Strona główna / Prosto z Polski / Budyń czy płomień?

GP #13, 27 czerwca 2015 r.

Budyń czy płomień? Jakim prezydentem będzie Andrzej Duda?

KRZYSZTOF GĘDŁEK

Przed Andrzejem Dudą stoi wielkie wyzwanie. Czy okaże się on prezydentem radykalnie zamieniającym chaotycznie skleconą III RP, czy raczej wygodnym urzędnikiem, zatroskanym o prolongatę pięcioletniej kadencji?

Prezydent Andrzej Duda to wielka zagadka. Złożywszy bowiem daninę demokratycznym rytuałom dał się poznać w trakcie kampanii jako postpolityczny showman. Miotał się pytany o in vitro deklarując zrazu potrzebę kompromisu, a w końcu – już w trakcie debaty – wyraźnie opowiadając się po stronie obrony życia. Nie potrafił też określić co tak naprawdę rozumie poprzez hasło „dobrej zmiany”. Czy faktycznie chce zburzyć kompromis ekonomiczno-polityczny zbudowany przy Okrągłym Stole i kontynuowany właściwie zgodnie przez wszystkie kolejne rządy, czy też chce zostać jedynie wewnątrzplemiennym buntownikiem obalającym słabe rządy więdnącej Platformy Obywatelskiej? Rozpoczynająca się prezydentura Dudy dla wielu konserwatystów jest więc z jednej strony prezydenturą nadziei, z drugiej zaś obrasta szeregiem wątpliwości.

Czas rewolty

Duda obejmuje urząd w czasach niezwykle trudnych, wymagających silnego przywództwa, umiejętności nie tylko zdecydowanego artykułowania często niepopularnych politycznych celów, ale również ich zdecydowanej realizacji. Czas Dudy przypada bowiem na okres istotnych przewartościowań, dokonujących się wyraźnie w tych krajach europejskich, które przed laty rzuciły się na głębokie wody projektu o nazwie Unia Europejska w nadziei, że wyznaczony przez Niemcy i Francję kierunek rozwoju tego tworu politycznego pozwoli na szybki rozwój ekonomiczny i „awans do klubu zamożnych państw”. Patrząc na dzisiejszą Grecję czy Hiszpanię widzimy jednak wyraźnie, jak bardzo owa nadzieja była płonna, a awans – iluzoryczny. Elity Trzeciej Rzeczpospolitej jednak, jak gdyby niepomne przemierzonej przez te kraje drogi, mamią Polaków nieustannie potrzebą przystąpienia do strefy euro oraz do pochodu rewolucji światopoglądowej, które mają nam zapewnić rzekomy „skok cywilizacyjny”.

Tymczasem droga Greków i Hiszpanów pokazuje, że marsz głównym unijnym nurtem prowadzi do tragedii, drenażu gospodarki i w końcu wściekłości szalejących obywateli, żądających przede wszystkim głów tych, przez których szczuplejsze stały się ich portfele, a rozbudzona nadzieja na dostatnie życie pogrzebana w gruzach ekonomicznej zapaści. Zemsta pokrzywdzonych – nazywanych z naiwną ciekawością przez lewicową socjetę „prekariuszami” – zarówno w Grecji, jak i Hiszpanii dokonać się ma pod sztandarem z wydrukowanym sierpem i młotem, czyli symbolem nienawiści i pogardy dla człowieka, stanowiącym radykalne zaprzeczenie najwznioślejszego symbolu miłości stanowiącego fundamenty europejskiej cywilizacji – krzyża.

Prezydentura Dudy przypadnie więc na okres niezwykle burzliwy w dziejach Europy, stopniowo pozbywającej się wartości, chętnej uciekać jak najdalej od wskazań dekalogu i poszukującej nadziei w ateistycznych i niezwykle niebezpiecznych ideologiach. Czy nowy prezydent będzie potrafił powstrzymać ów trend? Czy jest gotowy stanowić tamę dla licznych postulatów liberalizacji obyczajowej w Polsce, a równocześnie rozbicia gospodarczego i politycznego status quo III RP, opierającego się na unijnych regulacjach i – absolutnie nie charytatywnym przecież – wsparciu finansowym międzynarodowych instytucji? Jest wszakże swoistym paradoksem, iż postkomunistyczne prawo w Polsce cywilizowały unijne kryteria konwergencji, zaś zasadnicze zręby polskiej gospodarki powstały przy wielkim udziale i naciskach Międzynarodowego Funduszu Walutowego czy tzw. Klubu Paryskiego.

Budyń czy reformator?

Duda, by stawić czoła czekającym go wyzwaniom, musi wykazać się wielkim hartem ducha, godnym męża stanu, o którego woła od lat tak wielu krytyków współczesnej Polski. Tutaj jednak znów rodzą się pytania czy nierzucający się dotąd w oczy polityk, którego prezydentura miała swój początek w głowie Jarosława Kaczyńskiego, faktycznie będzie zdolny do podjęcia zasadniczych wyzwań? Warto przy tym dodać, że w nieco kąśliwej ksywce „Budyń” jaką obdarzono Andrzeja Dudę jest ponoć trochę prawdy. Ten bowiem prywatnie jest ponoć serdecznym, miłym, grzecznym i inteligentnym człowiekiem, ale też wyjątkowo miękkim w obejściu, lubiącym przytakiwać, unikającym konfrontacji. Choć nie ukrywa przy tym antyaborcyjnych poglądów, czy – szerzej – katolickich przekonań. Jeśli te są w nim naprawdę głęboko zakorzenione, to niewykluczone, że okaże się dość silny do tego, by wybić nasz kraj z szaleńczego pędu ku głębszej integracji z upadającą Europą.

Pozostaje jeszcze pytanie o charakter zmian, które mógłby wprowadzić nowy prezydent. Niezbędne we wcielaniu ich w życie jest bowiem zaplecze polityczne. A to nie wydaje się dobrym partnerem na sojusznika „polityki zmiany”. Wystarczy przypomnieć tylko miałkość rządów PiS w latach 2005-2007, gdy – poza niemrawymi działaniami antykorupcyjnym obliczonymi głównie na sukces propagandowy – niewiele tak naprawdę uczyniono, choć ówcześni liderzy ugrupowania Jarosława Kaczyńskiego zapowiadali głęboką sanację przeżartego gangsterskimi układami państwa.

Trudno powiedzieć, czy Duda jest świadomy jak wiele od niego zależy. Może on bowiem zaaplikować Polsce istotny impuls prorozwojowy, stać się motorem głębokich zmian, za które przypuszczalnie przyjdzie mu w końcu zapłacić wysoką polityczną cenę w niewdzięcznej i pozbawionej reguł grze, jaką jest demokracja. Ale może też pójść prostą drogą swojego poprzednika – zaprzedać duszę diabłu, czyli smętnemu status quo elit III RP i zostać w związki z tym zapamiętanym głównie z miałkości oraz bezczynności. Przed Andrzejem Dudą wielkie wyzwanie, znacznie poważniejsze niż strzeżenie żyrandola. Jak zda czekający go egzamin? W ciągu najbliższych kilku miesięcy przekonamy się czy „ciepłą wodę w kranie” zastąpił ciepły… budyń czy też płomień realnej zmiany, gotowy wypalić obecny chaos, by zastąpić go wreszcie kojącym ładem.