Strona główna / Redaktorskim okiem / Miejsce przeklęte

GP #9, 24 kwietnia 2010 r.

Miejsce przeklęte

Jacek HilgierGdy w sobotni poranek, 10 kwietnia br., dotarła do mnie wiadomość o tragedii pod Smoleńskiem, początkowo nie mogłem uwierzyć w to, co się stało. Bo też i rozmiar tego zdarzenia był ogromny i wyjątkowy. Przecież w jednej chwili Polska straciła swego urzędującego prezydenta, jego małżonkę, członków obu izb parlamentu, wysokich rangą wojskowych, przedstawicieli duchowieństwa, świata kultury i nauki. W jednej chwili odszedł elitarny zastęp przedstawicieli życia społecznego i politycznego naszej Ojczyzny.

Tragicznym zrządzeniem losu stało się to w miejscu, gdzie przed 70 laty również wyrwano z grona żywych przedstawicieli ówczesnej elity, inteligencji, która kształtowała obraz II Rzeczypospolitej. Właśnie im polska delegacja jechała oddać swój hołd. Hołd ten należał im się nie tylko z powodu rozmiarów tamtej tragedii, ale również sposobu jej dokonania – zaplanowanego, precyzyjnego, ustalonego na najwyższych szczeblach ówczesnej sowieckiej władzy.

Niestety, w tym momencie naszej – polskiej – historii pojawia się pytanie, w jakiej mierze jest potrzebne i czy w ogóle jest możliwe pojednanie między Polakami a Rosjanami? I jest to pytanie jak najbardziej na miejscu i uzasadnione. Jednak udzielając sobie na nie odpowiedzi, musimy podchodzic do tego z rozwagą, patrząc zarówno w bolesną przeszłość, jak i w przyszłość. Tak właśnie, jak wynikało z przemówienia prezydenta Kaczyńskiego, którego już w Katyniu nie zdążył wygłosić: „Katyń stał się bolesną raną polskiej historii, ale także na długie dziesięciolecia zatruł relacje między Polakami i Rosjanami. Sprawmy, by katyńska rana mogła się wreszcie w pełni zagoić i zabliźnić.”

Rozpamiętując i analizując każdego dnia to, co się stało, zadajemy sobie oczywiście pytanie, jak i czy musiało do tej tragedii dojść. Wiadomo, że lot odbywał się w trudnych warunkach atmosferycznych, które dodatkowo pogorszyły się tuż przed lądowaniem prezydenckiego samolotu. Nad lotniskiem zalegała wtedy bardzo gęsta mgła, znacznie utrudniająca widoczność. Na dodatek lotnisko w Smoleńsku nie ma urządzeń nawigacyjnych pozwalających bezpiecznie lądować w takich warunkach. Biorąc to wszystko pod uwagę, obsługa naziemna sugerowała pilotowi zmianę miejsca lądowania. Niestety, z niewiadomych w tej chwili przyczyn nie podjął takiej decyzji. Kilkukrotna próba lądowania zakończyła się tragicznie...

Również zadawaliśmy sobie pytanie, dlaczego i czy tak musiało być, aby w jednym samolocie znalazło się na raz tyle ważnych – w wielu przypadkach niezastąpionych – dla państwa osób. I na to pytanie nie ma właściwie trafnej i jednoznacznej odpowiedzi. Poza tym, że zdaniem znawców protokołu i dyplomatycznych procedur, nie doszło w tej materii do złamania przepisów. Jedno jest pewne. Dla każdego z członków prezydenckiej delegacji wyjazd ten był honorowym wyróżnieniem. Polecieli oddać hołd ofiarom Katynia – w hołdzie tym złożyli własne życie.

Jacek Hilgier
pointpub@sbcglobal.net