GP 23, 14 listopada 2015 r.

Spoza układu

Jacek HilgierKto następny zasiądzie w Białym Domu, dowiemy się dopiero za rok. Jednak już teraz trwa przedwyborcza walka wśród republikanów i demokratów o to, kto zyska partyjną nominację. Jak do tej pory, w prezydenckim wyścigu Partię Republikańską zdominowali ekscentryczni outsiderzy.

Do Donalda Trumpa, miliardera, przedsiębiorcy i showmana w jednej osobie, dołączył w wyborczych sondażach emerytowany neurochirurg i polityczny aktywista Ben Carson. Po odbytych debatach telewizyjnych kandydatów, obaj panowie mają w sondażach prawie takie same notowania, po blisko 26 proc. poparcia republikańskiego elektoratu. Oznacza to, że ponad połowa prawicowych wyborców ma dość dotychczasowych polityków i skłonna by była wybrać kogoś spoza układu. Trump i Carson skumulowali większość głosów elektoratu niezadowolonego z funkcjonowania rządu w Waszyngtonie.

Inni kandydaci, uważani jeszcze niedawno za faworytów, zajmują dalsze miejsca. Niemal pewny na początku nominacji Jeb Bush ma jedynie parę procent poparcia i musiałby się stać chyba cud, by zasiadł w Białym Domu. Nie pomoże chyba nawet poparcie George’a W. Busha, który początkowo nie angażował się po stronie brata, jednak widząc, co się święci, wziął udział w spotkaniach z wyborcami.

Musiałaby się jednak dokonać jakaś prawdziwa wolta, by któryś z obecnych politycznych harcowników wygrał wybory. Od kilkudziesięciu lat mieszkańcy USA nie wybrali na prezydenta nikogo, kto nie miałby wcześniej politycznego doświadczenia. Co prawda do tej pory w obecnej kampanii brak powiązań z Waszyngtonem był zaletą, ale nawet zdobycie przez kogoś niezwiązanego z polityką partyjnej nominacji nie gwarantuje zwycięstwa w ostatecznej walce. Trump ma już ogromny negatywny elektorat, bo zdążył poobrażać całe grupy wyborców – od Latynosów po kobiety. Carson natomiast musiałby stawić czoła rasizmowi.

Na tym wszystkim korzysta faworytka demokratów Hillary Clinton, która w sondażach wygrywa z każdym potencjalnym republikańskim rywalem. Za rok jednak w wyścigu o Biały Dom mogą się liczyć zupełnie inni kandydaci niż ci, o których głośno jest teraz. Sondaże we wczesnej fazie kampanii zwykle nie odzwierciedlają wyników prawyborów w poszczególnych stanach. Nie bez powodu Jeb Bush uważa, że wszystko jest jeszcze możliwe, a za najgroźniejszego swego rywala uważa nie Donalda Trumpa, lecz senatora Marca Rubio.

Jacek Hilgier
pointpub@sbcglobal.net