Strona główna / Redaktorskim okiem / Powtórka z Titanica

GP #3, 28 stycznia 2012 r.

Powtórka z Titanica

Jacek HilgierRejsy statkami wycieczkowymi po egzotycznych morzach cieszą; to jedna z ulubionych form wypoczynku, również wśród polskich i polonijnych turystów. Takie wczasy, przynajmniej w założeniu, zawierają w sobie wiele atrakcji. Wycieczkowce to w zasadzie nic innego jak ogromne pływające hotele, z dobrą kuchnią, codziennymi dancingami, kasynem, sklepami wolnocłowymi, miłą i gotową na wszystko obsługą. Na dodatek, z wody i z lądu można podziwiać zapierające dech widoki.

I właśnie chęć przybliżenia takich widoków uczestnikom rejsu włoskiego wycieczkowca stała się przyczyną morskiej katastrofy, przyrównywanej zagładzie Titanica. Włoski wycieczkowiec Concordia, odbywający rejs po Morzu Śródziemnym z ponad 4 tysiącami ludzi na pokładzie, tak bardzo zbliżył się do jednej z włoskich wysepek, że doprowadziło to do zderzenia z podwodnymi skałami. Podobnie jak dla Titanica, zderzenie okazało się zabójcze. Statek przewrócił się, szybko nabrał wody, a w jego wnętrzu zostało uwięzionych tysiące turystów. Potwierdzono śmierć 11 osób, 20 nadal uważa się za zaginione. Nadal nikt nie ma jeszcze pomysłu na usunięcie wraku statku, a zgromadzone w nim paliwo zagraża malowniczym plażom Toskanii.

Morskie katastrofy zdarzają się mimo wszelkich zabezpieczeń i technice, w jaką zaopatrzone są współczesne statki. Jednak w tym przypadku najtragiczniejsze jest to, że można jej było zapobiec, a pełną winę ponosi za nią kapitan jednostki. W świetle faktów, które szybko wyszły na jaw, człowiek ten nie powinien dowodzić nawet kutrem rybackim, nie mówiąc już o pływającym wieżowcu z kilkoma tysiącami ludzi na pokładzie.

Do katastrofy doszło w momencie, kiedy na rozkaz włoskiego kapitana statek podpłynął bardzo blisko do jednej z licznych w tamtym rejonie wysepek. Podobno kapitan chciał pokazać z bliska turystom pięknie oświetloną wyspę, jak również syreną pozdrowić jej mieszkańców. Takie praktyki są czasem w tamtym rejonie stosowane, jednak latem – przy dobrej widoczności i w bezpiecznej odległości. Tym razem te wszystkie zasady zostały złamane. Statek nie zważając na podwodne skały podpłynął na kilkadziesiąt – dosłownie! – metrów do brzegu wyspy. Skutek tego szaleńczego manewru mógł być tylko jeden. Statek uderzył o skałę, po czym przez dziurę w burcie wdarła się woda. Po krótkim czasie Concordia leżała na dnie.

Jakby tego było mało, złamana została jeszcze jedna morska reguła, że w momencie katastrofy kapitan schodzi z mostka ostatni. W tym przypadku, nie dość, że nie kierował on akcją ratunkową, to zszedł z zatopionego jednostki jako jeden z pierwszych i na brzegu taksówką odjechał do pobliskiego miasteczka.

Na szczęście, został szybko odnaleziony i osadzony w areszcie. Grozi mu teraz długoletnie więzienie, w którym – jest nadzieja – się znajdzie. Życia ofiarom i poniesionych szkód to nie wróci, powinno być jednak przestrogą dla innych, którzy przez głupotę i bezmyślność lekceważą swoje obowiązki.

Jacek Hilgier
pointpub@sbcglobal.net