Strona główna / Prosto z Polski / Komorowski wygrał wybory, PO straciła alibi

GP #15, 17 lipca 2010 r.

Komorowski wygrał wybory,
PO straciła alibi

ROBERT STRYBEL

Od początku do końca tegoroczna kampania i wybory prezydenckie, które ostatecznie wyłoniły Bronisława Komorowskiego, były dziwne i pod każdym względem nietypowe. Marszałek Sejmu, a zarazem tymczasowy prezydent, ostatecznie uzyskał 53,01% oddanych głosów, a jego przeciwnik, prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński – 46,99%.

Pod sam koniec kampanii zdarzało się, że kandydaci szli łeb w łeb – jedno badanie dawało obu po 45% poparcia, a inne wykazało 49% dla Kaczyńskiego, a 47% dla jego kontrkandydata. Przeważnie jednak marszałek prowadził większą lub mniejszą różnicą. W środku nocy powyborczej sztaby obu kandydatów chwilowo wstrzymały oddech. Kiedy wpłynęły wyniki z połowy okręgów wyborczych, Kaczyński na krótko prowadził z ułamkiem procentu. Jednak ta chwilowa przewaga zniknęła, gdy nadeszły do centrali kolejne wyniki.

Wybory były nietypowe, ponieważ rozwijały się w cieniu tragedii smoleńskiej oraz największej od 13 lat powodzi. Zwłaszcza to pierwsze tragiczne wydarzenie, w którym zginęła para prezydencka i 94 inne osoby, w tym przedstawiciele elit politycznych, wojskowych i kościelnych, wycisnęło swoje piętno na procesie wyborczym. Zgodnie z konstytucją, wybory zostały przyspieszone, a tymczasową głową państwa został marszałek Sejmu. Natomiast porażony tragedią, pogrążony w głębokiej żałobie Jarosław Kaczyński (podobno bliźniacy szczególnie boleśnie przeżywają taką stratę) w początkowej fazie kampanii zniknął ze sceny politycznej.

Wobec burzliwych i napastliwych kampanii, jakie stały się polską normą, tegoroczna była niezwykle stonowana, nawet prawie dżentelmeńska. Aby nie być postrzegany jako prostak nie szanującej żałoby narodowej oraz osobistej tragedii swego przeciwnika, Komorowski musiał stąpać bardzo ostrożnie i powstrzymywał się od agresywnych ataków. Z kolei znany z ostrego języka i wojowniczej postawy Kaczyński przeszedł zadziwiającą metamorfozę. Był spokojny i powściągliwy w słowie i gestach podczas debaty telewizyjnej z Komorowskim – jakby nie ten sam człowiek.

Finał wyborów odznaczył się pewnym nieoczekiwanym akcentem, co zauważyli nie tylko dziennikarze i analitycy, ale także niektórzy szeregowi widzowie śledzący powyborcze programy telewizyjne. W sztabie PiS uśmiechnięty Kaczyński i jego partyjni koledzy zachowywali się tak, jakby to on, a nie Bronisław Komorowski, wygrał wybory. Natomiast mimo zewnętrznej tromtradracji, wiwatów i okrzyków zwycięstwa, jakie towarzyszyły ogłoszeniu wstępnych wyników, nastrój wśród sztabowców Platformy Obywatelskiej był dość daleki od euforii.

Spore grono polityków PiS i popierających Kaczyńskiego komentatorów nie kryło zadowolenia z wyniku wyborów. Nawet były prezydent, postkomunista Aleksander Kwaśniewski, który był i pozostaje daleki od sympatyzowania z antykomunistycznym PiS-em, dał do zrozumienia, że Kaczyński wygrał, chociaż przegrał. Skąd takie wnioski?

Przede wszystkim rząd Donalda Tuska stracił wygodne dotychczasowe alibi, że nic nie robi, bo mógł się tłumaczyć tym, że wszelkie reformy i tak zawetuje prezydent Lech Kaczyński. W czasie kampanii Komorowski przekonywał, że jeśli wygra, rząd i prezydent już nie będą się wzajemnie zwalczać, jak to było za kohabitacji Donalda Tuska i Lecha Kaczyńskiego, bo władza wykonawcza i głowa państwa będą harmonijnie współpracować w myśl jego sloganu wyborczego „Zgoda buduje!”

W wyniku wyborów probiznesowa czy (jak kto woli) prorynkowa Platforma Obywatelska zdobyła całą władzę: ma prezydenta, premiera, rząd, kontroluje Sejm, Senat i inne kluczowe instytucje państwowe. Ponadto cieszy się poparciem najbardziej wpływowych mediów. W czasie kampanii Komorowski apelował o „500 spokojnych dni” wytężonej pracy dla dobra kraju. Spokojne może i będą, bo nowy prezydent będzie potulnie podpisywał wszystko, co wyląduje mu na biurku, ale czy będą skuteczne i owocne?

Wprawdzie platformerski rząd ma wolną drogę, ale czy będzie w stanie zrealizować obietnice, którymi hojną ręką szafował Komorowski podczas kampanii? Naobiecywał powodzianom nie tylko sprawne usuwanie skutków powodzi, ale także wybudowanie skutecznej infrastruktury przeciwpowodziowej. W ciągu tych 500 dni do następnych wyborów parlamentarnych, jak zapewniał Komorowski, rząd wybuduje tysiąc kilometrów dróg oraz bezpłatne autostrady wokół miast. Feministkom obiecał parytet, co oznacza, że kobiety muszą stanowić co najmniej 35% kandydatów do parlamentu. Będzie też dążył do tego, by państwo refundowało koszt zapładniania w próbówce, tzw. in vitro. Nauczycielom obiecywał 30-procentową podwyżkę płac, studentom 50-procentowa zniżkę kolejową, a różnym grupom społecznym i regionom kraju wiele dobrodziejstw i udogodnień.

Wyborcy będą rząd z tego wszystkiego rozliczać, a niewywiązanie się z obietnic wyborczych z pewnością odbije się niekorzystnie dla Platformy w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych. Natomiast prezydentura Kaczyńskiego odcięłaby go od partii, której szefował (a po porażce nadal szefuje), a nie ma nikogo w PiS o takich zdolnościach przywódczych i strategicznych, nie mówiąc o osobistej charyzmie silnego wodza. Z Kaczyńskim przy sterze PiS ma sporą szansę wygrania najbliższych wyborów powszechnych.

Dobry wynik Kaczyńskiego, którego poparło ok. 8 milionów wyborców (na Komorowskiego głosowało 9 milionów), to wielkie zwycięstwo działacza, który jeszcze przed tragedią smoleńską należał do najmniej lubianych polityków. Tragedia ta wywołała potężny odruch społeczny. W pewnym sensie pod Pałacem Prezydenckim, wśród kwiatów, zniczy i wielotysięcznych tłumów pragnących oddać hołd tragicznie zmarłej Parze Prezydenckiej, zrodził się nowy ruch.
Do tego momentu „Kaczory” były pośmiewiskiem najbardziej wpływowych mediów. W salonach politycznych i w wielu kręgach inteligenckich do dobrego tonu należało powtarzanie najohydniejszych dowcipów o braciach bliźniakach. Po Smoleńsku - już nie wypadało.

Kiedy oficjalnie uznał swoją porażkę i pogratulował Komorowskiemu, Kaczyński w wieczór powyborczy powiedział zgromadzonym działaczom i sympatykom PiS, a dzięki telewizji całej Polsce: „Marszałek Józef Piłsudskiego mówił: Zwyciężyć i spocząć na laurach to klęska, być zwyciężonym, a nie ulec, to zwycięstwo”. Dodał: „Chciałbym w tym momencie wspomnieć także tego i tych, dzięki którym tu jesteśmy: mojego brata, innych poległych w katastrofie smoleńskiej. Z ich męczeńskiej śmierci wyrósł ten ruch. Polska się zmieniła i naszym zadaniem jest z tej zgromadzonej siły skorzystać, musimy dalej zmieniać Polskę, przed nami kolejne wybory: samorządowe, parlamentarne, musimy być nadal zmobilizowani, musimy zwyciężyć!”

Niemal wszyscy analitycy i komentatorzy zgadzają się, że platformerski rząd Tuska mając pełnią władzę znalazł się w niezwykle trudnej sytuacji. Stoi przed niezwykle trudnym wyzwaniem. Jednocześnie dość powszechny jest pogląd, że dobry wynik PiS-u otworzył przed tą partią nowe możliwości, tym bardziej że jako opozycja za nic nie odpowiada, a rządowi będzie patrzeć na palce i wytykać mu błędy. Jak każda ze stron wykorzysta swe szanse przed kolejnymi następnymi wyborami – dopiero się okaże.