Strona główna / Redaktorskim okiem / Bitwa o głosy

GP #23, 3 listopada 2012 r.

Bitwa o głosy

Jacek HilgierOstatnia przed wyborami debata prezydencka w USA za nami. W sumie odbyło się ich cztery, w tym jedna z udziałem kandydatów na wiceprezydentów. Jak zawsze, stawiamy sobie pytanie, kto wypadł w nich lepiej, komu udało się skuteczniej przekonać wyborców do swoich postulatów i programu. Większość komentatorów uważa, że ani obecny prezydent Barack Obama, ani kandydat republikanów Mitt Romney nie uzyskał zdecydowanej przewagi, dystansując w oczach opinii publicznej swego rywala.

Szczególnie w ostatniej debacie, która odbyła się na uniwersytecie w Boca Raton na Florydzie, trudno wskazać zwycięzcę. Była ona poświęcona głównie sprawom międzynarodowym, ale obaj kandydaci często wracali do problemów wewnętrznych nurtujących amerykańską gospodarkę.

Tematy międzynarodowe koncentrowały się przede wszystkim na walce z terroryzmem i konfliktach w krajach arabskich. Kandydaci starali się przedstawić swoją wizję ich rozwiązania, jednak w podsumowaniu wzajemnie zgadzali się ze sobą. Jakby aktywniej na taką taktykę postawił Romney, co wzbudziło nieco zdziwienia wśród jego zwolenników. Liczyli, że bardziej zdecydowanie zaatakuje on rywala, szczególnie w kwestii postawy władz federalnych i podległych im służb w czasie i bezpośrednio po ataku terrorystów na amerykański konsulat w Libii. W tej sprawie administracja Obamy popełniła wiele błędów i gaf, które zdaniem zwolenników Romneya powinien on ponownie mu wytknąć. Obama, tłumacząc się ze swoich kroków podjętych w wyniku ataku na konsulat, stwierdził, że kiedy otrzymał wiadomość, najpierw chciał się upewnić, że zrobiono tam wszystko, co się dało wobec pozostałych tam przy życiu osób i jednocześnie dowiedzieć się, co dokładnie się stało.

Romney kilkakrotnie w trakcie ostatniej debaty telewizyjnej podkreślał, że atakowanie go nie jest sposobem na rozwiązanie problemów na Bliskim Wschodzie. Przekonywał, że w tej chwili to Iran jest najważniejszym zagrożeniem dla bezpieczeństwa narodowego USA. Kandydaci zgadzali się też co do konieczności doprowadzenia do wycofania amerykańskich oddziałów z Afganistanu i przekazania pełnej kontroli nad tym krajem afgańskim władzom i armii.

W trakcie debaty pojawił się temat Chin, który – jak się wydawało – miał dominować obok spraw bliskowschodnich. Obie strony zgodziły się szybko, że Ameryka chce handlować z Chinami, ale kraj ten musi postępować według powszechnie przyjętych zasad.

Romney słusznie zwrócił uwagę, że obok Afganistanu, Iranu i Iraku, również stosunki z Pakistanem wymagają szczególnej uwagi. Uniknął odpowiedzi wprost na pytanie, czy popiera ataki bezzałogowych samolotów na bazy terrorystów w tym kraju, jednak stwierdził, że w żadnym wypadku nie można tam doprowadzić do zmiany ekipy rządzącej.

I tym razem na koniec debaty obaj kandydaci prawie w rodzinnej atmosferze serdecznie się wyściskali i rozeszli do swoich sztabów. W bitwie o głosy szali na swoją korzyść żaden z nich nie przechylił.

Jacek Hilgier
pointpub@sbcglobal.net