Strona główna / Prosto z Polski / Wizyta u Wielkiego Księcia Ryszarda

GP #2, 25 stycznia 2014 r.

Wizyta u Wielkiego Księcia Ryszarda

MIŁOSZ PIOTR WNUK

W Krakowie dwa razy w roku odbywa się Międzynarodowy Zjazd Członków i Sympatyków Związku Monarchistów „Cracovia”, zwanego również Wielkim Księstwem Krakowskim (WXK). Zjazd odbywa się w Krakowie, bo choć Warszawa jest stołecznym miastem Polski, to tylko Kraków ma ten przywilej, aby mienić się miastem królewskim kraju nad Wisłą.

Związek Monarchistów jest legalnie zarejestrowanym stowarzyszeniem na terenie Małopolski, a siedzibą Związku jest Kraków. Co prawda, sam Wielki Książę Ryszard hrabia Bochenek Dobrowolski, który jest najwyższą władzą w WXK, zamieszkuje wraz z małżonką Elżbietą Żórawską-Dobrowolską w sporej odległości od Krakowa, bo aż w Iwanowicach Królewskich, położonych w dawnej Kongresówce, nieco na północ od Krakowa, czyli w dawnym zaborze rosyjskim. Tam hrabia wybudował pałac położony na niewielkim wzgórzu, dostojnie wznoszącym się ponad panoramą nad wyraz pięknych dolinek krakowskich. Obok pałacu rozsiadł się rząd młodych dębów. Każdy dąb posiada własne imię wygrawerowane na marmurowej tabliczce u podnóża drzewa. Zazwyczaj jest to imię któregoś z szacownych członków lub też honorowych członków Wielkiego Księstwa. Znajduje się tam również stolik powitalny z gotowym talerzem z chlebem i solą dla gości Księcia. Jest również Świątynia Miłości, gdzie podczas ceremonii powitania otwiera się butelkę szampana. Są też dwa przemiłe psy – no i na koniec – w centrum posiadłości stoi pałac.

Wielki Książę zna na wylot historię królów Polski, z której wynikałoby, że w najbliższej przyszłości należy ustanowić w Polsce instytucję monarchii konstytucyjnej z królem na szczycie. Ilekroć go odwiedzam, przytłacza mnie swoją erudycją i biegłą znajomością odległych wydarzeń, nawet tych dotyczących życia prywatnego naszych królów. Spotkania takie, a nie są one częste, noszą uroczysty charakter i wówczas czas cofa się do okresu świetności Rzeczypospolitej Obojga Narodów, kiedy dynastia Jagiellonów rządziła i Polską, i Litwą. Tym niemniej, gdy chcę Księcia nieco podrażnić, przypominam mu, że przybyłem właśnie z Krakowa, czyli z Cesarstwa Austro-Węgierskiego, podczas gdy jego przepyszny pałac stoi w Iwanowicach, czyli... w Rosji (dawny zabór rosyjski).

Jak wiadomo, ostatnim królem polskim był Aleksander I, car Rosji. Na jego cześć Polacy zbudowali w Warszawie cerkiew. Przez jakiś czas polski arystokrata Adam książę Czartoryski służył carowi jako minister spraw zagranicznych, zanim nie został z tej wysokiej pozycji usunięty wskutek intryg jego rosyjskich kolegów w rządzie Rosji. Wtedy nie było jeszcze telewizji, ale gdyby była, to przekazy z debat w Petersburgu, ówczesnej stolicy Rosji, byłyby jeszcze bardziej pasjonujące niż współczesne programy o polityce nadawane ze stacji TVP lub też TVN z Warszawy. Ta ostatnia stacja z trudem może się powstrzymać przed serią wystąpień różnych celebrytów i dziennikarzy ośmieszających partię Prawo i Sprawiedliwość (PiS), także jej prezesa Jarosława Kaczyńskiego oraz jego „posłannika” i „proroka”, Antoniego Macierewicza. Dzieje się tak, bo rzekomo TVN-em rządzi sama „ubecja” z byłego PRL-u, co gorzej, włączając do tego niesławnego grona germanofilów (Donald Tusk) oraz rusofilów (Bronisław Komorowski).

Nasz Wielki Książę Anno Domini 2013 Ryszard hrabia Bochenek Dobrowolski trzyma się z dala od tych warszawskich współczesnych przepychanek, bo uważa je za „w złym smaku”. Lud trzeba przecież czymś zająć i zabawić, tak jak to kiedyś robili starożytni Grecy (igrzyska olimpijskie), a potem Rzymianie (walki gladiatorów). W dzisiejszych czasach przestrzeń tę wypełniają mecze piłki nożnej oraz związane z nimi pojedynki na pięści „kiboli” (tzn. niepokornych kibiców) z policją. Niedawno tacy „polscy patrioci” rozgrzali się przed meczem Polska-Meksyk do tego stopnia, że pobili profilaktycznie marynarzy meksykańskiego frachtowca stojącego w porcie w Gdańsku. Dawniej biliśmy Niemców i Rosjan, ale teraz – w czasach globalizacji – również i z Meksykiem mamy na pieńku. Afera ta skończyła się zdymisjonowaniem komendanta policji w Gdańsku, a wcześniej jeszcze zmuszony został do ustąpienia minister sprawiedliwości Jarosław Gowin, bo – po pierwsze ma imię, które nie może podobać się premierowi Tuskowi, a po drugie – reprezentuje chrześcijańską wizję Polski niezupełnie przystającą do fundamentalnych koncepcji Platformy Obywatelskiej, jeśli takie w ogóle istnieją.

Wróćmy do rzeczy, czyli do tematów zajmujących Wielkiego Księcia. Książę uwielbia historię, tam też znajduje się centrum jego uwagi, a niewiele zajmuje go to, co się dzieje teraz w Polsce i reszcie świata. Aby znaleźć właściwy temat do rozmowy, która mogłaby Wielkiego Księcia rzeczywiście zainteresować, udałem się w tak zwaną „komandirowkę” aż do Tomska na Syberii, daleko za Uralem, niezbyt odległego od granicy Rosji z Chinami. Pośród wielu cerkwi w Tomsku znajduje się jeden kościół katolicki, którym kieruje proboszcz z Polski, ksiądz Andrzej. Mnóstwo tu też rodowitych Syberyjczyków, którzy są potomkami Polaków zesłanych przez cara na Syberię po obydwu polskich powstaniach przeciw Rosji. Nazwiska takie jak Sosnowski, Szybalski, Sierosiewicz, Kowalewski lub Szaniawski są tutaj powszechne. Ten ostatni jest profesorem uniwersytetu oraz autorem wybitnego podręcznika-monografii opisującego wpływ zmęczenia materiałów na katastrofy lotnicze. Książkę dostałem od autora wraz z miłą dedykacją. Przyznam, że po przeczytaniu kilku rozdziałów i nabyciu całkiem powierzchownej wiedzy na temat katastrof samolotów rozsądny człowiek nie wsiadłby już więcej na pokład żadnego z nich (włączając pięknie zaprojektowany model tupolewa TU154M). Tutaj Rosjanie są ze mną w zupełnej zgodzie. Jedyny mój spór z Szaniawskim, do jakiego doszło podczas bankietu przy ozdobionym kwiatami stole, nie dotyczył bezpieczeństwa lotów samolotami różnych typów, lecz był to temat... czerwonego wina.

A było to tak: nalałem sobie wody mineralnej do szklanki od wina, ale nie do pełna. A tu nagle profesor Szaniawski występuje w roli oratora, wygłaszając uroczystą mowę w dniu moich urodzin (bankiet zsynchronizowany był z urodzinami) i proponuje wypić toast na moje zdrowie. Aby wywiązać się z zadania, proszę kelnerkę o dolanie czerwonego wina do mojej szklanki z wodą; powstaje mieszanina wody z winem, w Belgradzie zwana „spritzerem”. Szaniawski widział ów manewr ze szklanką i głośno zaprotestował. Na moje usprawiedliwienie powiedziałem: – Serby tak diełajut, a on z pełnym wyrzutu spojrzeniem rzekł na to: – No, my nie Serby, my Poljaki. Wypiliśmy toast, a potem orkiestra zagrała jakąś dziką jazzową muzykę, a zespół młodych artystów zaśpiewał skomponowaną pod tę muzykę i na ten wieczór pieśń pod tytułem „Gdzie by tu znaleźć takiego wnuka?”.

W cerkwi Wniebowstąpienia w Tomsku umieszczono relikwie pustelnika Kuźmicza, przez wielu uważanego za świętego. Bo nie był to zwykły pustelnik, o, nie! Legenda głosi, że był to sam car Aleksander I... Latem 1825 r. w Taganrogu na dworze cesarskim znajdującym się przy boku cara Aleksandra I ogłoszono, że car zmarł na cholerę (istotnie panowała wówczas epidemia cholery na południu Rosji). Jednak – jak się później okazało – nieboszczyk nie był carem. W dniu uroczystego pogrzebu odpłynął z czarnomorskiego portu w Taganrogu brytyjski statek, na pokładzie którego znajdował się Aleksander I, który podobno kazał zawieźć się do Ziemi Świętej, oczywiście incognito. Po odprawionej tam pielgrzymce Aleksander I zniknął na długie lata. Co było potem, nikt nie wie. Lecz po latach na Syberii – właśnie w Tomsku – pojawił się nieznany nikomu starzec, który nie próbował udowadniać swojej tożsamości i twierdził, że nazywa się Kuźmicz. Żył w małej chatce pośród tundry, leczył ludzi i pomagał zwierzętom. Podobno istnieją oficjalne dowody na to, że Kuźmicz naprawdę był Aleksandrem I. I taka właśnie o nim krąży dzisiaj legenda i Rosjanie, a już szczególnie Syberyjczycy, w nią wierzą. Na załączonej tu fotografii z Tomska widać strażnika relekwii popa Ioanna – pośrodku. Z lewej ten brodaty mężczyzna to Eugeniusz Kowalewski, podróżnik, który przebył przez wszystkie kontynenty i wszystkie oceany na kuli ziemskiej. Z prawej natomiast – autor niniejszego opowiadania. W tle widnieje ołtarz, w który wbudowano relikwie świętego Kuźmicza.

Na zakończenie krótkiego pobytu w Tomsku wybrałem się do miejscowego teatru, w którym szedł angielski spektakl pod przedziwnym tytułem: „On, ona, okno i nieboszczyk”. Tyle o Tomsku.

Wróciłem do Krakowa, aby opowiedzieć o tym wszystkim Wielkiemu Księciu Ryszardowi. Nie wiem, czy opublikuje tę opowieść w kwartalniku Wiadomości Monarchistyczne, którego jest naczelnym redaktorem. Między innymi trudno dostępnymi ciekawostkami znalazłem tam bardzo interesujące materiały o pracach naukowych w dziedzinie termodynamiki, wykonanych przez króla Leszczyńskiego. Tego samego, który potajemnie uciekł z Warszawy do Francji. Jeszcze ciekawsza jest anegdota o cesarzu Franciszku Józefie II, przez wiele lat miłościwie panującemu Austro-Węgierskiemu Cesarstwu, ze stolicą w Wiedniu, oraz takim osławionym miastom jak Budapeszt, Kraków i Lwów. A propos, to mój dziadek Antoni zakupów dokonywał w Wiedniu – a daleko jechać nie musiał, bo gospodarkę miał w Kalwarii w Galicji. Według anegdoty, którą znalazłem w Wiadomościach Monarchistycznych, jeden z podchmielonych piwem studentów w krakowskiej karczmie wskazał ręką na portret dostojnego monarchy i orzekł „stary pierdoła”. Aresztowano go natychmiast, a policja wysłała oficjalne pismo do dziekana Uniwersytetu Jagiellońskiego z prośbą o poprawny przekład tych słów na język niemiecki. Rada uczonych filologów na uniwersytecie pospieszyła z wyjaśnieniem, że taki zwrot stosuje się do opisania „starszego mężczyzny o dobrodusznym usposobieniu”. Oczywiście, studenta zwolniono z aresztu.

Podobno jednak to nie Kraków był stolicą austriackiej Galicji, lecz Lwów. A najbardziej ulubionym miastem Franciszka Józefa II w tejże Galicji nie był ani Kraków, ani Lwów, lecz... Czerniowce. Piękne miasteczko na kresach dawnej Polski, a dziś na Ukrainie o rzut kamieniem od granicy z Rumunią. Oczywiście, pojechałem tam latem. Miasto jest dziwne, trochę jak Kraków, a jednak inne. To tutaj spotykały się ze sobą i mieszały kultury Zachodu, Wschodu, Północy oraz Południa. Tutaj też płynie czysta jak kryształ rzeczka Prut, której nazwa dała natchnienie słowom huculskiej piosenki:

Tam szum Prutu, Czeremoszu
Hucułom przygrywa,
A ochocza kołomyjka do tańca porywa.
Dla Hucuła nie ma życia jak na połoninie;
Gdy go losy w doły rzucą,
Wnet z tęsknoty zginie.

W tych to właśnie stronach zginął tragicznie mój ukochany czarny pies Kapitoch, przejechany przez pędzący samochód. Kapitoch mieszkał na wsi niedaleko od Czerniowców u Jurija i Murki. Jako urodzony dowódca „alfa” przewodził hordzie miejscowych psów różnych maści. Ludzie we wsi nazywali go „umnik” lub też „krasawiec” – bo istotnie był i mądry, i piękny. Odznaczał się białą strzałką na łbie oraz białymi „skarpetkami”. Potrafił też czytać ludzkie myśli.

Podobno cesarz Franciszek Józef II, gdy mówił o Czerniowcach, nazywał je „Wiedniem Wschodu”. Jak bardzo dzisiejsza Galicja, podzielona różnymi durnymi granicami ignorującymi Unię Europejską oraz zdrowy rozsądek, ciąży ku Austrii i Węgrom niech świadczy „Festival Pannonica”, czyli festiwal muzyki bałkańskiej, rumuńskiej, węgierskiej, cygańskiej i słowackiej. Hasłem festiwalu były słowa „Pannonica – ogień nie muzyka”. Odbył się w małej wiosce Barcice w dolinie Popradu, położonej między Starym Sączem a Piwniczną, obok naszej granicy ze Słowacją. Oj, działo się, działo...

Bo oprócz nostalgicznej, lub też wprost odlotowej – z lekka tureckiej – muzyki, były tam tańce rozlicznych narodów Austro-Węgier, a także – dla chcących – nauka prac rzemieślniczych z dawnych wieków, tak zwane „warsztaty”. Szefowała festiwalowi pani Urszula Nowak z Radia Alpha w Krakowie, którą uwieczniłem na załączonym zdjęciu. Radiowa „dwójka” z Warszawy nadała nocny koncert z nagraniami z festiwalu, a przymiotnik „pannonica” pochodzi od nazwy „puszta”, czyli spalonego słońcem pola w środkowych Węgrzech, zwanego Panonia.

Tu, w Krakowie, na pewno bliżej nam do Wiednia i Budapesztu, niż do Petersburga, Moskwy lub Tomska. A być może, jeśli rzeczy pójdą po myśli Wielkiego Księcia Ryszarda, to właśnie na tej ziemi odbudujemy dawną królewską i potężną Polskę. Warto zauważyć, że własna moneta tej przyszłej monarchii już istnieje i nazywa się „tępa podkowa”. Póki co, istnieje też Wielkie Księstwo Krakowskie, w szeregi którego wszystkich sympatyków, znajomych i nieznajomych – serdecznie zapraszam.