Strona główna / Redaktorskim okiem / Pościg za higienistką

GP 22, 19 października 2013 r.

Pościg za higienistką

Jacek HilgierNa przestrzeni kilku ostatnich tygodni, w Waszyngtonie, stolicy Stanów Zjednoczonych, rozegrały się sceny, którymi można obdzielić co najmniej kilka horrorów. O strzelaninie wywołanej w dowództwie Marynarki Wojennej przez niezrównoważonego i uzbrojonego napastnika informowaliśmy już wcześniej. Nie zdążyły jeszcze na dobre umilknąć echa tamtego wydarzenia, a w okolicach Białego Domu i Kongresu USA doszło do kolejnej tragedii, która nie wystawia najlepszego świadectwa służbom odpowiedzialnym za utrzymanie porządku i bezpieczeństwa w amerykańskiej stolicy.

W czwartkowe przedpołudnie 3 października, kiedy przed Białym Domem roiło się jak zwykle od turystów i urzędników udających się na lunch, na ulicy dojazdowej pojawiło się sportowe czarne infiniti, którego kierowca na pełnej szybkości usiłował staranować bariery zabezpieczające wjazd do siedziby prezydenta. Próba ta na szczęście nie powiodła się, samochód zdołał jednak zawrócić i z piskiem opon odjechał w stronę Kongresu USA. Zaalarmowana policja i ochrona prezydenckich budynków ruszyła w pościg ulicami miasta. W pobliżu Kapitolu oddano strzały za uciekającym pojazdem. Okazały się one nieskuteczne, tak samo jak próby zatrzymania pojazdu. Mało tego, w czasie pościgu infiniti staranowało jeden z radiowozów, potrącony został też jeden z policjantów usiłujący interweniować. W pewnym momencie wydawało się, że policjanci zdołają obezwładnić kierowcę samochodu, który został przez nich otoczony. Ale i tym razem, mimo oddawanych strzałów, auto wymknęło się z pułapki. W końcu jednak samochód został skutecznie zablokowany, a za usiłującym uciekać kierowcą oddano, jak się później okazało, śmiertelne strzały.

Świadkowie tych scen wyobrażali sobie, że za kierownicą znajduje się uzbrojony w materiały wybuchowe terrorysta, który w ten sposób próbował dokonać samobójczego zamachu na Biały Dom. Na szczęście, do takiego dramatu nie doszło. Kierowcą samochodu okazała się 34-letnia Afroamerykanka Miriam Carey, z zawodu higienistka jamy ustnej w jednej z klinik dentystycznych w Connecticut. W aucie znajdowała się także jej półtoraroczna córka.

Tak naprawdę nigdy chyba nie dowiemy się, co pchnęło Carey do takiego zachowania. Postrzelona przez policję, zmarła w chwilę później. Matka kobiety twierdziła, że cierpiała ona na depresję poporodową, była przygnębiona, miała urojenia i wierzyła, że prezydent komunikuje się z nią.

Działania policji okazały się w końcu skuteczne. Czy jednak musiały zakończyć się śmiercią młodej kobiety? Pytań pojawia się więcej, a rodzina szykuje się do skarżenia policji za podjęte środki. Można było przecież przestrzelić najpierw opony uciekającego samochodu, co jest abecadłem policyjnych pościgów. Nie wiadomo także, dlaczego nie próbowano obezwładnić bezbronnej, jak się okazało, kobiety w inny sposób niż strzelając do niej. Szczęściem w nieszczęściu jest fakt, że dziecku siedzącemu w samochodzie nic się nie stało.

Jacek Hilgier
pointpub@sbcglobal.net