Strona główna / Redaktorskim okiem / Życie bez adresu

GP #2, 15 stycznia 2011 r.

Życie bez adresu

Jacek HilgierByły rzecznik prasowy rządu PRL Jerzy Urban mógł uchodzić za wizjonera, kiedy to swoją słynną akcją zbierania pieniędzy na śpiwory i ubrania dla biednych Amerykanów wprawił w osłupienie Polaków borykających się wówczas z gehenną stanu wojennego.

Od tamtych wydarzeń upłynęło wiele lat, nie ma już PRL, Jerzy Urban spędza czas na dostatniej emeryturze, ale jego szokujący wtedy pomysł do dziś ma pewne podstawy. Bezdomni w Ameryce zawsze byli i nadal są – o czym szczególnie dobrze wiedzą mieszkańcy wielkich miast spotykający ich każdego dnia w metrze, parkach, na dworcach autobusowych. Oblicza się, że ponad półtora miliona ludzi w USA nie ma dachu nad głową. W Los Angeles jedna na 154 osób jest bezdomna, w Filadelfii – 1 na 516, a w Nowym Jorku – 1 na 2986.

Przyczyny takiego stanu rzeczy są różne. Od utraty pracy poprzez chroniczne kłopoty ze zdrowiem, po nadużywanie alkoholu, narkotyków itp. Szeregi bezdomnych zasilają również ludzie, którzy są wypisywani ze szpitali albo wychodzą z więzień lub wojska i nie mają się gdzie podziać. Częste są również przypadki bezdomności z wyboru, kiedy ludzie wcześniej posiadający pracę, dom, rodzinę, nagle wszystko rzucają, wybierając życie na ulicy.

Właśnie okres świąt i zima to czas, kiedy zapełniają się nimi miejskie przytułki i schroniska. Trafiają tam przede wszystkim mężczyźni, choć wśród kobiet i dzieci również ten problem istnieje, szacuje się nawet, że mogą one stanowić ok. 35% bezdomnych.

Osobom takim próbują przyjść z pomocą władze miejskie, choć w dobie kryzysu budżety na ten cel są ograniczone. Sami bezdomni również nie zawsze chętnie korzystają z możliwości zamieszkania w przytułkach. Obawiają się głównie o własne bezpieczeństwo lub o utratę resztek swego dobytku. Wolą więc życie na przystankach i w wagonach metra, nie zważając na ryzyko zamarznięcia zimą lub wycieńczenia z gorąca latem.

Wśród Amerykanów nie brakuje osób starających się pomóc w potrzebie, oferujących odzież, jedzenie lub kilka dolarów do papierowego kubka. Każda pomoc ma jednak swoje granice. I tak plany budowy nowych przytułków spotykają się często z protestami mieszkańców dzielnic, gdzie mają one być sytuowane. Ludzie obawiają się, że do nowych schronisk ściągną kolejni nieszczęśnicy, a wraz z nimi wzrośnie przestępczość, handel narkotykami, alkoholizm. Współczucie ma swoje granice, pamiętajmy jednak, że dla potrzebujących pomocy każdy, nawet najdrobniejszy gest dobrej woli liczy się podwójnie.

Jacek Hilgier
pointpub@sbcglobal.net