Strona główna / Prosto z Polski / Między Domeyką a Janem Pawłem II

GP #19, 20 września 2014 r.

Między Domeyką a Janem Pawłem II

Prof. Ryn
Prof. Zdzisław Jan Ryn przy pomniku Jana Pawła II

PAWEŁ STACHNIK

Kruk spotyka się z Kondorem – mówi z uśmiechem na powitanie prof. Zdzisław Jan Ryn. Nawiązuje do nadanego mu kiedyś przez przyjaciół oryginalnego pseudonimu „Kondoryn”, zgrabnie łączącego jego nazwisko i wieloletnią pasję do Ameryki Południowej. Profesor, mimo natłoku rozmaitych zajęć – naukowych, organizacyjnych, lekarskich – zgodził się spotkać i opowiedzieć o swoim życiu. A ma o czym opowiadać, bo w jego bogatym życiorysie znajdziemy górskie wyprawy, podczas których otarł się o śmierć, nowatorskie badania naukowe, znajomość z papieżem Janem Pawłem II, zainicjowanie procesu beatyfikacyjnego polskiego uczonego, epizod dyplomatyczny, a nawet lot na paralotni ze szczytu wulkanu…

Studia Zdzisław Jan Ryn ukończył w krakowskiej Akademii Medycznej. Specjalizował się w psychiatrii, a jego nauczycielem był wybitny psychiatra prof. Antoni Kępiński. Wzorem swego mistrza zajął się badaniami nad ofiarami wojny i obozów koncentracyjnych (w tym Auschwitz). Gdy był już doktorem habilitowanym z ustaloną pozycją naukową i sporym dorobkiem niespodziewanie trafił do… służby zagranicznej. Na pytanie, jak człowiek, który nigdy w życiu nie miał nic wspólnego z dyplomacją (prócz dyplomatycznych manier, rzecz jasna) został ambasadorem, profesor odpowiada prawdziwą anegdotą. – Gdy w lutym 1991 r. wylądowałem na lotnisku w Santiago de Chile, pewna dziennikarka zapytała mnie podczas konferencji prasowej, jak to się stało, że Polska jako swojego pierwszego ambasadora przysłała lekarza psychiatrę. Odpowiedziałem tytułem bardzo znanej chilijskiej książki: Chile – una loca geografia („Chile – zwariowana geografia”) – śmieje się.

A tak na poważnie, to do dyplomacji niepodległej od niedawna Polski trafił nieprzypadkowo. Gdy w 1990 r. nowe władze wymieniały dotychczasowych ambasadorów, pojawiła się konieczność zastąpienia ich nieskompromitowanymi ludźmi, którzy potrafiliby godnie reprezentować odradzającą się Polskę. Urządzono wtedy – jak to określa profesor – „łapankę” na fachowców: niedawnych opozycjonistów, naukowców, dziennikarzy, i wśród nich poszukiwano kandydatów na ambasadorów. Padło również na prof. Ryna, bo dobrze znał Amerykę Południową, wielokrotnie w niej bywał i władał językiem hiszpańskim. Po rozmaitych wahaniach i rozważeniu wszystkich za i przeciw, zgodził się i został mianowany polskim ambasadorem w Chile, pierwszym po wznowieniu stosunków dyplomatycznych z tym krajem. Był chyba jedynym ambasadorem, który dysponował pisemną zgodą ministra spraw zagranicznych na poświęcanie jednego dnia w tygodniu na pracę naukową.

Wywołało to niezwykłe zamieszanie w MSZ, bo w historii dyplomacji nie zdarzyło się, by wbrew konwencji wiedeńskiej ambasador mógł zajmować się czymkolwiek innym niż pracą dyplomatyczną – śmieje się prof. Ryn. Szybko okazało się, że wybór był słuszny. W trzecim roku misji został wybrany Ambasadorem Roku jako najaktywniejszy ze wszystkich przedstawicieli dyplomatycznych w chilijskiej stolicy. Wykładał na tamtejszych uniwersytetach, publikował, prowadził badania naukowe. Zaprzyjaźnił się z ówczesnym chrześcijańsko-demokratycznym prezydentem Chile Patricio Aylwinem (pierwszym demokratycznie wybranym po okresie dyktatury wojskowej).

Prezydent niezwykle przypominał mi mojego ojca. Polubiliśmy się do razu, mieliśmy świetny kontakt, a znajomość utrzymujemy do dziś – opowiada profesor. – W obowiązkach ambasadora odszedłem od protokołu i pracy na salonach – na rzecz „dyplomacji z ludzką twarzą”. Sytuacja Chile do pewnego stopnia przypominała rzeczywistość ówczesnej Polski. Kraj wychodził z traumatycznego okresu siedemnastu lat dyktatury wojskowej i starał się załagodzić silny podział dzielący społeczeństwo. Najczęściej zapraszano mnie z wykładami na temat Auschwitz, by porównać to – choć oczywiście to dwa różne wymiary – z ich doświadczeniami z czasów dyktatury.

W pracy pomagało mu zawodowe przygotowanie psychiatryczne. Potrafił czytać z zachowania rozmówców, domyślać się ich prawdziwych intencji i poglądów, a to przecież w zawodzie dyplomaty umiejętność bezcenna. Gdy zaś przygotowywał później raport ze swej działalności na placówce, okazało się, że największe sukcesy odniósł w dziedzinie, na której kompletnie się nie znał – gospodarce. Udało mu się bowiem doprowadzić do podpisania umowy na budowę dla Chile 26 kontenerowców w stoczni szczecińskiej. To do dziś nie pobity gospodarczy rekord wśród polskich dyplomatów. Stocznia kontrakt wykonała, ale potem – z zupełnie innych powodów – upadła. W 2007 r. z nominacji prezydenta Lecha Kaczyńskiego profesor został ambasadorem RP w Argentynie. Rok później – były to już rządy PO – najpierw został przez MSZ usunięty ze składu polskiej delegacji przybyłej na uroczystość zaprzysiężenia nowej argentyńskiej prezydent, a później w skandaliczny sposób odwołany przez ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego. Powodem był zarzut o związki profesora z… Radiem Maryja i USOPAŁ-em, czyli Unią Stowarzyszeń i Organizacji Polskich Ameryki Łacińskiej, nadzwyczaj źle widzianej w polskim MSZ.

Świetnie zapowiadającą się karierę dyplomatyczną prof. Ryna zaburzyła polityka. W połowie lat 90. powstał wakat na stanowisku ambasadora RP przy Stolicy Apostolskiej. W MSZ pojawiła się wtedy koncepcja skierowania tam właśnie prof. Ryna. Niektóre gazety obwieściły nawet na pierwszych stronach: „Ryn ambasadorem przy Stolicy Apostolskiej”. Jego kandydatura została zaakceptowana przez prezydenta, ministra spraw zagranicznych i szefa komisji spraw zagranicznych Sejmu. Sprzeciwił się jej natomiast premier ówczesnego rządu – Waldemar Pawlak… Później doszła wyraźna niechęć, jaką profesora zaczęli darzyć niektórzy politycy z kręgu Platformy Obywatelskiej, np. Bogdan Borusewicz. A gdy ministrem spraw zagranicznych został wspomniany Radosław Sikorski profesor trafił na „czarną listę” osób, którym nawet zakazano wstępu na teren polskich ambasad…

Błogosławiony Ignacy Domeyko

Chilijski pobyt prof. Zdzisława Ryna wiąże się także z postacią Ignacego Domeyki, herbu Dangiel (1802-1889), wybitnego polskiego uczonego z XIX w., geologa, podróżnika, badacza Ameryki Południowej, uwiecznionego jako Żegota w III części „Dziadów” Adama Mickiewicza. Życie i dorobek Domeyki prof. Ryn bada od wielu lat. Nie bez podstaw można powiedzieć, że jest najlepszym znawcą jego biografii. Ta postać zafascynowała go już w liceum, gdy wpadł mu w ręce któryś z tomów wspomnień Domeyki pt. „Moje podróże”. Odpowiadał mu domeykowski sposób widzenia świata, stosunek do ludzi, romantyczne podejście do życia i eksplorowania świata. Zaczął wgłębiać się w dorobek uczonego, jego bogate życie i dokonania. Poświęcił 15 lat odwiedzając światowe archiwa w poszukiwaniu śladów Domeyki. Był na Litwie, na Białorusi, we Francji i w Chile, wszędzie tam, gdzie swoją stopę postawił Ignacy. Opublikował o nim około 4 tysięcy stron tekstu: trzy opasłe tomy biografii, domeykowską bibliografię liczącą 8,5 tys. pozycji, a także setki artykułów. Zgromadził obszerne archiwum domeykowskie; samych kserokopii dokumentów ma 10 tysięcy! – Wciągnęło mnie to tak, że moja żona stwierdziła kiedyś: „Ty jesteś w szponach Domeyki”. Odpowiedziałem: „Nie w szponach, tylko w objęciach” – śmieje się profesor.

Pierwszą wizytę po przylocie do Chile złożył Anicie Domeyko Alamos, wnuczce wielkiego polskiego uczonego, która miała wtedy 90 lat (dożyła 105!). Rodzina Domeyków liczy co najmniej 250 rozproszonych po całym świecie osób. W dwusetną rocznicę urodzin Ignacego profesorowi udało się sporą część z nich – nazywa to domeykowskim cudem – zgromadzić w miejscu, gdzie kiedyś stał rodzinny dworek Domeyków w Niedźwiadce na Białorusi. Przybyli Domeykowie m.in. z Polski, Chile, USA i Australii. – Po raz pierwszy rozproszeni po wszystkich kontynentach członkowie rodziny spotkali się razem. Za Ignacego Domeykę modlili się każdy w swoim języku. Wzruszająca chwila – opowiada profesor.

Z tej fascynacji, ale też z rzeczywistego przekonania o wyjątkowości swojego bohatera, zrodziła się idea doprowadzenia do beatyfikacji wielkiego polskiego uczonego. Prof. Ryn im głębiej wchodził w jego życie, tym bardziej przekonywał się, że warto to zrobić. Domeyko był bardzo pobożnym człowiekiem. Układał modlitwy. Gdy wchodził na andyjskie szczyty, wyjmował kompas ustalał, w której stronie leży Polska, klękał i modlił się do Matki Bożej Ostrobramskiej, której obraz wisi do dzisiaj w jego gabinecie w Santiago. Dochodziła do tego olbrzymia działalność naukowa i społeczna bohatera, a także – nazwijmy to w ten sposób – pośmiertne jego oddziaływanie. Profesor Ryn opowiada bowiem o kilkunastu życiowych sytuacjach, w których zdarzało mu się znaleźć przed murem okoliczności z pozoru nie do pokonania, i w których ewidentne wstawiennictwo Domeyki sprawiało, że problem szybko się rozwiązywał. W Chile przeżył co najmniej trzy takie sytuacje, których nie waha się nazwać inaczej, jak tylko cudem.

To, że zostałem białym bratem Indian Mapuche zawdzięczam tylko Domeyce. To, że był tzw. cud w Pueblo Domeyko, także jemu. To, że gdy Jan Paweł II modlił się w Watykanie o odnalezienie młodego polskiego zakonnika zaginionego w amazońskiej dżungli i człowiek ten za moją pomocą się odnalazł, to też wstawiennictwo Domeyki. A takich wydarzeń było wiele, wiele więcej – mówi z przekonaniem prof. Ryn. O beatyfikacji uczonego zaczął rozmawiać z chilijskimi władzami państwowymi: ministrami i prezydentem kraju. Uświadomił im, że fakt, iż w Chile do dzisiaj żyje prawie milion Indian Mapuche (Araukanów) zawdzięczają właśnie Domeyce i jego książce „Araukania i jej mieszkańcy”. Polak – wysłany w asyście wojskowej na ziemie Mapuchów przez ówczesnego prezydenta Chile – opisał w niej życie i kulturę plemienia. I to właśnie dzięki tej pracy – wielokrotnie wznawianej – prezydent podjął decyzję, by zmienić dotychczasową politykę eksterminacji Mapuchów na ich asymilację. Mapuche byli bowiem najwaleczniejszym chilijskim plemieniem indiańskim. Oparli się wszystkim najazdom: Inkom i hiszpańskim konkwistadorom i do dziś walczą z kolejnymi rządami chilijskimi o swoje prawa i ziemie. Jeszcze za czasów Domeyki za skalp Indianina Mapuche płacono niemałe pieniądze. Tak oto przybysz z dalekiego kraju doprowadził do ocalenia tej indiańskiej populacji. Czy już samo to nie jest wystarczającym powodem do beatyfikacji?

Prof. Ryn nawiązał oczywiście w tej sprawie rozmowy z przedstawicielami chilijskiego Kościoła – arcybiskupami Santiago de Chile. – Najpierw zainteresowałem tym abp. Carlosa Oviedo. Po jego śmierci przekazałem sprawę abp. Francisco Errázurizowi, który utrzymywał dobre kontakty z Polakami, a po jego przejściu na emeryturę obecnemu metropolicie kard. Ricardo Ezzati Andrello. Z kard. Ezzati (wtedy jeszcze arcybiskupem) znałem się od dawna. W 2005 r., w momencie śmierci Jana Pawła II, brałem z nim udział w pięciogodzinnym programie w chilijskiej telewizji. Ja opowiadałem o papieżu z perspektywy Polski, Krakowa i osobistej z nim znajomości, Ezzati zaś z perspektywy gospodarza jedynej papieskiej pielgrzymki do Chile w 1987 r. – opowiada profesor. Chilijski Kościół pozytywnie podszedł do pomysłu. Zaczęto przygotowywać dokumenty (notabene zajmował się tym nieżyjący już Ignacy Domeyko Bulnes, prawnik z wykształcenia, prawnuk Ignacego seniora, najbardziej do niego podobny), powstał też zespół postulatorów, w którym profesorowi przypadło zadanie przygotowania szczegółowej biografii uczonego. Biografia taka powstała już jakiś czas temu, ale dopiero niedawno udało się zdobyć pieniądze na przetłumaczenie opasłego tomu „Ignacy Domeyko. Kalendarium życia” z polskiego na hiszpański i wydanie go z myślą o procesie beatyfikacyjnym (ale też o chilijskich czytelnikach). – Wraz z ukazaniem się tej biografii po hiszpańsku zostaje spełniony warunek rozpoczęcia procedury beatyfikacyjnej. Dziś w nocy – 30 stycznia – odebrałem maila z Chile z tą radosną informacją – cieszy się prof. Ryn.

Domeyko ujął mnie rozmiarem i bogactwem swojej osobowości. Z wieloma jego poglądami – religijnością, stosunkiem do świata, gór i ludzi – zacząłem się po prostu utożsamiać. Wszystko to odczytałem jako znak, że powinniśmy doprowadzić do beatyfikacji tego człowieka. Nie spodziewałem się natomiast, że pójdzie to tak szybko – zaledwie 18 lat od pomysłu – dodaje profesor.

Góry moja miłość

Drugą po Ignacym Domeyce (a chronologicznie pierwszą) miłością Zdzisława Ryna są góry. Urodzony w Szczyrku, wychował się wśród nich. – Moje pierwsze wrażenia krajobrazowe to widok Klimczoka, Skalitego, Skrzycznego, gdzie potem całe lata dyżurowałem jako ratownik i przewodnik górski. Gdy jako uczeń szkoły podstawowej po raz pierwszy pojechałem do Warszawy, z ogromnym zdziwieniem zobaczyłem, że cały kraj jest płaski! – wspomina profesor. Na studiach współzakładał Studenckie Koło Przewodników Górskich, zdobył kwalifikacje przewodnika beskidzkiego i tatrzańskiego, a także instruktora narciarskiego. W środowisku funkcjonowało powiedzenie: „Jeżeli studia przeszkadzają ci w chodzeniu po górach, rzuć studia”. – I byli tacy, co tak robili – śmieje się profesor.

Wyprawy w wysokie góry zaczął w 1966 r. od wejścia na kaukaski szczyt Elbrus. Po raz pierwszy doznał tam zaburzeń psychicznych na dużej wysokości. Potem był lekarzem szóstej polskiej wyprawy w góry Hindukuszu w 1971 r., tuż przed radziecką inwazją, która definitywnie zamknęła je przed eksploracją. Telewizja Polska zamówiła u ekipy film dokumentalny o pracy lekarza z tubylcami. – W związku z tym, odwrotnie niż to zwykle bywa, gdy wyprawa zataja obecność lekarza, bo od razu ustawiają się do niego kolejki tubylców, myśmy rozgłaszali, że jest u nas lekarz – mówi profesor. Zainteresowanych było mnóstwo, a profesor – choć psychiatra – wykonał tam nawet dwa zabiegi chirurgiczne w warunkach polowych. Na podstawie nakręconego materiału powstał później film pt. „Bez bakszyszu”. Po powrocie z Hindukuszu Zdzisław Ryn opowiedział o swoich górskich przeżyciach i reakcjach organizmu na dużych wysokościach prof. Antoniemu Kępińskiemu. Ten zaś stwierdził krótko: – Panie kolego, to wspaniały temat na pański doktorat!

Tak zaczęła się przygoda prof. Ryna z medycyną górską. Badania na ten temat prowadził podczas wyjazdów do Ameryki Południowej. Rok spędził w Meksyku jako wykładowca w ramach wymiany między UJ a Uniwersytetem Autonomicznym w Puebla. Wszedł wówczas na wulkany Popocatépetl i Orizaba. Przez rok pracował w Boliwii jako lekarz polskiej ekipy inżynierów i techników, którzy budowali na wysokości 4 tys. m n.p.m. hutę szkła. Miał tam wyjątkową okazję obserwacji procesu adaptowania się mózgu mieszkańców nizin do dużych wysokości. Z tego właśnie boliwijskiego pobytu powstały później doktorat i habilitacja – pierwsze tego typu opracowania poświęcone zmianom mózgowym w wyniku stresu dużych wysokości. Inną ważną wyprawą był wyjazd w Andy Patagońskie. Zamiast trwać cztery miesiące, tak jak zaplanowano, z powodu zamachu wojskowego w Chile przeciągnął się na… 14 miesięcy. – Było to dla mnie doświadczenie nie tylko własnego przeżycia i konfrontacji z nieprawdopodobnymi trudnościami, ale także laboratorium obserwacji naszej 10-osobowej grupy – wspomina profesor. Najpierw przewrót wojskowy, a potem patagoński huragan odciął wyprawę na wiele miesięcy od świata. Samotność, zagrożenie, izolacja powodowały rozmaite reakcje wśród uczestników ekspedycji – od euforii po psychozę. Dzięki polowaniom na owce w Patagonii nie zginęli z głodu. Do końca wyprawy przetrwała jednak tylko połowa uczestników. – Zdarzyło się tam wszystko: i dozgonna przyjaźń, i nienawiść, i ślub, i rozwód, i śmierć – mówi profesor.

Swoje sześćdziesiąte urodziny Zdzisław Ryn uczcił natomiast… lotem na paralotni z chilijskiego wulkanu. – Przeżyłem wtedy niezwykłe emocje. Do tej pory nie udało mi się przeanalizować i opisać uczuć, jakich doznaje lotniarz – zderzenia ekstazy swobodnego lotu ze śmiertelnym lękiem – zdradza.

Ameryka Południowa stała się jego miłością. Odbył tam 59 podróży i spędził w sumie ponad 14 lat. Będzie ich więcej, bo profesor cały czas odwiedza ten region. Rok temu odbył pielgrzymkę w gronie innych lekarzy zorganizowaną przez pasjonata podróży ks. prof. Dariusza Oko, duszpasterza pracowników służby zdrowia. Odwiedzili Argentynę, Chile i Urugwaj. Ks. prof. Oko i ks. dr Tadeusz Rostworowski odprawili Msze św. w intencji Ignacego Domeyki w jego domu w Santiago de Chile (notabene batalia prof. Ryna o zakupienie domu przez Polskę zakończyła się niestety klęską), tamtejszej katedrze i bazylice św. Franciszka, ale także u czoła lodowca Perito Moreno, w kraterze wulkanu, nad Cieśniną Magellana i na Ziemi Ognistej. Na przełomie kwietnia i maja tego roku ks. Oko i prof. Ryn planują drugą taką wyprawę: do Peru, Boliwii, Chile i na Wyspę Wielkanocną. A propos Wyspy Wielkanocnej: o polskich badaniach naukowych na Rapa Nui, w których udział bierze prof. Ryn, wyszły już trzy książki.

A już niebawem ukaże się drukiem medyczne opus magnum profesora Ryna: Medycyna i antropologia górska – dwa tomy liczące łącznie 900 stron, podsumowujące naukową przygodę profesora z górami i ich wpływem na ludzki organizm. Profesor cieszy się, że nie napisał jej dwadzieścia lat wcześniej, bo przez ostatnie dwie dekady nastąpiła ogromna eksplozja medycyny górskiej. Jeden z rozdziałów poświęcony będzie śmierci w górach i różnym jej obliczom. To rozdział po części pisany na podstawie osobistych doświadczeń. Profesor miał bowiem kilka sytuacji, w których otarł się bardzo blisko o śmierć. Pod Aconcaguą spadał kilkadziesiąt metrów po lodowcu, a na dole uderzył w odsłonięte skały. Nie zginął, nawet się nie połamał. Na Altiplano doznał z kolei hipotermii na granicy przeżycia, połączonej z halucynacjami słuchowymi.

Przez lata prof. Ryn uchodził za tego, który szuka „dziur w mózgu” u alpinistów, stąd w środowisku wspinaczy wysokogórskich nie był mile widziany. Anatema zaczęła znikać, gdy alpiniści przekonali się, że badania profesora prowadzone przez niego dwadzieścia lat temu (!) dziś są pozytywnie weryfikowane przez naukowców z Japonii, Hiszpanii, Francji i Ameryki.

Nie miałem wtedy takiego instrumentarium, jakim dysponują współcześni naukowcy, ale na podstawie obserwacji oraz własnych przeżyć i symptomów potrafiłem trafnie opisywać te uszkodzenia zachodzące w mózgu, które obecnie potwierdzamy za pomocą tomografii czy rezonansu magnetycznego. U co czwartego wspinacza, który przekroczył granicę śmierci wysokościowej, nie używał tlenu i miał objawy wysokościowego obrzęku mózgu, pozostały trwałe uszkodzenia – właśnie te „dziury w mózgu” – stwierdza profesor.

Wspomnienie papieskie

W swoim bogatym życiu prof. Ryn miał szczęście stykać się wielokrotnie z Karolem Wojtyłą, a później papieżem Janem Pawłem II. Pierwszy raz spotkali się na studiach, gdy uczestniczył w prowadzonych przez ks. prof. Wojtyłę rekolekcjach. – Moje wspomnienie tego jest dość paradoksalne – niewiele rozumiałem z jego homilii. To przekraczało moje przygotowanie teoretyczne i językowe – wspomina profesor. Później widywał się z abp. Karolem Wojtyłą, gdy ten odwiedzał zakonnice lub księży hospitalizowanych w uniwersyteckiej klinice psychiatrycznej w Krakowie. Kolejny kontakt miał miejsce w momencie śmierci prof. Antoniego Kępińskiego, zaprzyjaźnionego w Karolem Wojtyłą od czasów przedwojennych.

To ciekawa historia. Opowiedział ją nam Karol Wojtyła w kilka lat po śmierci Kępińskiego na pierwszym, bez mała półtajnym, sympozjum poświęconym mu, które notabene odbywało się w pałacu arcybiskupim przy Franciszkańskiej. W 1938 r., będąc licealistą i prezesem Sodalicji Mariańskiej w Wadowicach, jechał na zjazd tej katolickiej organizacji do Poznania. Zupełnie przypadkiem spotkał w Krakowie młodego Kępińskiego, który był wtedy prezesem Sodalicji w krakowskim liceum Nowodworskiego i też udawał się na zjazd. Kupili po torbie czereśni (był czerwiec) i przestali całą noc w pociągu rozmawiając. Wojtyła podsumował to tak: – Nie miałem wątpliwości już wtedy, że Kępiński jaśniej widzi swoją przyszłość niż ja… – relacjonuje prof. Ryn. Gdy więc latem 1972 r. Kępiński zmarł po długiej chorobie, jego uczniowie przekazali tę informację do krakowskiej kurii. Kardynał Wojtyła był wtedy w krótkiej podróży zagranicznej, ale dał z niej znać, aby opóźnić pogrzeb, bo chce być na nim celebransem. Tak też się stało.

Porządkując notatki mistrza po jego śmierci, prof. Ryn natrafił na odręcznie napisany na kartce testament. Po pierwsze Kępiński prosił, by na pogrzebie nie wygłaszać żadnych przemówień, po drugie zaś, zalecał, by współpracownicy z kliniki wypili za jego pamięć śliwowicy łąckiej (ok. 70 proc…), która była jego ulubionym trunkiem. – O ile tego pierwszego nie udało się wypełnić, bo kard. Wojtyła wygłosił na pogrzebie krótkie wspomnienie o zmarłym, to drugie wypełniliśmy w dwójnasób – z żalu za profesorem – uśmiecha się Zdzisław Ryn.

To, że prof. Zdzisław Ryn jest na emeryturze nie oznacza wcale, że jest bezczynny. Nadal pracuje naukowo, podróżuje, bierze udział w konferencjach i sympozjach, pisze kolejne książki, od 2011 r. jest prezesem Polskiego Towarzystwa Medycyny i Ratownictwa Górskiego. Ze względu na odejście krakowskiej psychiatrii od humanistycznego kierunku stworzonego przez Antoniego Kępińskiego, zrezygnował z pracy w Collegium Medicum UJ. Pracuje nadal w Krakowskiej Akademii Wychowania Fizycznego w zakładzie Rehabilitacji w Chorobach Psychicznych. – W psychiatrii w ostatnich czasach, podobnie jak w całej służbie zdrowia, bardziej liczą się pieniądze niż pacjent, a mnie taki układ nie odpowiada – mówi. Nigdy nie prowadził prywatnego gabinetu, bo od zawsze uważał, że w relacji psychiatra – pacjent nie powinno być miejsca na pieniądze.

Jestem ciągle w takiej szczęśliwej sytuacji, że nie daję rady przyjąć wszystkich zaproszeń, jakie otrzymuję z różnych ośrodków naukowych w Polsce i zaprzyjaźnionych krajów Ameryki Południowej. Jestem tam profesorem honorowym kilku uniwersytetów, doktorem honoris causa Universidad Cientifica del Sur w Limie i honorowym obywatelem kilkunastu miast w Argentynie i Chile. I ciągle tam o mnie pamiętają – mówi profesor, który w październiku tego roku skończy 76 lat. – Na własny użytek sformułowałem prostą zasadę: praca z młodzieżą odmładza, a podróże przedłużają życie – dodaje z uśmiechem na zakończenie.

PS Tłumaczenie biografii Ignacego Domeyki z jęz. polskiego na hiszpański, z myślą o jego procesie beatyfikacyjnym, zostało sfinansowane przez The Adam M. Bąk Foundation z Nowego Jorku. Powyższy artykuł jest również sponsorowany przez tę Fundację.