Strona główna / Redaktorskim okiem / Obama to nie Charlie

GP 2, 24 stycznia 2015 r.

Obama to nie Charlie

Jacek HilgierWydarzenia z ostatnich dni w Paryżu nie schodziły z czołówek prasy i przykuły uwagę całego świata. W skoordynowanych działaniach uzbrojonych po zęby i wyszkolonych islamskich terrorystów najpierw śmierć poniosła prawie cała redakcja satyrycznego pisma Charlie Hebdo, a dwa dni później w napadzie na delikatesy spożywcze zginęło czterech zakładników. Zakrojone na szeroką skalę działania francuskich sił bezpieczeństwa doprowadziły w końcu do unicestwienia napastników, jednak zagrożenie nie minęło, a świat trwa w szoku.

W tej sytuacji zdziwienie mogą budzić postawa i wypowiedzi prezydenta Obamy na wieść o zamachach w Paryżu. W jednym z pierwszych komentarzy prezydent USA stwierdził ni mniej ni więcej, że francuska policja na pewno poradzi sobie z działaniami i przykładnie ukaże kilku nieznanych osobników odpowiedzialnych za zamachy. Od samego początku wiadomo było, że tych „kilku osobników” to wcześniej przeszkoleni i zwerbowani członkowie islamskiej siatki terrorystycznej. Te „uśpione wilki”, jak popularnie ich się nazywa, najpierw przedostają się z Europy do krajów arabskich, gdzie odbywają szkolenia w treningowych obozach. Następnie wracają do krajów swego pochodzenia, gdzie czekają na sygnał przeprowadzenia akcji takich jak ostatnio w Paryżu. Obozy takie działają na Bliskim i Dalekim Wschodzie, w Afryce, a ile tysięcy wyszkolonych i uśpionych terrorystów czyha obecnie w Europie, ale i z pewnością w USA, tego dokładnie nikt nie wie.

Słowa prezydenta Obamy o kilku napastnikach, kiedy trzeba było przyznać się i zadeklarować udział w totalnej wojnie ze światowym terroryzmem, zabrzmiały co najmniej dziwnie. Dziwne było również działanie, a właściwie brak działania w kolejnym wielce symbolicznym przedsięwzięciu. Wśród ok. 50 zagranicznych przywódców z całego świata, którzy po zamachach uczestniczyli w Paryżu w „marszu republiki” przeciwko terroryzmowi, nie było prezydenta USA. Nie było także wiceprezydenta, rząd USA reprezentowała tam ambasador USA we Francji.

Spotkało się to z ostrą krytyką prawie wszystkich mediów w USA, o Europie nie wspominając. W komentarzach pobrzmiewał ton, że zaniechaniem swym prezydent Obama moralnie ustąpił z pozycji przywódcy wolnego świata. Nieco mniej ostre opinie głosiły, że Białemu Domowi przydarzył się poważny błąd. Do tego błędu przyznał się zresztą rzecznik prasowy Białego Domu, twierdząc, że nieobecność prezydenta była niefortunna. Jedynym logicznym wytłumaczeniem może być fakt, że od decyzji o organizacji marszu do jego przeprowadzenia było bardzo mało czasu. Jednak akurat wtedy w Paryżu przebywał już prokurator generalny USA Eric Holder, ale na „marsz republiki” również nie poszedł. Mamy nadzieję, że Stany Zjednoczone w swoich zakulisowych działaniach odpowiednich służb bezpieczeństwa skutecznie nadal będą prowadzić wojnę ze światowym terroryzmem i dzielić się doświadczeniami ze swoimi sojusznikami, w tym Polską.

Jacek Hilgier
pointpub@sbcglobal.net