Strona główna / Prosto z Polski / Wałęsa – prawda i legenda

GP #3, 29 stycznia 2011 r.

Wałęsa – prawda i legenda

Z mgr PAWŁEM ZYZAKIEM, autorem głośnej i kontrowersyjnej książki Lech Wałęsa – idea i historia. Biografia polityczna legendarnego przywódcy „Solidarności” do 1988 roku, rozmawia EDWARD DUSZA

EDWARD DUSZA: Polacy w USA uważają Pana za autora najgłośniejszej – w dziejach wszystkich Rzeczypospolitych razem wziętych – pracy magisterskiej. Droga Pańskiej edukacji jest, co tu dużo mówić, zadziwiająca. Czy może Pan podzielić się z naszymi czytelnikami swoją biografią?

PAWEŁ ZYZAK: Na tym etapie życia mogę z Państwem podzielić się co najwyżej swoim biogramem. Sądzę, że i tak jest on jeszcze wystarczająco nudny, aby go powielać. Powiem w skrócie, że trochę więcej niż dwa lata temu, za sprawą niepisanego zakazu wydawania książek niezgodnych z linią historyczną tzw. „pookrągłostołową”, przeszkodzono mi w kontynuowaniu kształcenia. Straciłem pracę w Instytucie Pamięci Narodowej, wcześniej nie przyjęto mnie na studia doktoranckie pod pretekstem, że biografia Wałęsy to nie historia a politologia. Jedyna szkoda, jaką wyniosłem z tzw. „sprawy Zyzaka”, to strata tego pilnego czasu na naukę. Dopiero teraz wróciłem na właściwe tory i mogę uczyć się na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Przyjęto mnie także na Uniwersytet Jagielloński, lecz zdecydowałem się na krok do przodu, a nie w tył. Jedno z polskich powiedzeń mówi, że dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi. Sądzę, że właśnie tego mi brakuje: wiedzy i doświadczenia. Pomimo faktu, że grupa, która teraz rządzi krajem, kiedyś zakwalifikowała mnie do swoich najprzebieglejszych wrogów.

– Wałęsa dla mojego pokolenia był symbolem. Przyznam, że nigdy nie byłem zauroczony jego legendą. Widziałem go dwukrotnie w Rzymie, po raz pierwszy jeszcze jako przewodniczącego NSZZ „Solidarność”, drugi raz w czasie wyniesienia na ołtarze karmelity bosego, o. Rafała Kalinowskiego. Pamiętam scenę z Bazyliki św. Piotra: dwóch prezydentów, polski i litewski, papież, turyści – głównie katolicy z Polski, Litwy, Stanów Zjednoczonych i Kanady. Nasz fotoreporter, Rick Hammond, zapytał mnie wtedy: „Ten nadęty facet to wasz Wałęsa?” A więc nie tylko ja odebrałem jego zachowanie negatywnie. Dlaczego wybrał Pan akurat za temat swojej pracy magisterskiej Lecha, i to w chwili, kiedy jego legenda zaczęła się dość groźnie kruszyć?

– Zupełnie jak fotoreporter Hammond doznałem konfliktu poznawczego. Lech Wałęsa podręcznikowy – wielki i niezwyciężony człowiek – wraz z każdą swoją publiczną wypowiedzią, każdą kolejną decyzją polityczną i prezentowanym przezeń sposobem bycia zaczynał się w oczach kilkunastoletniego, nasyconego patriotyczną literaturą chłopaka sypać. Faktem jest więc, że gdy zaczynałem pisać biografię, niewiele pozostało z mojego umiłowania dla Wałęsy. Nie znikła jednak fascynacja pytaniem, jak człowiek tak skonstruowany mentalnie mógł zostać symbolem upadku komunizmu? Gdy zaczynałem opisywać Wałęsę, od odkrywania jego działalności w WZZ począwszy, historia byłego prezydenta całkowicie mnie pochłonęła. Tajemnica za tajemnicą. I ja odkrywam te tajemnice. Odkrywam nowych, a tak naprawdę zapomnianych bohaterów, nowe fakty, nieopisane dotąd podziały i wybory. Czysta robota detektywistyczna.

– Obserwując życie polityczne w Polsce odnosi się wrażenie, że jest to kraj chory. Ja i wielu moich przyjaciół, emigrantów politycznych, nie chcemy do kraju wrócić. Wyrozumiałość polskiego sądownictwa wobec sprawców morderstw politycznych, poczynania wielu „ideologów” i „polityków”, którzy, jak pamiętam, jedli kiedyś z naszej, wychodźczej ręki, którzy wypisywali bzdury w pismach emigracyjnych (oczywiście nie za darmo), korzystając ze szczodrobliwości najróżniejszych polonijnych organizacji i fundacji, czy w końcu z forsy obcych wywiadów, zakłamanie, korupcja i brak najmniejszej nawet troski o przyszłość narodu to po prostu zjawiska zatrważające. Dochodzą do tego jeszcze poczynania wynikające z wiary poniektórych w swoją misję historyczną, bezkarność i samowładztwo. Polska jest, według mnie, krajem Quislingów, ale takich tanich, krótkowzrocznych, za dychę, jak to się mówiło kiedyś u nas w Krakowie. No bo sam Pan i inni historycy niezależni, jak na przykład Sławomir Cenckiewicz, jesteście ofiarami tego coraz bardziej zdegenerowanego systemu. Czy wierzy Pan, że Polska będzie kiedyś krajem normalnym?

– Wśród ludzi, których określił Pan mianem Quislingów, nie ma nikogo z poczuciem misji historycznej. Znajdują się wśród nich sfrustrowani opozycjoniści, którzy przez lata obserwowali innych byłych opozycjonistów, robiących pieniądze i kariery korzystając z liny rzuconej im przez komunistów, oczywiście nie za darmo, przekonani, że teraz przyszedł ostatni moment, by zaspokoić choćby pragnienie władzy. To także często ludzie o wyolbrzymionych ambicjach i nadmiernie rozbudowanym ego. Inni to zwyczajni businessmani polityczni, szukający poprzez stanowiska państwowe nie tyle pieniędzy, bo pensja poselska w Polsce jest śmieszna, ile kontaktów i dojścia do informacji, np. związanych z giełdą. Jeszcze inni to ludzie uciekający do przodu przed prawem, albo szukający zemsty. Tak, Polska jest państwem Quislingów, bo tzw. socjalizm w Polsce był po prostu okupacją sowiecką. Współautorami III RP są komuniści, a więc tak naprawdę jej współgospodarzami. Jak wobec tego zakwalifikować kolaborantów kolaboranta?

– W chwili obecnej polska emigracja polityczna – a taka ciągle istnieje – pomimo skromnych środków stara się wspierać przedstawicieli niezależnej myśli polskiej. W dobie, kiedy tak naprawdę doszło do totalnego upadku prawdziwego dziennikarstwa w kraju, kiedy większość ludzi prasy wierzy w poprawność polityczną i oddaje się w służbę politycznych partii i haniebnej walce z Kościołem, kiedy na arenę codzienności zaczynają wkraczać dawne metody zamordyzmu i pomówień – nawet ta ograniczona działalność emigracji wydaje mi się niezmiernie ważna. Nie wiem, czy zdaje sobie Pan sprawę z faktu, że czytelnik emigracyjnej prasy domaga się wiadomości o Panu i innych publicystach, którzy starają się uczciwie dokumentować prawdę. Był Pan u nas, wprawdzie krótko. Jak Pan postrzega działalność Polaków w Ameryce?

– Wciąż jesteście kawałkiem Polski na obczyźnie. Najlepszą częścią narodu polskiego. Z jednej strony zrobiłbym wszystko, aby ściągnąć was do kraju, z drugiej – zachęcił do bardziej aktywnego włączenia się w życie publiczne w Ameryce, rozwoju ośrodków polonijnych itd. Po prostu więcej wiary w siebie. Generalnie, nam wszystkim, przez te nieszczęścia nazizmu i komunizmu, zwyczajnie brakuje przebojowości. Spędziłem pół roku w Stanach Zjednoczonych, a niedługo jadę na kolejny, podobny okres. Nasza młodzież wykształceniem i intelektem dorównuje amerykańskiej, a może nawet ją przewyższa. Młodzi Polacy trzymani są w Polsce w zamknięciu i brakuje im wiary w siebie. Nie daje się im możności autentycznego odwiedzania świata – zwiedzania, kształcenia, a jedynie nie zabrania wyjazdów zarobkowych. Tak trafiają do polskich gett na Zachodzie i znowu są odcięci od świata. Na ten i na inne sposoby wzmacnia się w nich kompleksy, dzięki czemu łatwiej nimi manipulować. Jak więc można mówić o zdrowych psychicznie adeptach polityki, dziennikarstwa, nauki?

– Wśród Polonii amerykańskiej panuje przekonanie, że brakuje nam „odpowiednich ludzi”, zwłaszcza filologów, historyków, archiwistów, profesorów na amerykańskich uniwersytetach, znawców problemów polityki. Tak jest rzeczywiście. Polonijną „Misją Polską” w Orchard Lake kieruje człowiek bez podstawowego humanistycznego wykształcenia, cennymi polskimi książkami (starodrukami) zajmuje się tam z kolei osoba, która nie zna języka polskiego, galeria sztuki, zamknięta zresztą, nie ma fachowej opieki. Coraz więcej polskich bibliotek ulega rozproszeniu. Jesteśmy pozbawiani też naszych zbiorów przez kraj. Polscy archiwiści przyjeżdżają do Stanów, „doradzają Polonusom”, usiłują im patronować i narzucać swoje własne metody pracy, a w rezultacie giną cenne obiekty archiwalne. Potrzebuje Pan przykładu? Przebywał w Orchard Lake archiwista z PRL, przepraszam, z Polski, z Łodzi, niejaki Paweł Pietrzyk. Zajmował się, bez nadzoru, archiwami. No i co? Zaginął list Jana III Sobieskiego. Sprawa do chwili obecnej nie została załatwiona, bo nikomu na tym najwyraźniej nie zależy... Sprawę dewastacji polskich zbiorów przedstawiła w prasie znana pisarka, Mirosława Kruszewska. No i ona, i redaktorzy polonijnych gazet dostali listy adwokackie z pogróżkami. W ten właśnie sposób bronią się przed krytyką Zakłady Naukowe w Orchard Lake... Zamiast dyskusji, wyjaśnień – groźba procesu sądowego.

– Moim zdaniem, to nie kwestia wykształcenia, ale dobrego prowadzenia się. W Polsce nie nabywa się dobrych przykładów, jak należałoby obchodzić się z archiwaliami. Z tego względu o zbiory, które znajdują się na terenie Stanów Zjednoczonych, jestem spokojniejszy niż o polskie. III RP nie ma szczęścia do zbiegów okoliczności: kolejne archiwa zalewają szamba, niszczy je działanie środków chemicznych, oraz szczęścia do ludzi: kradzieże, wypożyczanie sobie ważnych dokumentów na całe lata, aby opóźnić dostęp reszcie badaczy, niszczenie zbiorów. W archiwach tak naprawdę potrzeba sprawnych menadżerów i uczciwych ludzi. Fizyk czy lekarz, każdy będzie pasował, byleby pozbawiony był wrogich polskiej kulturze odruchów. Ale żeby tych odruchów nie było, musi rzeczywiście najpierw polską historię znać. Nieoceniona jest pod tym względem rola takich instytucji jak Fundacja Kościuszkowska i Instytut Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku. Organizacje te wspierają badania nad polsko-amerykańskimi dziejami. Mogą ponadto wspomagać historyków, którzy mają solidne inklinacje do zajmowania się tą tematyka. Nawet polscy badacze z macierzy mogą brać wciąż wzór z takich ludzi-instytucji, jak z księdza prałata Romana Nira, byłego dyrektora Archiwów Polonii przy Zakładach Naukowych w Orchard Lake, czy iść śladami lub nawet kontynuować dzieło księdza Wacława Kruszki czy Mieczysława Haimana.

– Budującym dla mnie zjawiskiem jest to, że wy, nowe pokolenie historyków, nie wybieracie emigracji na miejsce swojej działalności. Wiem, że istniały realne zresztą zamiary zdobycia katedr uniwersyteckich w USA dla kilku wybitnych naukowców z Polski. Ogromną rolę odegrała tu Fundacja Rodziny Adama M. Bąka z Nowego Jorku. Wiem też, że zamierzano domagać się od Zarządu Zakładów Naukowych w Orchard Lake powierzenia kierownictwa Archiwum Polonijnego oraz Biblioteki jednemu z głośnych historyków młodego pokolenia z kraju. Czy Pan kiedykolwiek zdecydowałby się na pracę poza granicami Polski?

– Dziś praca za granicą wygląda zupełnie inaczej niż jeszcze przed dekadą. Do Poznania na uniwersytet jadę pociągami ok. 8 godzin, czyli tyle czasu, ile mniej więcej zajmuje lot samolotem z Warszawy do Nowego Jorku. Należę do osób poszukujących wyzwań i, jak Panu zasugerowałem powyżej, walczących z własnymi, doskwierającymi młodemu pokoleniu w Polsce, kompleksami. Każda praca, która będzie podnosić moje kwalifikacje, zaś dotychczasowe przekładać na zysk dla pracodawcy, będzie dla mnie wyzwaniem.

– Na zakończenie: przeczytałem Pańską książkę o Wałęsie z ogromnym zainteresowaniem i... smutkiem. Nie chcę powiedzieć: ideał sięgnął bruku, nie, nie o to chodzi. Jestem z pokolenia oraz z tych kręgów emigracji, które, chociaż z daleka, ale brały czynny udział w tym, co działo się wówczas w kraju. Robiliśmy swoje na emigracji, czego jeszcze nie dostrzegają historycy krajowi. Wielu z nas nawet w czasie wielkiej solidarnościowej euforii nie mogło uwierzyć w ten obraz Wałęsy, jaki on sam i jego zwolennicy usiłowali nam przekazać. Dzisiejsze zachowanie Wałęsy, a także jego rodziny, myślę tu o wystąpieniu do sądu jego córki w związku z Pańską pracą magisterską, próby zaciemniania prawdy historycznej przez usuwanie czy korygowanie dokumentów potwierdza tylko to, że Pańska książka była potrzebna. Jesteśmy Panu winni niezmierną wdzięczność za jej napisanie.

– Serdecznie dziękuję, a niejako na zachętę powiem Panu, że właśnie rolą emigracji amerykańskiej we wspieraniu takich ludzi jak Lech Wałęsa obecnie się zajmuję. Należą Państwo do cichych bohaterów, którym dedykowałem swoją pierwszą i na razie jedyną publikację.

Paweł Zyzak, ur. 1984 r. w Żywcu, ukończył historię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Autor głośnej pracy pt. Lech Wałęsa – idea i historia. Biografia polityczna legendarnego przywódcy „Solidarności” do 1988 roku (Arcana, 2009), która wstrząsnęła światem polskiej polityki. Były pracownik Instytutu Pamięci Narodowej, b. pracownik (magazynier) supermarketu w Bielsku Białej, b. wydawca periodyku W prawo zwrot, b. redaktor pisma Zapis Śląski. Odbył czteromiesięczny staż w Institute of World Politics w Waszyngtonie, z inicjatywy polonijnych organizacji spotykał się z Polakami w Stanach Zjednoczonych. Obecnie na pierwszym roku studiów doktoranckich (Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu). Laureat prestiżowej Nagrody im. Józefa Mackiewicza. Zaciekle zwalczany, wręcz szkalowany przez lewicę w Polsce.