Strona główna / Prosto z Polski / Jakie będą Rzeczypospolite?...

GP #15, 25 lipca 2015 r.

Jakie będą Rzeczypospolite?...

KATARZYNA MURAWSKA

Otwierając Akademię w Zamościu, kanclerz Jan Zamojski wypowiedział słynne słowa: „takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”. Sprawdziły się one w historii wielokrotnie. Problem kształcenia i wychowania dzieci i młodzieży winien być priorytetowym w każdej epoce. Czas zakończenia roku szkolnego w Polsce jest czasem obrachunków i podsumowań. Szczególnie teraz, kiedy reformy dokonywane w systemie edukacji przynoszą „efekty”, warto się zastanowić, jakie osiagnięcia w tej dziedzinie zasługują na uwagę, a co wymyka się spod kontroli i nie mieści się w żadnych programach.

Dużo się ostatnio mówi w Polsce o dzieciach. Nieomal każdego dnia media wyszukają jakąś sensację. Nakręcają spiralę problemów z ochroną życia poczętego, aranżują dyskusje na temat, czy zarodek to już człowiek lub czy powinno się uchwalić prawo o eutanazji. Jak w każdej dyskusji jedni są za, drudzy przeciw itd., itp. Odwraca się jednak uwagę od zasadniczych problemów.

Wszyscy, którzy mają jakikolwiek wpływ na społeczeństwo, mówią o zagrożeniach demograficznych w kraju i o tym, że dzieci rodzą się, ale w polskich rodzinach przebywających na emigracji. To powinno zwrócić uwagę strategów demografii. W szkołach jest coraz mniej uczniów, coraz mniej absolwentów szkół wyższych podejmuje pracę w Polsce. Pogratulować tym krajom, do których trafiają polscy inżynierowie, lekarze i pielęgniarki. Bez wysiłku finansowego zyskać tak wysoko kwalifikowanych pracowników to wielka sztuka. Minister Edukacji Narodowej jest zadowolona z wyników tegorocznego egzaminu maturalnego, który był progiem nie do pokonania dla 26 proc. zdających. Obywatelski projekt dotyczący edukacji szkolnej sześciolatków trafił do sejmowego kosza. To były najważniejsze wydarzenia w systemie edukacji w minionym roku szkolnym 2014-2015. Trwają wakacje, więc media będą dużo mówić o projektach darmowego podręcznika dla pierwszoklasistów, którego rodzice nie chcą zaakceptować, więc zapewne kupią inny podręcznik, a ten rządowy w dużej mierze pójdzie na przemiał. Publiczne pieniądze kolejny raz zostaną zmarnowane (trafią do prywatnej kieszeni jakiegoś zaprzyjaźnionego z MEN wydawcy).

Wszystko, o czym powyżej wspomniano, to oczywiście edukacyjne sukcesy. Rzadko się zdarza, żeby media pokazywały problemy zagrożonych wykluczeniem społecznym, wsród których wysoki odsetek stanowią dzieci i młodzież.

Przez cały rok, ale w wakacje szczególnie, w dużych miastach Polski można zaobserwować dzieci w różnym wieku wałęsające się bez celu po ulicach, dworcach, halach targowych, bazarach, a ostatnio po pięknie urządzonych galeriach handlowych. Często może nam się wydawać, że są to młodzi chuligani, przed którymi trzeba trzymać portfele i torebki blisko ciała. Od jakiegoś czasu wieczorem na ekranach telewizorów pojawia się komunikat-pytanie: „Rodzice, czy wiecie, gdzie są wasze dzieci?”. Wielu z nas także zadaje pytanie: czy rodziców nie obchodzi los ich dzieci, gdzie są, co się z nimi dzieje? Najczęściej nie obchodzi, nie chcą wiedzieć. Zjawisko zwane „dziećmi ulicy” jest coraz bardziej widoczne, choć trudno je zdefiniować. Na ulicy spotykamy żebrzące trzylatki i prowokujące wyuzdanym ubiorem i zachowaniem nastolatki. Czas, w którym przebywają na ulicy, jest też różny. Nie wszystkie „dzieci ulicy” nie mają gdzie mieszkać. Jeśli wrócić do lektur Janusza Korczaka, Antoniego Makarenki czy św. Jana Bosko, można stwierdzić, że problem „dzieci ulicy” istniał od dawna, może nawet od zawsze, zmieniały się tylko jego niektóre przyczyny i skala wielkości. Głębszej analizie poddany został przez pedagogów i opisany również przez artystów w XIX w. Towarzystwo Przyjaciół Dzieci uważa, że współcześnie w Polsce liczba dzieci i młodzieży umownie zwanych „dziećmi ulicy” sięga 400 tysięcy.

Na pytania: kto i dlaczego wychodzi na ulicę, próbowali odpowiedzieć eksperci z dziedziny pedagogiki, psychologii, socjologii, ekonomii i działacze różnych instytucji społecznych zebrani na Międzynaodowej Konferencji Naukowej zorganizowanej przez pracowników naukowych Katedry Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji Wydziału Pedagogicznego Akademii Ignatianum w maju 2015 roku, w Krakowie pt: „Odkrywanie fenomenu dzieci ulicy w ciągłości jego istnienia”. Konferencji przewodniczyła dr. Barbara Adamczyk, autorka książki Dzieci ulicy w Polsce i na świecie na pograniczu współczesnej cywilizacji. Definicja, typologia i etiologia. Według autorki nie można uważać, że problemu nie ma dlatego, że trudno go zdefiniować. Podobnie jak u Korczaka dzieci ulicy „niechciane i niekochane, pozbawione wsparcia rodziny i wykluczone społecznie żyją na ulicy, czyli w środowisku niemającym nic wspólnego ze szczęśliwym dzieciństwem i młodością”.

Przyczyny trafiania na ulicę są różnorodne. Najbardziej zauważalną jest bieda spowodowana bezrobociem rodziców, alkoholizmem, konfliktami i przemocą domową, co łączy się często ze złymi warunkami mieszkaniowymi i tworzeniem się gett miejskich. Obszary biedy są kwestionowane przez polityków i działaczy samorządowych, ale są faktem społecznym. Potwierdzają to obserwacje dotyczące na przykład rekrutacji do szkół średnich. Są rejony ze złą opinią, których się unika, do których rodzice nie chcą posłać swoich dzieci, „bo to jest dzielnica dresiarzy”.

W czasie lata zaobserwować można większą liczbę małych dzieci, w wieku od 3-6 lat, które żebrzą, udają, że grają na instrumencie, próbują coś nam sprzedać, albo pokazać jakąś sztuczkę za pieniądze. Zapewne do tej „pracy” zostali wysłani przez starszych, rówieśników lub romskie matki. Użebrane lub zarobione pieniądze będą musiały oddać „mocodawcom”. Inną grupę stanowią dzieci świadczące drobne usługi, typu mycie szyb samchodowych, odprowadzania wózków w supersamie, czasami wykonują inne drobne zlecenia. W ten sposób biorą na siebie ciężar utrzymywania młodszego rodzeństwa, bo rodzice z różnych powodów sobie nie radzą z obowiązkami, jakie na nich ciążą. Nie wszystkie nastolatki wychodzą na ulice, żeby „uczciwie” zdobyć pieniądze. Niektóre pieniędzy wcale nie potrzebują.

Szczególną grupę dzieci ulicy stanowią eurosieroty. Tak nazywa się raczej starsze dzieci i nastolatków, których rodzice udali się czasowo na bliższą lub dalszą emigrację zarobkową. Chcieli zapewnić dzieciom materialny dobrobyt, uważają, że mogą pozostawić je pod opieką dziadków, dalszych krewnych lub nawet sąsiadów, ale dzieci poczuły się przez nich porzucone. Rodzice nie zawsze zdają sobie sprawę, w jak niebezpiecznym wieku są pozostawione dzieci i jakie pułapki na nie czekają. Najczęściej są to już nastolatki, które buntują się, nie słuchają nikogo. Szukając swojej tożsamości, nie mają wzorów i moralnych autorytetów do naśladowania. Ich idolami są celebryci, którzy nie ćpają, ale „korzystają z narkotyków”, łatwo zarabiają pieniądze i najważniejszymi wartościami dla nich są młodość uroda i pieniądze. Nauczyciele przez bezstresowe wychowanie i inne ograniczenia pozbawieni zostali możliwości dysyplinowania młodzieży, więc opuścili ręce. „Bezprizorni” wychodzą więc na ulicę, żeby szukać akceptacji, zrozumienia rówieśników i zbierać życiowe doświadczenia.

Wśród socjologów istnieje pogląd, że dzieci ulicy można traktować jako osobną subkulturę, w której panuje swoisty system uliczny, wzorujący się na kulturze przestępczej. „Dzieci, a raczej młodzież ulicy” cechuje agresywność, specyficzny sposób ubierania się, niskie poczucie wstydu, specjalny tatuaż (trzy kropki na przedramieniu), spryt i siła fizyczna, której używają dość często jako argumentu i bez konkretnej przyczyny.

Pod koniec XX wieku, na skutek różnych zawirowań społeczno-politycznych w Polsce i na świecie zmieniła się struktura rodziny, ale zmieniło się też tradycyjne pojęcie ulicy. Przykładem może być dzisiejszy rynek wrocławski, który jest elegancką, pełną restauracji i kafejek atrakcją dla turystów, szczególnie niemieckich. Tuż za rynkiem znajdują się wielkie galerie handlowe, w których można spędzić cały dzień. Możliwość podróżowania bez wiz sprowadza do miasta wielu zagranicznych turystów, ale pozwala też podróżować eurosierotom do innych odległych miast. Wielogodzinne przebywanie w wielkopowierzchniowej galerii naraża nastolatków na niebezpieczne znajomości, które prowadzą do nadużywania alkoholu, narkomanii i prostytucji, która nie zawsze jest podyktowana biedą. Badacze tego zjawiska dokonali pewnych podziałów i klasyfikacji tego zjawiska. Młodociane prostytutki znajdują swoich klientów w galeriach handlowych (galerianki) i w zależności od ceny, za jaką się sprzedają, mają swoje miejsce w ulicznym systemie hierarchii. Dzielą się na „przeciętne”, które czasem sprzedają się za kanapkę, „stereotypowe”, z krzyczącym makijażem i wulgarnym zachowaniem, i „elegantki”, modnie ubrane, zadbane. Szczególnie „elegantkom” wybór klientów i możliwość dyktowania im warunków daje poczucie wartości i możliwość zaspokojenia zachcianek w postaci posiadania drogich gadżetów lub modnych ubrań. Do takiego stylu życia zachęcają krzyczące reklamy typu: „zasługujesz na to”, „ jesteś tego warta”, nie ostrzegając, że to tylko chwilowa iluzja.

Nasilającym się zjawiskiem jest też prostytucja chłopięca. Korzystają z niej przede wszystkim homoseksualiści, często cudzoziemcy, w rejonach przygranicznych, bo łatwiej im uniknąć spotkania z policją czy wymiarem sprawiedliwości. Jest też niewielki odsetek „dzieci na ulicy” z powodów osobowościowych i te przypadki trzeba traktować jako kliniczne.

Ulicą w najnowszym rozumieniu jest nie tylko określona przestrzeń fizyczna, staje się nią też przestrzeń wirtualna. W Sieci dokonują się transakcje handlowe dopalaczami, lekami psychotropowymi, miękkimi narkotykami i jeszcze innymi towarami, które odebrać można anonimowo w wybranych paczkomatach. W Sieci umawiane są spotkania erotyczne. W Sieci wielokrotnie rozpoczyna się droga po równi pochyłej do całkowitej alienacji.

400 tysięcy dzieci i młodzieży to w polskiej demografii wielka liczba. Choć wielu przygotowanych odpowiednio specjalistów ciężko pracuje nad tym, aby jak najwięcej z nich z ulicy wróciło do domów, do rodzin, nie tylko do mieszkań, to wyniki ich pracy są bardzo skromne. Nie wszystkie przypadki tej „choroby” już da się wyleczyć. Zajmują się tym bardziej wolontariusze niż pracownicy państwowi, a powinno być odwrotnie. Wyniki badań nad powyższym zjawiskiem przedstawione na wspomnianej Konferencji powinny budzić powszechny niepokój. Jeśli kolejne reformy systemów edukacyjnych w Polsce będą sprowadzać się do sposobu zakreślania sugerowanych odpowiedzi w testach, a nie obejmą gruntownej zmiany w systemie wychowawczym, nie przywrócą właściwego miejsca wartościom moralnym, patriotyzmowi, bohaterom narodowym, materialnej i moralnej wartości pracy, to w następnym pokoleniu może nikt już pytań o przyszłość Polski stawiał nie będzie.