Strona główna / Prosto z Polski / Jarosław Ziętara, czyli słów kilka o wolności słowa

GP #14, 2 lipca 2011 r.

Jarosław Ziętara,
czyli słów kilka o wolności słowa

BARTŁOMIEJ MOSTEK

Jednym z fundamentów, na którym zbudowano Stany Zjednoczone, jest zagwarantowana konstytucyjnie wolność słowa. Od dwudziestu dwóch lat w Polsce również możemy się cieszyć tym przywilejem. Przywilejem, którego czasem wręcz nadużywamy. Ja, na przykład, jestem od lat blogerem. Nie kontrolują mnie redaktorzy naczelni, korektorzy. Piszę o tym, co mnie interesuje i właściwie to, co mi się podoba. Nie jestem zależny od kapitału, od którego uzależniona jest większość tradycyjnych gazet. Wystarczy mi komputer z dostępem do Internetu, dobre chęci i wena. Resztę weryfikują czytelnicy.

Dzięki temu, że urodziłem się w roku 1979, nie musiałem walczyć o wolność słowa. Inni zrobili to za mnie. Często, co trzeba sobie jasno powiedzieć, ponosząc ofiary. Nie tylko w latach PRL zresztą. Dla mnie osobiście jedną z tych osób jest Jarosław Ziętara.

Był rok 1992, początek transformacji ustrojowej w Polsce. Jarosław Ziętara był dziennikarzem Gazety Poznańskiej. Miał dopiero 24 lata. Specjalizował się w pisaniu o aferach gospodarczych. Dziś nazwanoby go „dziennikarzem śledczym”. Pierwszego września 1992 r. mężczyzna wyszedł do pracy i ślad po nim zaginął. Co ciekawe, na ten dzień miał on zaplanowany służbowy wyjazd wraz z redakcyjnym kolegą. O tym, że wyjazd nie dojdzie do skutku (służbowe auto było potrzebne komu innemu), dowiedział się dzień-dwa wcześniej.

Organy ścigania nie przejęły się zbytnio sprawą zaginionego dziennikarza. Postępowanie w tej sprawie podjęła jednostka policji najniższego szczebla. Przyjęto wersję, że Ziętara wyjechał gdzieś, bo postanowił zmienić swoje życie, lub popełnił samobójstwo. W taki wariant nie wierzyli jednak koledzy z redakcji i rodzice dziennikarza. Ci pierwsi podjęli własne śledztwo, mające wyjaśnić prawdziwe okoliczności zaginięcia kolegi, ojciec zaś podjął samotną walkę z wymiarem sprawiedliwości.

Z ustaleń dziennikarzy wynikało, że Ziętara chciał opublikować tekst, który godził w czyjeś przestępcze interesy. Dlatego został uprowadzony i zamordowany. Pozostawało pytanie, kto stał za tą zbrodnią? W mediach z tego okresu pojawiały się sugestie, że ze sprawą mogą mieć związek oficerowie ówczesnych służb specjalnych – Urzędu Ochrony Państwa (takiej treści anonim wpłynął do jednej z gazet) oraz że redaktor Ziętara w dniu zaginięcia wsiadł pod swoim domem do policyjnego radiowozu.

Co ciekawe, oficjalne śledztwo w sprawie zaginięcia Jarosława Ziętary prokuratura wszczęła dopiero rok od jego zaginięcia. Od razu zresztą pojawiły się sugestie, że zostanie ono szybko umorzone. W wyniku uporu ojca zaginionego redaktora w 1994 r., na polecenie Ministra Spraw Wewnętrznych Andrzeja Milczanowskiego, w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Poznaniu (odpowiednik policji stanowej w USA) powołano grupę operacyjną do wyjaśnienia sprawy zaginięcia dziennikarza. Grupa składająca się z pięciu policjantów pracowała do roku 1995, jednak śledztwo koniec końców umorzono.

W roku 1998, jak wynika z relacji prasowych, w sprawie zaginięcia Jarosława Ziętary pojawiły się nowe fakty. Prokuratura Okręgowa w Poznaniu (odpowiednik prokuratury stanowej w USA) ustaliła, że dziennikarz został uprowadzony i zamordowany na zlecenie. Śledczy poznali nazwisko sprawcy oraz prawdopodobne miejsce ukrycia zwłok. Zabójcą okazał się były współpracownik poznańskiego biznesmena (w latach 90. sponsora wielkopolskiej policji). Zwłok poszukiwano intensywnie w podpoznańskiej miejscowości. Niestety, mimo tych informacji nie odnaleziono ciała dziennikarza, ani nie postawiono nikomu zarzutów. Z informacji, które w roku 2011 uzyskał Głos Wielkopolski wynika, że ktoś z organów ścigania ostrzegł sprawców o działaniach prokuratury, ci zaś zatarli ślady zbrodni (być może przenieśli też zwłoki w inne miejsce).

Właściwie od tego czasu w sprawie zmieniło się niewiele. Kolejni politycy obiecują zająć się sprawą zaginionego redaktora, a potem zapominają o swych słowach. Grupa dziennikarzy z Wielkopolski niestrudzenie dąży do wyjaśnienia sprawy (pisząc ten tekst opierałem się na artykułach jednego z nich – Krzysztofa M. Kaźmierczaka z Głosu Wielkopolskiego). Rodzice Jarosława Ziętary zmarli nie doczekawszy wyjaśnienia sprawy zaginięcia syna. On sam ma tylko symboliczny grób na cmentarzu w rodzinnej Bydgoszczy.

Dla mnie Jarosław Ziętara jest ofiarą w wojnie o prawdę. Człowiekiem, który zginął, bo chciał ją głosić. Zginął za wolność słowa. Co najgorsze, sprawcy i zleceniodawcy jego śmierci pozostają wolni. Można odnieść wrażenie, że ochrania ich jakaś niewidzialna siła. Siła, która wtedy, w roku 1992, zakneblowała usta dziennikarza, a potem w roku 1998 storpedowała śledztwo prokuratury.

Piszę ten tekst, bo wierzę, że trzeba dążyć do prawdy – w tym wypadku do wyjaśnienia sprawy zaginięcia tego dziennikarza. Trzeba przypominać o Ziętarze politykom, by wiedzieli, że nadal czekamy na prawdę. Wierzę bowiem, że wolność słowa i prawda powinny być fundamentem istnienia Polski, tak jak są podstawą ustroju USA.