GP #7, 27 marca 2010 r.

Policzmy się

Jacek HilgierJuż wkrótce w naszych skrzynkach pocztowych znajdziemy kopertę z US Census Bureau (Biura Spisu Ludności USA), a w niej formularz spisu powszechnego ludności. Warto poświęcić wtedy 10 minut na jego wypełnienie, bo – jak wyliczono – tyle mniej więcej potrzeba czasu, by odpowiedzieć na zawarte w nim pytania. A odpowiedzieć na nie warto, o czym przekonują zarówno urzędnicy z biura spisu, jak również przywódcy Polonii, którzy zachęcają Polonusów do wypełniania i odsyłania formularzy.

Biuro spisowe wysyła pocztą ponad 120 milionów formularzy. Ich analiza to nie jakaś biurokratyczna fanaberia, bowiem wyniki spisu służą później do rozdysponowania mandatów w Kongresie oraz pomocy federalnej dla poszczególnych grup etnicznych i stanów w wysokości ponad $400 mld. Jest więc o co walczyć i o co zabiegać. Tym bardziej że my Polonusi jakoś nie możemy pokazać i udowodnić, że jesteśmy znaczącą i liczną grupą etniczną w Ameryce. Kongres Polonii Amerykańskiej, politycy, prasa polonijna wzywają więc Polaków i Amerykanów polskiego pochodzenia do udziału w spisie. Zwraca się przy tym uwagę, że w odróżnieniu od spisu sprzed 10 lat, w tym roku Biuro Spisu wysyła tylko tzw. skrócony formularz, w którym nie ma m.in. pytania o pochodzenie etniczne.

Takie rozwiązanie jest porażką starań polityków polskiego pochodzenia, którzy już wcześniej zabiegali o to, by pytanie takie znalazło się w treści planowanych na przyszłość formularzy spisowych. Postulat ten nie został jednak uwzględniony. W związku z tym Kongres Polonii Amerykańskiej zaapelował do Polaków, aby zaznaczali swoje pochodzenie etniczne w rubryce „rasa”, która znajduje się w formularzu skróconym.

„Jest to niestety jedyny sposób, żeby nasza społeczność poinformowała o swojej obecności” – napisały władze KPA w okólniku do swoich członków.

Liczebność danej grupy etnicznej zwiększa zwykle w USA jej polityczną siłę przebicia, a z tym u nas nie najlepiej. Lubimy na każdym kroku chwalić się jak to nas dużo w Ameryce, że w Chicago mieszka nas jeśli nie więcej, to przynajmniej tyle samo co w Warszawie, jednak z tych deklaracji nic nie wynika. Wystarczy poszukać polskich nazwisk wśród liczących się na arenie politycznej kongresmenów, wśród urzędników miejskiego ratusza w Chicago, by dać sobie odpowiedź, że tak na dobrą sprawę nikt o naszej obecności tam nie wie. A stare przysłowie słusznie mówi, że nie obecni nie mają racji.

O tym, że tak jest, przekonać się możemy chociażby na podstawie listu z Biura Spisu Ludności. Informacje na temat spisu podane są tam w wielu językach świata. Niestety, brak wśród nich polskiego.

Jacek Hilgier
pointpub@sbcglobal.net