Strona główna / Prosto z Polski / Jak zgubiłem Czerwone Wierchy

GP #16, 30 lipca 2011 r.

Jak zgubiłem Czerwone Wierchy

JAN SIWMIR

Lato wystartowało z pompą. Cały pierwszy tydzień lipca lało jak ze strażackiej sikawki. Zostałem zaproszony przez znajomego z portalu fotograficznego do Wisły na plener. Niestety, z fotografii krajobrazowej wyszły nici, beskidzkie widoki zasnuła szara, jednolita mgła przetykana siąpiącym dżdżem. Nie zawiodła nas tylko roślinność. Zadziwieni turyści przemierzający szlak ze Stożka na Kubalonkę (pal diabli aurę, urlop trzeba wykorzystać) mogli ze zdziwieniem stwierdzić, że na porębie pojawiły się nowe pagórki. Pokryte nieprzemakalnymi, wojskowymi płaszczami nasze tylne części wystawały ponad pieńki, obiektywy aparatów wycelowane zaś były w porastający pniaki mech. Był właśnie okres, kiedy pojawiały się zarodnie, pozamykane w kroplach wody mieszki i kapturki tworzyły niesamowite efekty, pozwalając na zarejestrowanie wielu ciekawych ujęć. Natomiast kupowana po czeskiej stronie Beherovka (ziołowa wódka przygotowywana według starej receptury) uchroniła nas prawdopodobnie przed niechybnym przeziębieniem. Nieco bełkotliwie, ale wyjątkowo zgodnie uznaliśmy plener za udany.

Tyniec
Bukowina Tatrzańska

Pierwszy pogodny ranek przypadł w dzień wyjazdu – znajomy do pracy, ja zaliczyć Czerwone Wierchy. Cztery szczyty: Ciemniak, Krzesanica, Małołączniak i Kopa Kondracka. Szlak turystyczny biegnie po szczytach wzdłuż granicy polsko-słowackiej. Widoki natomiast, gdzie się nie spojrzy – zapierają dech.

Pogoda znów zagrała mi na nosie. W południe, kiedy przejeżdżałem przez Wadowice, było 90ºF. Do Bukowiny dojechałem akurat na obiad, przywitałem się z gospodarzami, wrzuciłem bagaże do pokoju i... z powrotem do samochodu. Zimą Gęsia Szyja spowita chmurami jak watą, nie pozwoliła mi zachwycić się widokiem, jak twierdził Tytus Chałubiński na „100 szczytów i przełęczy”. Teraz cię mam – pomyślałem – pogoda jak drut, około szóstej będę na szczycie, widoczność doskonała, już mi nie uciekniesz, będę miał zdjęcia na pierwszą stronę.

Pierwsze złe przeczucia tknęły mnie na wysokości Rusinowej Polany, kiedy zauważyłem, że barany nie tylko pasą się na łące, lecz coraz chętniej wypełzają na niebo znad górskich szczytów. Wyrwałem do przodu może nie jak kozica, ale przynajmniej jak juhas po miesiącu wypasania owiec, widząc Marynę machającą doń chusteczką z przeciwległego krańca hali. Punkt szósta byłem na szczycie i punkt szósta leniwie pełznący obłok zakrył kryjące się za szczytami słońce. Wyzłocone chwile wcześniej ciepłym blaskiem góry poszarzały. Zrezygnowany, klapnąłem na skałce, sięgnąłem po butelkę wody i... okazało się, że w pośpiechu nie zapakowałem ani wody, ani kanapek do plecaka. Zostały na parkingu, w samochodzie. Obłok natomiast złośliwie zatrzymał się, nie dając cienia szansy na to, że odsłoni słońce, zanim skryje się ono za linią horyzontu. Odczekałem pro forma jeszcze dziesięć minut. Obiecałem Gęsiej Szyi, że jej nie daruję pogrywania w kotka i myszkę i prędzej czy później zdjęcia z tego szczytu trafią do mojej kolekcji.

Kiedy dotarłem do bacówki Marii i Stanisława Rychtarczyków na Rusinowej Polanie, nie była już ona oblegana przez turystów. Na palenisku w kącie chaty buzował raźno ogień, co jakiś czas któreś polano głośno trzaskało i wyrzucało kaskadę iskier. Nad ogniem podwieszono na łańcuchach pokaźny kociołek, natomiast unoszący się dym opływał ułożone na półkach małe, średnie i duże oscypki.

– Dzień dobry! Macie coś do picia? – zapytałem. Góralka uśmiechnęła się. Mówiła gwarą góralską, więc będę się starał, by jak najbardziej oddać sens rozmowy.

– Jest żętyca – podała duży kubek napełniony białawym płynem.

Co by to nie było, myślę, nawet kumys bym teraz wypił. Płyn był lekko kwaśny. Orzeźwiał. Dawało się wyczuć drobne grudki. Przypominał trochę zapamiętaną z czasów dzieciństwa serwatkę. Rzeczywiście, jest to serwatka pozostająca po ścięciu owczego sera. Świeża jest słodka. Po kilkudniowym odstaniu w beczce kwaśnieje. Co ciekawe, w XIX wieku uważano, że posiada właściwości lecznicze w przypadku chorób górnego układu oddechowego, a w niektórych przypadkach, szczególnie u osób nieprzyzwyczajonych, przeczyszczające. Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem i poprosiłem o następny kubek, a na dokładkę dwa małe oscypki podgrzane na blasze nad paleniskiem. Pragnienie i pierwszy głód były już zaspokojone, więc teraz do głosu doszła ciekawość. Nie wytrzymałem.

– Opowie mi pani, jak się robi oscypki? – zadałem podstawowe pytanie cepra w bacówce.

– Najpierw trzeba mieć owce i pognać je na halę. Potem na wieczór zapędzić do koszary i wydoić – góralka zarechotała przyjaźnie.

– Gdzie? – koszary kojarzyły mi się tylko i wyłącznie z wojskiem.

– Do zagrody. Jak już jest mleko, to potem się klaguje. Dodaje się płyn, zawiera on podpuszczkę, która ścina mleko. Powstaje skrzep, który nazywany jest bundz. Po odsączeniu żentycy, bundz jest słodki. Jak już jest bundz, to pora na pucenie. Podgrzewa się wodę w kociołku, nabiera porcję bundza, zaparza w gorącej wodzie. Małe oscypki wkłada się do formy i odciska. Dużego oscypa to już chłop musi wyściskać, krzepę w rekach trzeba mieć. Po uformowaniu moczy się w solance. Dwie godziny wystarcza, potem się wędzi. To co, jeszcze dwa małe oscypki?

Nie odmówiłem. Potem obejrzałem jeszcze formy, w jakich odciska się ser, bo są różne; małe, średnie, olbrzymie, z napisami, owieczkami i różnymi wzorami kojarzącymi się od razu z górami i góralami. Popiłem jeszcze jednym kubkiem żętycy i pomaszerowałem raźno w dół. Do Bukowiny dotarłem, gdy już zapadał zmierzch. Nie omieszkałem pochwalić się gospodarzom, co piłem i uzgodnić prawidłowość podanego procesu produkcyjnego. Wszystko się zgadzało.
– Trzy kubki, za pierwszym razem?! – zdumiał się gospodarz. – Jeśli jesteś wrażliwy, to na Czerwone Wierchy nie pójdziesz – oględnie poinformował mnie o ubocznych skutkach picia góralskiego napoju – przez dwa dni od łazienki odstępował nie będziesz...

Na szczęście, okazałem się w tym przypadku zupełnie niewrażliwy, więc ciąg dalszy nastąpi...