Strona główna / Redaktorskim okiem / Życie po życiu

GP #18, 26 sierpnia 2011 r.

Życie po życiu

Jacek HilgierJedna z popularnych amerykańskich reklam telewizyjnych twierdzi, że „to, co przeżyliśmy w Las Vegas, zostaje w Las Vegas”. Trudno się z tym hasłem nie zgodzić, bowiem wycieczki do jaskini hazardu zazwyczaj wiążą się z uciechami, które powodów do dumy nikomu nie przynoszą. No, chyba, że wygramy tam w ruletkę miliony.

Bardzo dosłownie powyższą sentencję wcielił w życie pochodzący z Chicago Arthur Gerald Jones. Został on uznany za zmarłego 25 lat temu, a właśnie policjanci odnaleźli go w stolicy grzechu. 72-latek miał się bardzo dobrze, miał nową pracę i rodzinę.

Mężczyzna zaginął 11 maja 1979 roku. Już wówczas jego zaginięcie wzbudziło wątpliwości FBI, bowiem podejrzewano, że zostawił on rodzinę i znajomych, by uciec przed gangsterami i wielkimi długami hazardowymi. W tamtym czasie nie zdołano dociec dokładnie, ile pieniędzy i komu był winien, ale o skali jego nadprogramowych wydatków może świadczyć fakt, że tylko w czasie jednego meczu koszykówki Jones stracił ponad 30 tys. dolarów. Niedługo potem zdesperowany bezrobotny zniknął, ale okazało się, że sprytnie postanowił rozpocząć nowe życie.

Siedem lat poszukiwań nie przyniosło żadnego rezultatu, więc czterdziestoparoletni wówczas Jones został oficjalnie uznany za zmarłego. Pozostawiony przez niego jego dzieciom i żonie fundusz z Social Security wypłacił im 47 tys. dolarów.

I o to właśnie pragnącemu zniknąć na zawsze Jonesowi chodziło, a on sam radził sobie całkiem nieźle. Jeszcze przed zniknięciem za 800 dolarów kupił sobie fałszywą kartę Social Security, prawo jazdy i świadectwo urodzenia. Z takimi dokumentami – najpierw jako Richard Lage – przeniósł się na Florydę, stamtąd do Kalifornii, po czym osiedlił się na stałe w Las Vegas.

W stolicy hazardu jako Joseph Richard Sandelli rozpoczął kompletnie nowe życie. Kupił dom i szybko znalazł dobrze płatną pracę. Przez blisko dziesięć lat pracował jako księgowy w jednym z luksusowych kasyn. Sielanka nie trwała jednak wiecznie. Policjanci trafili na jego ślad po tym, jak zaczęły napływać sygnały, że jego karta Social Security budzi podejrzenia co do jej autentyczności. W końcu starszy już dzisiaj pan został odnaleziony i aresztowany. Postawiono mu zarzut oszustwa i kradzieży tożsamości.

Według stróżów prawa, chociaż niezwykle rzadko zdarza się aresztowanie kogoś oficjalnie uznanego za zmarłego, to obecnie odnalezienie osoby posługującej się od lat falszywą tożsamością wcale nie jest takie rzadkie. Przed zamachami z 11 września wiele stanów nie miało restrykcyjnych wymogów wyrabiania prawa jazdy. Posługiwanie się fałszywymi danymi osobistymi ułatwiał też brak elektronicznych baz danych. Dzisiaj urzędników nie jest już tak łatwo oszukać. Nawet przy zwykłym przedłużeniu ważności prawa jazdy właściwy urząd komunikacji sprawdza nasz numer Social Security. Coś na ten temat może powiedzieć na pewno wielu nielegalnych imigrantów szukających pracy i pobytu w USA. Ale to już temat na inny felieton.

Jacek Hilgier
pointpub@sbcglobal.net