak najszybciej się to wszystko stało i aby ujrzała Pani wspaniałe Arezzo, piękno całej Toskanii, ojczyzny nie tylko cudownych artystów, ale i małego ludzika z drewna, kłamczucha Pinokio. Ostrzegam tylko: proszę pamiętać, że wielu artystów pozostało w Toskanii na zawsze. Mówi się przecież, że nie wypada powracać z Arezzo...