Strona główna / Prosto z Polski / Odnowa duchowa w Tyńcu

GP #8, 10 kwietnia 2010 r.

Odnowa duchowa w Tyńcu

MIŁOSZ P. WNUK

Pytany jestem niekiedy o to, co skłania mnie do częstych podróży ze Stanów do Polski. Każda z nich jest przecież daleka, męcząca i kosztowna. Odpowiedź na pytanie nie jest prosta. Tym bardziej że w grę nie wchodzi wizyta u rodziny ani też określone sentymentalne więzy, które każdego z nas zamieszkałego po tej stronie Atlantyku łączą z ojczyzną, z Polską. Oczywiście, w moim przypadku więzy takie również istnieją, ale nie są konkretne i niełatwo dadzą się zdefiniować. Są po prostu nieuchwytne, więc jeśli nawet dla mnie są niejasne, to jak wytłumaczyć rzecz innym? Nie mogę bowiem powiedzieć tak po prostu: „lecę do rodziców, do brata albo też cioci”, bo tak nie jest. Jaka jest zatem prawda?

Tyniec
Opactwo benedyktynów w Tyńcu

Mój sekret najłatwiej będzie odkryć i zrozumieć, jeśli powiem: „lecę do Tyńca”. Tam jest sedno sprawy, tam bowiem znajduję coś, czego w Ameryce nie ma.

Ale i to „coś” też nie daje się łatwo i jednoznacznie określić. Coraz szybsze tempo współczesnego życia prowadzi do przeciążenia nie tylko naszego umysłu, lecz również całego układu nerwowego. Końcowy rezultat tego zjawiska objawia się jako tak zwana choroba cywilizacyjna. I chociaż podobnie dzieje się na całym świecie, nie tylko w Stanach, to sposoby diagnozy oraz leczenia tej choroby są bardzo odmienne w różnych krajach i na różnych kontynentach. Ta współczesna choroba na pewno nie jest wirtualną lub też wymyśloną chorobą. Jest nie mniej groźna od cukrzycy, grypy czy też zapalenia płuc. Z własnego doświadczenia wiem, czego doznaje człowiek, który przechodzi przez kolejne fazy tych wszystkich chorób w dowolnej kolejności i o różnym natężeniu. Kiedy wydaje się, że życie traci sens i że dochodzi do pewnej granicy wytrzymałości psychicznej, nasz system daje sygnał ostrzegawczy. Sądzę, że tego wewnętrznego głosu należy usłuchać.

W Ameryce bardzo popularne są wizyty u psychologa, psychoterapeuty lub też u psychiatry. W Polsce obserwujemy podobny trend, chociaż na szczęście nie aż tak zaawansowany. W USA ludzie znajdują pomoc w dwóch postaciach: w szczerej rozmowie z lekarzem – coś w rodzaju spowiedzi bez księdza – oraz w postaci farmaceutycznej. Jeśli pacjent nie wyraża sprzeciwu, można rozpocząć leczenie przy pomocy mocnych leków psychotropowych. Wtedy jednak zupełnie tracimy kontrolę nad swoim samopoczuciem, które jest niejako sterowane z zewnątrz, oraz nad swoją osobowością. A to już jest diametralna zmiana jakości i stylu życia.
Dużo bezpieczniej i łatwiej jest podnieść słuchawkę telefonu i porozmawiać z przyjacielem, o ile taki istnieje. Można też pójść do pobliskiego baru na szklaneczkę piwa lub dwie. Jak powszechnie wiadomo, to też podnosi ducha i często jest o wiele skuteczniejsze i mniej kosztowne od wizyty u psychiatry. Dla trochę bardziej uduchowionych „osobników zgorzkniałych” istnieje jeszcze prostszy sposób. Wystarczy półgodzinne słuchanie muzyki poważnej, zawsze pięknej, która skłania do medytacji i stopniowo przywraca spokój ducha, a nawet poczucie szczęścia.

W medycynie alternatywnej istnieje teoria, według której najważniejsza dla naszego zdrowia – nie tylko psychicznego, lecz po prostu zdrowia – jest równowaga ego (to jest ciała, umysłu i duszy) z otaczającym nas wszechświatem. Każde zakłócenie tej równowagi objawia się chorobą. Tak podobno nasz organizm reaguje na brak dostrojenia ciała i umysłu do energii kosmicznego tła, które nas zewsząd otacza. Innymi słowy, stan taki jest równoważny z utratą kontaktu człowieka ze Stwórcą.

Aby ów kontakt odnaleźć i odbudować jego wewnętrzną strukturę, potrzebny jest świadomy wysiłek. Jeśli idzie o mnie, to słucham muzyki Chopina lub... lecę do Tyńca. Tego pierwszego sposobu nauczył mnie Józef Czapski, malarz i pisarz polski, który sporą część życia spędził na emigracji w Paryżu. Przed wielu laty spotkałem go w redakcji Kultury paryskiej, kiedy gościłem w Maison Lafitte u Jerzego Giedroycia. Wspominając swój przymusowy pobyt w Rosji, pewnego razu powiedział mi: „aby nie zwariować, słuchałem muzyki Chopina”. Czapski opisał swoje losy w sowieckich łagrach w książce, której tutuł mówi wiele, jeśli nie wszystko – Na nieludzkiej ziemi. System sowiecki był rzeczywiście nieludzki, a jednak zwykli Rosjanie, których Czapski w tym kraju spotykał, byli dobrymi ludźmi. I tego autor książki bynajmniej nie ukrywa.

W Tyńcu istnieje „duchowe spa”, nowoczesny ośrodek umiejscowiony w starym opactwie benedyktynów. Otwarty jest dla wszystkich gotowych poddać się regułom i dyscyplinie terapii duchowej. Podobne spa istnieją w innych miejscach w Polsce – Karmelitański Dom Modlitwy w Piotrkowicach, dominikański Dom Rekolekcyjny w Korbielowie czy też Pustelnia Złotego Lasu niedaleko Sandomierza. Można tam wybrać medytacje grupowe, warsztaty pedagogiczne lub też przyjechać indywidualnie. Z pełnym szacunkiem dla tych dostojnych instytucji, wybieram Tyniec. I to nie tylko dlatego, że znam osobiście i szanuję opata ojca Bernarda, lecz przede wszystkim dlatego, że Tyniec to fragment prawdziwej Polski, tej, która przetrwała wieki niepowodzeń, niewoli i upokorzeń. Znam w Tyńcu wielu ludzi z imienia, znam ich problemy, ba! – znam nawet nazwy ulic na pamięć, i wiem, że należę do tego miejsca tak, jakbym się tam urodził.

Piękna Tyńca nie trzeba sławić ani opisywać. Trzeba je zobaczyć i ułożyć w pamięci i sercu jak w sejfie chroniącym drogocenne skarby. Kiedy jeden z moich bliskich znajomych, Mario, zadał mi nieoczekiwane pytanie, nieomal intymne, „dlaczego pan tu przyjeżdża?”, odpowiedziałem pół-żartem pół-serio: „bo lubię Lucynę”. Żona Mario, właśnie Lucyna, siedziała razem z nami obok bożonarodzeniowej, przepięknie ubranej choinki. Sądzę, że powiedziałem prawdę. Polska to dla mnie przede wszystkim ludzie. A ci, których spotykam w Tyńcu, są niezwykle serdeczni. Rozumiemy się bez słów.

Na zakończenie – nieco o filozofii. Życie człowieka można rozpatrzyć jako swojego rodzaju podróż. Bo istotnie jest to podróż w czasie, od chwili urodzenia aż do śmierci. Każdy dzień odmierza przebytą drogę, jak licznik kilometrów w pędzącym samochodzie.

Co jest celem tej podróży? Sądzę, że nadrzędnym celem jest poznanie samego siebie, co wcale nie jest tak łatwe, jakby się wydawało. Wszystko, co się wokół nas dzieje – przypadkowe spotkania, przyjaźnie, miłości a także banalne, wydawałoby się, wydarzenia – ma na nas wpływ i może odmienić drogę życia. Tak mówi fizyka mikrokosmosu, fizyka kwantowa. Żyjemy zanurzeni w przestrzeni kosmicznej, w tak zwanej czasoprzestrzeni, od której nie możemy się oderwać ani uciec. I nie powinniśmy usiłować takiej ucieczki. Należy przyjąć to co los nam daje z pokorą i z wdzięcznością, nawet wówczas, kiedy nie jest on dla nas łaskawy, i kiedy wydaje się, że nas krzywdzi. Jako przykład tego paradoksu weźmy twierdzenie Tatarkiewicza, sławnego polskiego filozofa, autora dwóch tomów O szczęściu: „miłość odwzajemniona jest miłością prawdziwą, lecz ta niespełniona jest wieczną”. Tutaj też jakoby zachodzi wewnętrza sprzeczność logiczna. A jednak to prawda.

Pewien wschodni mędrzec podsumował powyższe, bardzo niepełne, rozważania filozoficzne na temat życia i szczęścia w taki oto przedziwny sposób: „woły są powolne, lecz ziemia jest cierpliwa”. Tę zagadkową mądrość Wschodu można uzupełnić mądrością łacińską ze starożytnego Rzymu: „frustra vivit qui nemini prodest”, czyli „na darmo żyje ten, który nikomu nie służy”. Sądzę, że taka właśnie formuła powinna zostać wykuta na murze przy wejściu do historycznego opactwa benedyktynów w Tyńcu. Czyż nie oddaje ona bowiem kwintesencji służby Bogu i służby ludziom?

Dodam jeszcze, że głębszy sens tych dwóch sentencji, tej ze Wschodu i tej z Rzymu, w pełni zrozumiałem dopiero w Tyńcu, tym najpiękniejszym miejscu w ojczyźnie.