Strona główna / Prosto z Polski / Europejskie migawki

GP #20, 22 września 2012 r.

Europejskie migawki

MIŁOSZ PIOTR WNUK

O ile można zgodzić się z twierdzeniem, że współczesna Europa upodobniła się do Stanów Zjednoczonych, jeśli za kryterium porównawcze przyjąć brak granic wewnątrz obydwu kontynentów, to dalej taka analogia nie sięga ani na krok. Podróże po Ameryce i podróże po Europie różnią się diametralnie, poczynając od najdrobniejszych szczegółów dotyczących tak zwanej „przestrzeni prywatnej”, wielkości pokojów w hotelach, wymiarów łóżek i rodzaju urządzeń sanitarnych, aż po bardziej istotne, związane z filozofią życia i grą ludzkich zachowań. A te, jak łatwo się przekonać podczas każdej podróży, stanowią kanwę, na której Przeznaczenie utrwala zapis wydarzeń i wspomnień, jak na egipskiej glinianej tabliczce. Każda podróż to pojedynczy rozdział w Księdze Życia, a całość tej księgi to historia naszego życia. Bo życie to przecież podróż.

Kiedy Rouzbehani, mój doktorant z Teheranu, przywiózł mnie na lotnisko O’Hare w Chicago i pomógł przenieść walizki do lśniącego kantoru niemieckich linii lotniczych Lufthansa, okazało się, że jest już późno. Do odlotu samolotu pozostało tylko 40 minut i według obowiązujących przepisów Lufthansa zgodziła się przyjąć mnie na pokład, lecz... bez bagażu. Właściwie to stoisko Lufthansy na lotnisku w Chicago pasażerów już nie przyjmowało, choć komputer wskazywał, że pozostał jeszcze jeden nieodprawiony pasażer – ja. Ładna młoda Murzynka w mundurze linii Lufthansa wzruszyła bezradnie ramionami i wskazała, aby podejść do sąsiedniego okienka i przepisać bilet na inną datę. A był to 25 czerwca 2012 r., już dosyć późno w nocy i na lotnisku robiło się pustawo. Ten, kto spóźnił się na samolot, wie jakie to głupie i nieprzyjemne uczucie, kiedy samolot odlatuje, a my zostajemy bezradni. Przy sąsiednim okienku zajął się mną młody człowiek w mundurze Lufthansy. Jak się okazało, na imię miał Rafał i de facto był pracownikiem LOT-u, a nie Lufthansy. Tego wieczora jednak Rafał pełnił służbę u zaprzyjaźnionych z naszym LOT-em niemieckich linii lotniczych. Szybko zrozumiał, o co chodzi i bez ponagleń z mojej strony wykonał szybki telefon do obsługi naziemnej samolotu Lufthansy, gotującego się do startu. Potem przyjął ode mnie 60 euro jako dopłatę za drugą walizkę i w czasie dwóch minut wydał mi kartę wstępu na pokład. Na obydwie walizki przykleił czerwone nalepki z magicznym słowem „urgent”.

Po całonocnym locie nad Atlantykiem dotarłem szczęśliwie do Frankfurtu, gdzie po dwugodzinnym oczekiwaniu wsiadłem na pokład mniejszego samolotu „Lufthansa Regional”, którym dotarłem do Balic, dobrze mi znanego lotniska w Krakowie. Lotnisko to zbudowali Niemcy, kiedy byłem dzieckiem – oczywiście, dla celów wojskowych. Ze zdumieniem zauważyłem, że moje dwie walizki, które o mały włos nie zostały na lotnisku w Chicago, wyskoczyły jako pierwsze na pasie podającym bagaż. Jeśli w tej przygodzie istnieje jakiś morał, to chyba taki, że w normalnych warunkach dobrze jest mieć do czynienia z Niemcami, lecz w sytuacjach trudnych i wyjątkowych o niebo lepsi są Polacy. Zdolność do improwizacji to nasza narodowa zaleta.

Oczywiście, od każdej reguły są wyjątki. Kilka lat temu miałem przygodę ze złamaną nogą. W powiatowym szpitalu w pobliżu Wrocławia zbyt ciasno otulono ją gipsem. Miałem jednak to szczęście, że podczas lotu na trasie Warszawa-Frankfurt znajdowałem się na pokładzie samolotu Lufthansy. Kiedy stewardessa zainteresowała się mną i opowiedziała o problemie kapitanowi statku, ten w przeciągu kilku sekund uruchomił system opiekuńczy. Zaraz po wylądowaniu, na pas startowy podjechała karetka pogotowia ratunkowego i dwóch paramedyków przeniosło mnie z samolotu do karetki, która zaparkowała tuż obok samolotu. W budynku lotniska w czystym pokoiku pomocy medycznej lekarz zbadał nogę i mechaniczną szybkoobrotową piłą naciął ciasny gips. Potem odwieziono mnie na pokład innego samolotu, tego, którym miałem lecieć do Amsterdamu. Po dwóch dniach spędzonych w przytulnym hotelu w Amsterdamie, wybrałem się w podróż powrotną do Warszawy, też przez Frankfurt. Sytuacja z nogą pogorszyła się i znów zaczął dokuczać silny ból. Podczas postoju na lotnisku we Frankfurcie pracownicy Lufthansy proponowali mi, abym pozostał w lokalnym szpitalu na dwa dni w celu poprawienia ułożenia kości w złamanej nodze. Wszystko na koszt gościnnej Lufthansy. Roentgen pokazywał wadliwe złożenie kości w kostce i to było powodem opuchnięcia. Niestety, odmówiłem. Z Frankfurtu do Warszawy leciał samolot LOT-owski, do którego – niewiele myśląc – wsiadłem. Sądziłem, że teraz – „już w domu”, bo w Polsce – poradzę sobie z wszelkimi problemami medycznymi. Jakże się myliłem! Kiedy uprzejmie zapytałem pilota, czy mógłby wezwać pomoc naziemną, aby przetransportować mnie z dworca międzynarodowego Okęcie na krajowy (wówczas w Warszawie były dwa oddzielne terminale, dość znacznie od siebie oddalone), spojrzał na mnie zdumiony. Po krótkiej chwili odparł: – Masz pan autobus. Poczeka pan na przystanku przed terminalem i pojedzie na krajowy.

Tak było w Polsce Ludowej – nieco odległe to czasy. Wydawać by się mogło, że w Trzeciej Rzeczypospolitej jest już inaczej, lepiej. Bynajmniej, jest chyba gorzej, a miłościwie nam panujący pan Donald Tusk co raz przykręca śrubę. Protestują lekarze, protestują pielęgniarki i protestują pacjenci. Nie wszystkie leki są teraz refundowane i za te najdroższe chorzy muszą płacić 100 procent, tak jakby Zakład Ubezpieczeń Społecznych (ZUS) w ogóle nie istniał. Znam ludzi, którzy wędrują od apteki do apteki, szukając znośnej ceny, aby w końcu nie kupić żadnego leku. Najgorzej chyba mają emeryci – a do tej właśnie grupy należy zaliczyć autora. Działanie Narodowego Funduszu Zdrowia (NFZ) oraz efektywność polskiej służby zdrowia wybróbowałem na własnej skórze.

Opowiem, jak to działa. Powiadają, że wszystko jest dobre, co się dobrze kończy, ale nikomu nie życzę podobnych przeżyć i w podobnych okolicznościach. Lokalny ośrodek zdrowia na przedmieściu Krakowa, gdzie jestem zarejestrowany, odmówił pomocy, twierdząc, że jest to przypadek nagły, wymagający interwencji pogotowia oraz szpitala. O własnych siłach wybrałem się zatem do odpłatnej przychodni zdrowia przy ulicy Barskiej w porządnej dzielnicy Krakowa, Dębniki. Wszelkie prośby o przyspieszenie procesu rejestracji nie odnosiły skutku. Po długim i bolesnym oczekiwaniu w kolejce dotarłem wreszcie do pielęgniarki, która zapisała mnie do lekarza. Była to jedyna pracująca w owe popołudnie pielęgniarka; jej koleżanka obok była zajęta piciem herbaty, a dwie pozostałe były nieobecne. Gabinet lekarza znajdował się niedaleko – na pierwszym piętrze, lecz o natychmiastowym przyjęciu nie było mowy. Lekarz, spojrzawszy na kartę, zamknął mi przed nosem drzwi i kazał czekać. Po czym spokojnie zajął się prywatną rozmową telefoniczną, z której wynikało, że umawia się z kimś na wakacje – już na następny dzień. Czekając w ciemnym korytarzu przychodni, pod zamkniętymi drzwiami gabinetu lekarza, myślałem, że mnie rozerwie. Cierpiałem na skręt kiszek. Tak więc, kiedy wreszcie dotarłem na stół operacyjny, cała zawartość tychże kiszek została usunięta przez dzielnego lekarza wprost na ten stół. Jakież było moje zdumienie, kiedy na pytanie: – Gdzie tu jest toaleta?, padła odpowiedź: –  Tu nie mamy toalety. A potem, jakby na pocieszenie: – Jest jedna w poczekalni. Oznaczało to, że w drodze do toalety, bez ubrania, musiałbym przejść przez ten ciemny korytarz zwany poczekalnią – tam, gdzie przed chwilą czekałem. Lekarz związał zielony papier ze stołu operacyjnego w jeden pokaźny pakunek, od którego śmierdziało na kilometr, i wręczając mi go, oświadczył: – Proszę usunąć to gówno. Następnie  otworzył drzwi do poczekalni, mówiąc równocześnie do siedzących tam osób: –Proszę się odwrócić, pacjent idzie do toalety. Poszedłem bez spodni, zakrywając się zielonym pakunkiem, jaki mi wręczył lekarz. Na mój widok jednej z kobiet w korytarzu zrobiło się słabo. Chyba zrezygnowała z wizyty u tego lekarza, bo kiedy wracałem, już jej nie było, a lekarz patrząc z wyrzutem na mnie, mówił sam do siebie: – Straciłem dziś pacjentkę. Za zabieg zapłaciłem 200 złotych. Za papier toaletowy, użyty zamiast ręczników, nie było dodatkowej opłaty. Powiem również, że kubeł na śmieci w toalecie – kiedy tam wchodziłem, był już pełny. Cały ów casus został opisany w mojej karcie chorobowej, opatrzonej datą oraz numerem pesel, dokładnie tak, jak to jest wymagane w przepisach NFZ. Szczęśliwy udałem się do domu, gdzie odbyło się generalne pranie i czyszczenie.

Tak wygląda płatna służba zdrowia w Polsce Anno Domini 2012. Należy tu dodać, że rzecz miała miejsce w Krakowie, „mieście królów polskich”. Jeśli królowie mieli podobną opiekę lekarską, to nie dziwię się, że jeden z nich uciekł do Francji.

Są w Polsce sprawy ważniejsze od skrętu kiszek, chociaż sądzę, że równie bolesne. Spora grupa Polaków wierzy w cuda, a jeśli nawet cudu nie widać, to polscy superpatrioci spod znaku PiS, prezesa Jarosława oraz ojca dyrektora z Torunia usiłują taki cud stworzyć. Próbują też w zupełnie niewybredny sposób oskarżyć tę drugą połowę narodu, jaka pozostaje lojalna wobec demokratycznie wybranego rządu i prezydenta, o zdradę stanu i współudział w „zamachu smoleńskim”. Zamach rzekomo był zorganizowany wspólnie przez premiera Polski Tuska oraz premiera Rosji Putina. Na te niedorzeczne zarzuty tak odpowiada abp Józef Michalik: – Żeby o kimkolwiek, największym nawet wrogu, powiedzieć tak mocne słowa, trzeba znać fakty, mieć pewność. Tymczasem tej pewności nie ma. Dlatego ci, którzy posługują się takimi teoriami i hasłami, robią sobie i tragedii smoleńskiej największą szkodę! Komentarz jest chyba zbyteczny.

Tyle, że i nawet tutaj można podważyć autorytet abp. Michalika, jako że to właśnie on osobiście podejmował w Warszawie głowę rosyjskiego Kościoła prawosławnego, Cyryla I. W burzliwej historii obydwu krajów jest to pierwsza taka próba pojednania, pierwsza od tysiąclecia. Media zauważyły, że na uroczystym obiedzie w Pałacu Belwederskim obecny był również Prezydent Bronisław Komorowski, przezywany przez niektórych działaczy z obozu prezesa Jarosława – „Komoruski”. Tak więc wszystko im się zgadza: przy jednym stole siedzieli pro-prawosławny arcybiskup Michalik, KomoRuski-prezydent i wreszcie sam Cyryl I, podobno najwyższy rangą agent KGB, ten, który stoi wyżej od Putina.

Aby ośmieszyć polskiego premiera, w Internecie krąży biało-czarna fotografia dziadka Tuska ubranego w mundur Wehrmachtu. Według tych hipotez, mamy nad Polską most rosyjsko-niemiecki. Most ten jest jakoby wspierany z jednej strony przez proniemieckiego premiera (po mieczu udowodniono mu przecież kontakty z Wehrmachtem!), a z drugiej strony przez prezydenta RP, który tak naprawdę jest Rosjaninem, udającym polskiego szlachcica z Kresów... Takie stworzono hipotezy. Czy wobec takiego dictum trzeba jeszcze więcej dowodów?

Polska jest wolnym krajem. W każdej chwili można wsiąść w samolot i odlecieć, gdzie dusza zapragnie. Przyznam, że rozczarowany polityczną niezgodą i warcholstwem nie mniejszym niż w Polsce szlacheckiej (vide Stanisław Orzechowski vs. Andrzej Frycz Modrzewski), tak właśnie zrobiłem. Za cel podróży wybrałem stolicę Hiszpanii, Madryt, oraz hiszpańską riwierę Costa del Sol, która niemal dotyka brytyjskiego Gibraltaru ulokowanego na północnym czubku Afryki. Mój lot z katowickiego lotniska Pyrzowice miał miejsce na pokładzie ulubionej Lufthansy, a dalej lokalnymi liniami hiszpańskimi – podobno niezbyt bezpiecznymi – Iberia Express.

Madryt
Calle de Aduana w Madrycie. Fot. autor

Hiszpania to szalony, dyszący życiem i kosmiczną energią kraj. Kraj pełen słońca, którego drgające promienie przenikają zarówno tubylców, jak i przybyszów, dając wszystkim spontaniczne poczucie radości i szczęścia. Nie ma tu nic z naszej środkowoeuropejskiej ponurości i choćby tylko z tego powodu należał się Hiszpanom zwycięski puchar mistrza Europy w 2012. Bardzo różnią się oni od reszty narodów Europy i chyba – jak poganie – ubóstwiają słońce; w którą stronę nie pójdziesz w stolicy, to znajdziesz Palacio del Sol, Plaza del Sol, Islas del Sol, Las Chapas del Sol i tak dalej. Restauracje zaczynają pracę około godziny 9.30 wieczorem i zamykają się koło północy albo nad ranem. W centrum miasta tuż przed 2.00 godziną w nocy, na ulicach panuje tłum jak na Rynku w Krakowie w samo południe. Pięknie ubrane młode dziewczyny przyciągają wzrok. Widać, że to Europejki po sposobie, w jaki się poruszają. Amerykanki tak nie potrafią chodzić ani też ubierać się. Promieniuje z nich pewność siebie i szczęście. Głęboko oddychałem łagodnym ciepłym powietrzem o balsamicznym zapachu, chwilami wyobrażając sobie, że jestem w południowej Kalifornii. Tam też tak właśnie pachnie powietrze.

Zawsze sądziłem, że kiedy człowiek poznał Paryż, to już żadne inne miasto na świecie nie może mu zaimponować. Teraz myślę, że pierwsze miejsce należy oddać Madrytowi. To jest arcydzieło prawdziwych mistrzów architektury! Rozumiem, że piękno ma wiele wymiarów, ale najważniejsza pośród nich jest harmonia między przyrodą a tworem rąk ludzkich. Bo tylko wtedy powstają dzieła wiecznie piękne. A przemijające stulecia mogą jedynie to piękno utrwalać i wzbogacać.

Podczas pobytu w Madrycie spotykałem dwóch interesujących facetów. Jednym z nich był Rodriguez, który mieszka w północnej Hiszpanii, ale pracuje w Azerbejdżanie dla amerykańskiej firmy z Teksasu wydobywającej ropę naftową. Według niego, przyczyną wszystkich nieszczęść na świecie, zwłaszcza tych pieniężnych, są Amerykanie. Drugi znajomy to Gregorio Arreytunandia z Malagi. Ten jest dumny ze swojego hiszpańskiego pochodzenia, ale nie zaprzecza, że jego ojcem był Niemiec z Bawarii, katolik. Gregorio mówi jak karabin maszynowy. Jest niewielkiego wzrostu, pewny siebie i zapalczywy jak prawdziwy Iberyjczyk. Pracuje dla niemieckiej firmy w Monachium i o Niemcach mówi ciekawe rzeczy. Na przykład, że mają „kwadratowy umysł”, że lubią paragrafy i porządek, a w każdym z nich zamieszkuje... policjant. Tym też tłumaczy tak wielki sukces Gestapo oraz Stasi, tajnej policji Niemiec nazistowskich i tych, zapomnianych już, komunistycznych. Polecił mi przeczytać autobiografię Schellenberga, szefa hitlerowskiej Geheim Staatspolizei, czyli w skrócie „Gestapo”. Gregorio uważa, że Austria powinna być częścią Niemiec, Kraj Basków bezwarunkowo należy do Hiszpanii, a Portugalia już dawno powinna złączyć się z Hiszpanią w jeden kraj. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że współczesna Unia Europejska jest kontynuacją idei Hitlera i że właściwie to Niemcy tę ostatnią straszną wojnę wygrały. Aby się o tym ostatecznie przekonać, wystarczy spojrzeć z pokładu samolotu na wspaniałe, nowoczesne niemieckie miasta otoczone koronkami bogatych wiosek i pojedynczych ferm niemieckich bauerów... jakby mała Ameryka pośrodku Europy!

Kiedy Gregorio usłyszał, że zamierzam zwiedzić Muzeum Marynarki Wojennej (Museo del Naval), ożywił się i opowiedział swoją wersję bitwy pod Trafalgarem, gdzie brytyjska flota rozgromiła potężną hiszpańską Armadę. Zdaniem Gregorio, winę za tak sromotną porażkę ponosił hiszpański admirał, który nawet nie był Hiszpanem, lecz Francuzem, protegowanym Napoleona. I kompletnym idiotą, który ustawił swoje okręty pod wiatr, podczas gdy osławiony Nelson wybrał kierunek przeciwny i bitwę wygrał. W ten sposób morska potęga Hiszpanii na zawsze została złamana, oddając pierszeństwo w świecie Wielkiej Brytanii. W końcu i Napoleon został pobity, najpierw pod Borodino, a potem pod Waterloo, stawiając kropkę nad „i”. W ten sposób Anglia stała się światowym imperium, a Stany Zjednoczone Ameryki Północnej to nic innego jak dawna jej kolonia.

Na koniec przyszedł czas odlotu z Madrytu nad Morze Śródziemne, do Malagi. Ogromnie długi wydawał się kadłub Airbusa, którego ogon jakby nie miał końca. Przy starcie samolotu ogon zaczął „chodzić”, raz w lewo, raz w prawo – z narastającą amplitudą. Wydawało się, że jeszcze chwila, a samolot przełamie się na pół i ogon, w którym siedzę, poleci na ziemię jak nieszczęsny Tupolew. Samolot z wielkim wysiłkiem pokonał grawitację i opór powietrza. Powoli wzniósł się ku zachodzącemu słońcu, a potem obrał kurs na południe, wprost ku wybrzeżu Morza Śródziemnego, Costa del Sol. W samolocie nie było wolnych miejsc. Siedziałem w samym środku bardzo ożywionej grupy turystów z północnej Hiszpanii, głównie kobiet w wieku balzakowskim, niezwykle rozmowne i przyjazne. Jedna z nich ze współczuciem skinęła głową w moją stronę i wskazując na swoje klekoczące koleżanki powiedziała coś w rodzaju „na gaduły nie ma rady”. Okazuje sie, że nieznajomość hiszpańskiego nie jest przeszkodą nie do pokonania. Tak zwany body language wypełnił językowe niedostatki, a pozostałe luki uzupełniło energiczne wymachiwanie rękami oraz pojedyncze słowa zapożyczone z innych języków.

Kobiety zniknęły przy wyjściu z lotniska w Maladze, a ja zdecydowałem się – jeszcze przed odbiorem bagażu – na niewielką przekąskę w eleganckiej restauracji rybnej „Sea Food”, usytuowanej na lotnisku. Najpierw wybrałem tatara z łososia, ale zmieniłem zamówienie na „Zakuska Rasputin” – co brzmi nieomal jak hiszpański. Zrobiło się późno i czasu było już mało. Nietrudno zgadnąć, co w takim „Rasputinie” można znaleźć: jest łyżeczka (dosłownie) czarnego rosyjskiego kawioru, grzanka oraz kieliszek wódki Finlandia. Koszt – 27 euro. Zaniedługo prowadziłem samochód wzdłuż riwiery Costa del Sol, a jak wiadomo, kiedy żołądek pusty, to nic dobrego nie może się wydarzyć. I rzeczywiście, moje przeczucia rozbudzone ponurymi skojarzeniami z Rasputinem niestety się sprawdziły. Przede wszystkim, zamiast zamówionego przeze mnie VW Golfa, dostałem najnowszy model mercedesa A 160, tak zwanego SUV-a. Innych modeli zabrakło w ten sobotni wieczór w wypożyczalni na lotnisku w Maladze, kiedy pół Anglii zjeżdża na weekend do Costa del Sol. Samochodu na parkingu nie było, więc zgłosiłem kradzież, dzwoniąc do centrali firmy „Eurocar”. Po półgodzinie poszukiwań rzecz wyjaśniła się – samochód nie został skradziony, lecz zaparkowany w niewłaściwym miejscu. Południowi Iberyjczycy są jeszcze bardziej niefrasobliwi niż Meksykanie i skargi tego kalibru nie robią na nich żadnego wrażenia. Słyszałem, jak określili mnie mianem „Americano”, co w przybliżeniu miało być synonimem „retarded”, czyli osoby cofniętej w rozwoju umysłowym. Tak mi się zdawało.

A było w tym określeniu ziarno prawdy. Bo czy rozsądny turysta zrobiłby rzecz, którą ja zrobiłem? Już późną nocą, jadąc szosą wiodącą wzdłuż stromego brzegu morza, zgubiłem drogę, a na domiar złego uderzyłem prawą przednią oponą w wysoki krawężnik. Opona mercedesa strzeliła i w przeciągu kilku sekund siadła na płask. O dalszej jeździe nie było mowy. Zaparkowałem jak najbliżej krawężnika, kilka metrów od skrzyżowania dwóch ulic. Włączyłem światła awaryjne, zamknąłem samochód i poszedłem w kierunku miasta szukać pomocy. „Tu gdzieś w pobliżu powinien być postój taksówek” – myślałem. Niestety, ulica była zupełnie pusta, nie widać było ani ludzi, ani taksówek. Ani żywej duszy.

Idąc tak w dosyć podłym nastroju, zobaczyłem młodego mężczyznę o śniadej twarzy. Niewiele mówił po angielsku, lecz szybko przeszliśmy na francuski, który pamiętam z lat studenckich. I wówczas stało się coś nadzwyczajnego. Może nie był to dosłownie cud, lecz jednak coś w tej kategorii wydarzeń. Facet przedstawił mi się jako Hakim, Arab z Casablanki w Maroku. Żonaty z Brytyjką, oboje mieszkają na Costa del Sol w Hiszpanii, gdzie szukają pracy. Tyle zrozumiałem z naszej krótkiej konwersacji. Hakim czasu nie tracił. Bez trudu otworzył bagażnik mercedesa – ja i tego nie potrafiłbym zrobić. Wydobył pudełko z kluczami, włożył chirurgiczne rękawiczki, w które samochód był zaopatrzony, po czym z wprawą zawodowego mechanika zabrał się do pracy. Użył własnego telefonu komórkowego jako latarki kieszonkowej, aby sprawdzić, gdzie w podwoziu znajduje się przyspawane wzmocnienie służące do podłożenia podnośnika. Stałem tuż obok niego jak zahipnotyzowany i w milczeniu podziwiałem jego szybkie, zgrabne ruchy. Kiedy skończył, zakręcił starannie wszystkie pięć śrub (tak, mercedes ma 5 a nie 4, i nie są to zwykłe nakrętki, lecz długie wewnętrznie gwintowane tuleje), delikatnie opuścił samochód na jezdnię, po czym starannie spakował wszystkie narzędzia z powrotem do bagażnika. Zadbał także o czerwony trójkąt, który w Europie w takich sytuacjach na szosie jest wymagany przez policję. Podszedł do mnie, aby się pożegnać. Kiedy jednak wyjąłem z portfela czerwonawy banknot 50 euro, potrząsnął głową i zapytał: – Za co? Zbaraniałem. Wyjąłem zatem inny banknot, już tylko 10 euro. Hakim znowu odmówił przyjęcia pieniędzy, tłumacząc mi, że „Allah zabrania”.

„Zgoda” – pomyślałem i zaprosiłem Hakima do mojego nadmorskiego hotelu w Marbelli, Las Chapas Palacio del Sol, dokąd zamierzałem jeszcze tej nocy dotrzeć. Proponowałem ugościć go lunchem lub też obiadem – następnego dnia. Lecz i tutaj spotkała mnie niespodzianka. Hakim powiedział, że owszem, zaproszenie przyjmuje, do hotelu przyjedzie, ale nie będzie nic jadł, bo jest wierzącym muzułmaninem, a teraz jest Ramadan, wielki post. Spożywać posiłki można po zachodzie słońca, ale po jego wschodzie już nie.

Wymieniliśmy się numerami telefonów oraz adresami emailowymi. Nasze spotkanie – bez posiłku – odbyło się następnego dnia w pobliżu plaży i pośród drzew palmowych hiszpańskiej riwiery. Dowiedziałem się, że siostra Hakima mieszka w Chicago, ale on sam o Ameryce nie myśli. Jest szczęśliwy w Hiszpanii oraz w Casablance, dokąd i mnie zaprasza. Nauczył mnie, że słowo hakim oznacza „uczony”, natomiast El hakim używane jest dla określenia „lekarza”. Zaiste, niecodzienne to imię!

Przy pożegnaniu powiedziałem Hakimowi –Allah akbar!, czyli – „Allah jest wielki”. Te dwa słowa to mniej więcej cały mój zapas słów w języku arabskim. Jak wiadomo, użył ich Sienkiewicz w W pustyni i w puszczy. Myślę, że cel mojej podróży do Hiszpanii stał się teraz oczywisty. Tam, na Costa del Sol, miałem spotkać Hakima. Tak chciał Allah i tak chciała Opatrzność. Teraz już wiem, że następna moja podróż będzie do Casablanki.