Strona główna / Prosto z Polski / Dobre słowo

GP #6, 10 marca 2012 r.

Dobre słowo

JAN SIWMIR

Tatry
Fot. Jan Siwmir

– Duje! Lepiej przyjechać jeszcze za dnia. – zakończył gospodarz rozmowę. Wiało jeszcze przez dwa dni po przyjeździe do Bukowiny. Ostrzeżenia lawinowe, góry spowite grubym całunem ołowianych, śniegowych chmur. Przyjechałem z konkretnym zamiarem. Trzecie podejście do Gęsiej Szyi zimą, by wreszcie utrwalić na zdjęciu panoramę Tatr. Upłynęło już dwadzieścia lat od chwili, gdy koleżanka ze studiów, rodowita góralka, zaciągnęła mnie w to miejsce i oznajmiła: – Teraz już wiesz, dlaczego nasze góry są najpiękniejsze na świecie!

Wiedziałem, ale przekonałem się potem nieraz, że chimeryczne i nieprzewidywalne, jak kobiety. Ileż to wysiłku trzeba włożyć, by ukazały swe piękno w pełnej krasie? A w dodatku potrafią być niebezpieczne i zdradliwe, o czym przekonał się niejeden śmiałek. Póki co, wygrzałem się w termalnych basenach, wytarzałem w śniegu i zacząłem z niecierpliwością oczekiwać zmiany aury. Na domiar złego stwierdziłem, że w tych 10 kilogramach sprzętu fotograficznego brakuje kilkunastogramowego kabelka. Wykopałem samochód z zaspy i ruszyłem na polowanie do Zakopanego. Skuteczne. Straciłem jednak na Krupówkach prawie cztery godziny, nie licząc obiadu. Tradycyjnie wracałem przez Jaszczurówkę, nie przez Poronin. Może i trudniej, ale widoki wynagradzają dłuższą i bardziej niebezpieczną trasę. Tuż przed wyjazdem na rozjazd Bukowina-Łysa Polana pojawiła się niespodzianka. Słońce! Wykręciłem w stronę przeciwną, niż należało, zaparkowałem na niewielkim parkingu i porywając plecak ze sprzętem, kurcgalopkiem popędziłem szlakiem na Rusinową Polanę. Dopadłem szerokiej przesieki po wyrębie w ostatnim momencie. Granatowe chmury gnały ze wszystkich stron ku zachodzącemu słońcu. Jedno, drugie, trzecie przejaśnienie wyzłacające najwyższe szczyty. Sześć klapnięć lustra i... koniec. Chmury szczelnie zakryły purpurową tarczę, na wyświetlaczu pojawił się komunikat: karta zapełniona.

Termos z gorącą herbatą, dwie kanapki, tabliczka czekolady, namordnik (jak nazywam polarowy ochraniacz na nos i usta) – chyba o niczym nie zapomniałem, lecz dla wszystkiego jeszcze raz sprawdziłem ekwipunek. Zgodnie z prognozą, nad ranem się wypogodziło i temperatura spadła. Szyby pokrywała solidna warstwa szronu. Raźno zabrałem się za skrobanie. Bezskutecznie. Skrobaczka pozostawiała na szybie przymarzniętą warstwę – idealnie równy omszony mat. Teraz zrozumiałem, skąd wzięła się handlowa nazwa – mrożone szkło. Pozostało cierpliwie czekać, aż silnik się rozgrzeje, a nadmuch ciepłego powietrza zrobi swoje. Wyjechałem 20 minut później niż zaplanowałem. 25 stopni mrozu, to nie w kij dmuchał. Przełożyłem z plecaka do kieszeni zapasowe baterie i akumulatory, założyłem raki. Noc była bezksiężycowa, skrzące na niebie gwiazdy zapowiadały pogodny świt. Oświetlając drogę ręczną latarką zagłębiłem się w mrok lasu, tylko skrzyp śniegu pod butami mącił ciszę. Do kaplicy na Wiktorówkach zdołałem nawet siedem straconych minut odzyskać. Na Rusinową Polanę dotarłem, kiedy zaczynało szarzeć. Tu już szlak nie był ubity. Wyznaczały go jedynie ślady nart. Raz po raz zapadałem się  w kopny śnieg po kolana. Pół godziny zajęło mi dotarcie do przeciwległego krańca polany. Świtało, na moje potrzeby stanowczo za wcześnie. O tej porze powinienem już stać na skałkach na Gęsiej Szyi. Cóż, panorama poczeka jeszcze rok. Wyciągnąłem aparat – języki mgły w kotlinach, choiny pokryte czapami puszystego śniegu, osypującego się po liźnięciu promieni wschodzącego, ale już ostrego słońca – miałem co fotografować. Kiedy zgrabiałe palce zaczęły odmawiać posłuszeństwa aparat wrócił do plecaka. Wydobyłem termos i kanapki. Wraz z wracającą energią zaczęły kluć się nowe plany. Może by tak do Kuźnic, na Kasprowy i kawałek w stronę Świnicy? Powinienem zdążyć, gdyby kolejka do kolejki była w miarę krótka. Chyba że dopadnę przy kapliczce kogoś, kto opowie mi jakąś ciekawostkę. Dominikanie, którzy opiekują się sanktuarium, albo może TOPR-owcy z mieszczącego się tam ośrodka.

Uskrzydlony nadzieją ruszyłem z kopyta. Dziwnym trafem pośliznąłem się na grudce lodu i klapnąłem na cztery litery dokładnie przy miejscu, gdzie czternastoletniej Marysi Murzańskiej ukazała się postać „jaśniejącej pani”. Rozcierając obolałe mięśnie podumałem chwilę, któż może cieszyć się z ludzkiego pośpiechu. Błogosławiąc jednocześnie tego, kto wpadł na pomysł, by pomieszczenie przy kaplicy udostępnić turystom. Wiedząc, że zawsze czeka tam kocioł pełen gorącej herbaty, nacisnąłem klamkę.

– Dzie... – zacząłem formułkę powitalną, lecz nie dane mi było dokończyć. Na oko dwudziestokilkuletni chłopak z naręczem polan do kominka kokosił się w drzwiach po drugiej stronie izby.

– Drzwi niech zamyka. Przeciąg robi. Łażą takie, przeciągi robią i jak tu ma się nagrzać.

Zahurgotały rzucone pniaki. Chłopak z impetem zatrzasnął drzwi. Z podwórza zaczęły dobiegać uderzenia siekiery.

– A... Pochwalony... siadajcie se panocku. – na ławie za stołem siedział wręcz książkowy góralski gazda. Cyfrowane portki, obuty w kierpce, na ramiona narzucona cucha. Ogorzała, poorana zmarszczkami twarz i siwe włosy mówiły, że większy szmat życia już poza nim, ale trzyma się dobrze. Jak stary, zasuszony korzeń, który wyrwać się nie da, a i złamać go trudno. – Wolę witać się po staremu. Ale na powitanie każde słowo dobre, jeśli tylko jest dobre. I dobrze, jak z rana ktoś ci je podaruje. A jest ono jak dług. Zawsze trzeba go oddać. Ten młody jeszcze nie wie, ale się nauczy. Był tu kiedyś już taki. Jak chcesz, to ci opowiem. Tylko nalej se herbaty i powiedz jak do ciebie mówić, bo mnie na chrzcie Jędrzej dali.

– Jan.

– Też pięknie. Kiedy w 36 roku Bukowianie stawiali kaplicę, jednym z cieśli był Kuba z Cichego. Tu, gdzie teraz siedzimy stał szałas, z paleniskiem. Mróz tego dnia był siarczysty, jak dziś na Kubę przyszła kolej pilnować ognia. I wtedy nadszedł pielgrzym. Musiał nadejść od Rusinowej, pewnie aż od słowackiej strony szedł. Otworzył wierzeje i powiedział „Dobry deń”. „Nie puszczaj mrozu do środka” – krzyknął Kuba. Pielgrzym nic nie odpowiedział, podszedł do ogniska i zaczął wygrzewać sękate, zniekształcone artretyzmem dłonie. Zza pazuchy wydłubał zawinięty w szmatę kawał chleba. Kiedy się posilił, skłonił się Kubie i powiedział: „ Za gościnę i ogrzanie, dzięki składam. Tobie radę niosę. Ucz się dobrym słowem na dobre słowo odpowiadać, bo jeśli się nie nauczysz, za dziesięć lat będziesz musiał to odpokutować”. Przetoczyła się wojna, cieśla ożenił się, ale dzieci nie miał. Co teściowa przyjechała, suszyła mu głowę. Na targu potrafiła wykrzyczeć, że do machania siekierą to dobry, ale do robienia dzieci, to nadaje się jak gęsie g... do zaprawy i że będzie musiała lepszego majstra dla córki znaleźć. Przypomniało mu się spotkanie z pielgrzymem i poszedł po pokutę na Wiktorówki. Potem Kuba zaczął co niedziela przychodzić do kaplicy, gotował wodę, parzył herbatę, a po mszy do zmierzchu chodził po szlaku, witał się z każdym wędrowcem i zapraszał do kaplicy na poczęstunek. W 56 roku, na komunii czwartego syna, ksiądz powiedział Kubie, że z tym poczęstunkiem dla turystów, to dobry pomysł. Zdziwiony Kuba popatrzył na księdza. „Przecież ojciec sam mi taką pokutę zadał” – krzyknął zdumiony. „Nie przypominam sobie” – odparł duchowny. „No, w pierwszą niedzielę lutego dziesięć lat temu” upierał się cieśla. „Tym bardziej, leżałem w łóżku z wysoką gorączką, na pewno nikogo nie spowiadałem”.

Trzasnęły drzwi. Wparował chłopak z następnym naręczem polan.

– I to od tej pory na Wiktorówkach zawsze można napić się gorącej he... – słowa zamarły mi na ustach. Na ławie przeciągał się pręgowany, rudo-bury kocur. Wlepił przez chwilę we mnie wzrok, ślepia ku mojemu zdziwieniu miał nie zielone, lecz bursztynowo-złote. W pierwszym momencie chciałem zapytać chłopaka o gazdę Jędrzeja, lecz jednak zrezygnowałem. Kot zeskoczył na podłogę, otarł się kilka razy o moje nogi i wyprysnął do kuchni. Zatrzymał się w progu i przeciągle miauknął. Opuściłem pomieszczenie dla turystów, schodząc, próbowałem definitywnie ustalić, na co w końcu upadłem, czy też na co padł mi potężny tego ranka mróz.