Strona główna / Ze sportu / Inne oblicze igrzysk

GP #6, 13 marca 2010 r.

Inne oblicze igrzysk

Zakończyły się Zimowe Igrzyska Olimpijskie w kanadyjskim Vancouver. To pierwsza z tegorocznych wielkich imprez sportowych, na którą zwrócone były oczy kibiców całego świata.
Jakkolwiek amerykańska teoria postrzegania sportu głosi, że liczy się tylko zwycięzca, nie będziemy się tutaj przesadnie zajmowali wynikami. Olimpiada miała bowiem także swoje drugie oblicze. Była areną ludzkich dramatów (także pozasportowych), spełnionych lub niespełnionych marzeń i wielu – czasem komicznych, ale przeważnie sympatycznych – zdarzeń.

Dla mnie bohaterką nr 1 była kanadyjska łyżwiarka figurowa Joannie Rochette, której dwa dni przed startem zmarła matka – nagle, na atak serca. Mimo ogromnej, zrozumiałej rozpaczy zawodniczka nie tylko wystartowała w konkursie, ale zajęła trzecią pozycję. Kończąc występy i odbierając medal, zalała się łzami...

Drugą - Słowenka Petra Majdic, która uznała, że wywalczony przez nią brązowy medal olimpijski w biegu sprinterskim ma dla niej wartość najcenniejszego kruszcu, i to jeszcze z diamentami. Dlaczego?

Podczas treningu, pokonując wiraż przy dużej szybkości, Majdic nie utrzymała równowagi i wpadła do potoku. Dotkliwie się potłukła i, według doniesień, złamała cztery żebra. Mimo to stanęła na starcie. Ryzykując zdrowie, walczyła do utraty tchu i to dosłownie, bo uszkodzone żebra utrudniały jej oddychanie.

Na start przyszła podtrzymywana przez trenera i lekarza. Otuchy dodawał jej psycholog słoweńskiej ekipy, Matej Tusak: „Jeden dzień bólu to nic, jeśli chodzi o całą karierę. Zrobisz to dla samej siebie. Musisz posłuchać bicia swego serca. Potem idź na start”.

I poszła. Biegła, cierpiąc. Po eliminacjach płakała. Po ćwierć- i półfinale padała na ręce lekarzy. „Przez całą trasę krzyczałam z bólu. Po raz pierwszy w mojej karierze dopingowali mnie nawet kibice i trenerzy z innych krajów” – przyznała. Na olimpijskie podium też nie weszła o swoich siłach...


Polska ekipa miała piątkę bohaterów: Justynę Kowalczyk, biegaczkę, która wywalczyła aż trzy olimpijskie medale, każdy w innym kolorze; Adama Małysza, zdobywcę dwóch srebrnych medali na skoczni (jeszcze na długo przed wyjazdem na igrzyska w kraju nie brakowało głosów, że jest już „sportowym emerytem” i niczego nie wskóra w rywalizacji z młodszymi. Jak czują się teraz ci wszystkowiedzący dziennikarze i znawcy sportu, kiedy „Orzeł z Wisły” dwukrotnie stanął na „pudle”?), oraz – dość nieoczekiwanie – trójkę panczenistek: Luizę Złotkowską, Katarzynę Bachledę-Curuś i Katarzynę Woźniak, które w wyścigu drużynowym na dochodzenie zajęły trzecie miejsce.

Kowalczyk otrzyma za swoje medale 500.000 zł (ponad $170 tys.), zaś Małysz - 300 tys. zł (ponad $100 tys.) premii za zdobycie dwóch srebrnych medali podczas ZIO w Vancouver.

Mniej więcej połowa tej kwoty przysługuje trenerowi polskiego skoczka – Hannu Lepistoe.

„Duża nagroda pieniężna? Nic o tym nie wiedziałem. A obcokrajowcom też przysługuje?” – pytał Lepistoe. „A ile to będzie w euro? 40 tysięcy? Co ja zrobię z takimi pieniędzmi?” – zastanawiał się fiński trener Adama Małysza.

Dla Małysza Igrzyska Olimpijskie w Vancouver były nie tylko wspaniałą i wykorzystaną okazją do zdobycia medali, ale też szansą na zawarcie nowych znajomości. Jednej z nowych koleżanek „Orłowi z Wisły” naprawdę można pozazdrościć – to słynna amerykańska narciarka Lindsey Vonn.

Polski mistrz poznał się z urodziwą Amerykanką tuż przed tym, jak otrzymał swój drugi srebrny medal. „Za kulisami czekaliśmy na ceremonię medalową. Podszedł do mnie i pogratulował mi złotego medalu” – powiedziała Vonn w rozmowie z TVP. „Też mu pogratulowałam. To naprawdę bardzo fajny facet” – pochwaliła go świetna zawodniczka.
Małysz ma również wielbicieli w kraju tegorocznych igrzysk. Elizabeth Jane, matka słynnego kanadyjskiego piosenkarza rockowego – Briana Adamsa, przyjechała na konkurs skoków drużynowych do Whistler m.in. po to, aby uścisnąć dłoń Adamowi Małyszowi, którego jest fanką!

Pani Elizabeth jest z pochodzenia Brytyjką, ale w 1973 r. osiadła w Kanadzie, dokładniej w Vancouver. Interesuje się sportami zimowymi, w tym skokami. Spodobały jej się loty na skoczniach w Whistler „Orła z Wisły” i postanowiła pokonać 110 km, by podziwiać go w konkursie drużynowym, a także poznać osobiście.

„Cieszę się, że ta pani przyjechała tu dla mnie. Briana Adamsa znam, słyszałem jego muzykę. To niesamowity piosenkarz” – powiedział Małysz.

Syn pani Elizabeth wystąpił razem z Nelly Furtado podczas ceremonii otwarcia minionej olimpiady.


Dwukrotny złoty medalista olimpijski w skokach narciarskich z Vancouver Szwajcar Simon Ammann zaproszony został na lot bojową maszyną F/A-18. Propozycję wysunął członek rządu Szwajcarii Ueli Mauerer.

Znakomity skoczek nie będzie mógł, bo nie ma stosownej licencji, zasiąść za sterami bojowego samolotu. Będzie jedynie pasażerem w kokpicie.

„Marzyłem o takiej frajdzie, podobnie jak wielu młodych ludzi i dorosłych mężczyzn” – powiedział Ammann.


Wilka zawsze ciągnie do lasu. Dziewięciokrotny złoty medalista letnich igrzysk olimpijskich, słynny lekkoatleta amerykański Carl Lewis, zakochał się w curlingu. W Vancouver wspierał męską reprezentację USA w tej dyscyplinie.

Przed meczem USA-Wielka Brytania (2:4) Lewis wygłosił do swych rodaków podnoszącą na duchu przemowę. Powiedział, że traktuje ich jak równych sobie olimpijczyków. 48-letni Carl Lewis, w swoim czasie najszybszy człowiek świata (9,86 na 100 m w 1991 r.), polubił – niewątpliwie nie najszybszy ze sportów – osiem lat temu.

Wśród widzów obserwujących zmagania w curlingu widziano także legendę kanadyjskiego hokeja – Wayne’a Gretzky’ego, który – co warto przypomnieć – zapalał znicz 21. zimowych igrzysk.

Sympatię widzów zdobyła norweska męska reprezentacja w curlingu, m.in. za sprawą bardzo dziwnych... spodni, w których zawodnicy wyglądali jak cyrkowi klowni. Norwegowie zostali zresztą laureatami nagrody kanadyjskiej telewizji za najciekawszy strój olimpijski.

Kapitan norweskiej drużyny Thomas Ulsrud wyjaśnił, że stało się to przypadkiem: „Do końca nie wiedzieliśmy, jak się ubrać na olimpiadę. Koszulki były łatwe, lecz na spodnie nie mogliśmy się zdecydować. W ostatniej chwili, nic nie mówiąc pozostałym, kolega z drużyny zamówił przez Internet właśnie te, widząc je tylko na zdjęciach. W rzeczywistości okazały się strojami cyrkowymi”.

Amerykański producent spodni był zaskoczony popularnością swego produktu, ale też i zacierał ręce z efektów nieoczekiwanej reklamy. „Nasza sprzedaż wzrosła o ponad 300%, a strony internetowe odwiedza dziesięć razy więcej klientów niż przed igrzyskami. Zaraz po igrzyskach podpiszemy z norweskimi zawodnikami solidny kontrakt sponsorski” – powiedział szef firmy Larry Jackson.

Spodnie norweskich mistrzów curlingu stały się też sławne z innego powodu. Przebywający w Vancouver norweski król Harald V otrzymał je jako prezent od olimpijskiej reprezentacji tego kraju.

„Król Harald V był dyplomatą, powiedział: »Taa, bardzo ładne«. Ale zrobił też na mnie spore wrażenie swoją dużą wiedzą na temat curlingu” – powiedział kapitan zespołu Thomas Ulsrud.


Marzenia są dla ludzi. Dwukrotny snowboardowy mistrz olimpijski w konkurencji halfpipe Amerykanin Shaun White przyznał..., że: „Wspaniale byłoby spotkać się z Barackiem Obamą i zjeść razem obiad. Jestem otwarty na taką propozycję. Myślę, że wspólnie z prezydentem moglibyśmy stworzyć jakiś ciekawy projekt”.

W czasie finałowego przejazdu na Cypress Mountain Shaun White nie ukrywał swoich patriotycznych uczuć – założył na twarz chustę w barwach nawiązujących do flagi USA (granatową z białymi gwiazdami).


Wicemistrz olimpijski w saneczkowych jedynkach Niemiec David Moeller, pozując do zdjęcia ze srebrnym medalem, złamał ząb.

„Podczas ceremonii fotoreporterzy poprosili, byśmy nadgryźli medale. I w ten sposób złamałem kawałek mojego siekacza” – powiedział Moeller. „To nie jest dramat. Nie bolało mnie” – dodał.
28-letni saneczkarz uzupełnił ubytek niemal natychmiast w gabinecie dentysty reprezentacji Niemiec.


67-letnia prezydent Finlandii Tarja Halonen wystąpiła w roli... pocieszycielki hokeistek swego kraju, które w półfinale olimpijskiego turnieju w Vancouver przegrały z Kanadą 0:5.
Po spotkaniu zasmucone fińskie zawodniczki powoli udały się do szatni, gdzie czekała na nich prezydent kraju. „Hej, chodźcie tu do mnie. Rozweselcie się, w meczu o brązowy medal wygracie ze Szwecją” – tak spotkanie Halonen z hokeistkami zrelacjonował rzecznik drużyny Arto Sieppi. I pani premier miała rację – Finki wygrały.

To nie pierwszy przypadek, gdy pani prezydent odwiedza fińskie hokeistki na lodzie w ich szatni. Takie zdarzenie miało też miejsce w 2002 r. na igrzyskach w Salt Lake City (USA).


Większość olimpijczyków w Vancouver mogła liczyć na realne zyski po powrocie z Kanady z medalami. Tymczasem łyżwiarka figurowa z Korei Południowej Kim Yuna mogła wiele stracić, gdyby nie zdobyła złotego trofeum.

Kim Yuna zawarła lukratywne kontrakty reklamowe, które sięgnęły w ub.r. sumy $8 mln, czyniąc z niej jedną z najlepiej zarabiających sportowców igrzysk w Vancouver. Wiele z jej umów, w tym z Hyundai Motor Company, wygasa w tym roku. Jeśli więc wróciłaby z igrzysk z pustymi rękami, kontrakty nie zostałyby odnowione. Koreańczycy mieliby bowiem pretensje, że spędzili za dużo czasu przed telewizorami, narażeni na oglądanie licznych reklam. A Kim Yuna wystąpiła w 18 kampaniach reklamowych dla 14 firm i branż – od kosmetyków po elektrownię atomową.

„Jeśli zdobędzie srebrny lub brązowy medal, wielu Koreańczyków będzie ją wspierać lub pocieszać. Jednak jeśli nie uzyska żadnego medalu, to będzie dla niej klęska. Jeśli wygra w Vancouver – stanie się gwiazdą globalną” – mówił przed konkursem ekspert sportowego marketingu w firmie telekomunikacyjnej KPR and Associates Lee Chang-sik.

19-letnia łyżwiarka stanęła na wysokości zadania i zdobyła dla Korei Południowej pierwszy złoty medal olimpijski poza short-trackiem i łyżwiarstwem szybkim.


Niestety, były też mniej budujące wydarzenia. Białoruski hokeista Michaił Grabowski trafił do aresztu podczas igrzysk olimpijskich w Vancouver po tym, jak wdał się w bójkę w jednym z barów.

Po przesłuchaniu Grabowski wyszedł na wolność. Nie postawiono mu żadnych zarzutów; prowadzone jest jednak postępowanie w sprawie incydentu.

Zawodnik urodzony w Niemczech nie dostał pozwolenia od swego klubu – Toronto Maple Leafs na grę w olimpijskim turnieju, bowiem od kilku tygodni pauzował z powodu urazu nadgarstka.
Z białoruską drużyną narodową przyjechał jednak do Vancouver, ale nie zagrał w żadnym z jej meczów.


Natomiast brązowy medalista olimpijski w snowboardowej konkurencji halfpipe Amerykanin Scotty Lago zadeklarował gotowość wcześniejszego wyjazdu z Vancouver, po tym jak w Internecie znalazły się kompromitujące go zdjęcia.

Swój sukces Lago, ubrany w T-shirt z napisem „Team USA”, świętował na ulicach Vancouver oraz w pubie. Niesmaczne fotki snowboardzisty ukazały się w Interencie. Na jednej z nich widać jak nieznana kobieta klęczy przed Lago. W jej ustach był medal sportowca. Wszystko „działo się” na wysokości krocza mężczyzny.

To nie pierwszy skandal z udziałem sportowców ze Stanów Zjednoczonych na olimpijskich arenach. Cztery lata temu z igrzysk w Turynie wyrzucony został Jeret Peterson, siódmy zawodnik w skokach akrobatycznych. Powód? Bójka w hotelu.


Nie tylko my krytykowaliśmy sposób telewizyjnego przekazu zmagań z Vancouver, realizowany przez amerykańską sieć NBC (patrz: Gwiazda Polarna nr 5, str, 3). Dziennikarze sportowi The Wall Street Journal policzyli, że podczas 3,5-godzinnego olimpijskiego sprawozdania 19 lutego br.: reklamy zajmowały 27% czasu antenowego; prowadzący studio olimpijskie Bob Costas – 8,2%; powtórki – 5%; wstawki wideo – 4,9%; ceremonia nagradzania medalistów – 2,6%; wywiady z zawodnikami – 2,3%, a przekaz rywalizacji – 25,5%.

Opr. Jerzy Stolarek