Strona główna / Nasze sprawy / Każdy głos ma znaczenie

GP #17, 11 sierpnia 2012 r.

Każdy głos ma znaczenie

Krzysztof Olechowski

Z KRZYSZTOFEM OLECHOWSKIM, kandydatem na stanowisko przewodniczącego Dystryktu 50 Greenpoint/Williamsburg z ramienia Partii Demokratycznej, rozmawia MAREK WYSOCKI

MAREK WYSOCKI: Chciałbym rozpocząć naszą rozmowę od pytania, dlaczego zdecydowałeś się kandydować na Przewodniczącego Dystryktu Greenpoint/Williamsburg?

KRZYSZTOF OLECHOWSKI: Znam ten dystrykt oraz jego potrzeby bardzo dobrze i wiem, że jestem w stanie zmienić wiele dotychczasowych zaniedbań utrudniających życie mieszkańców naszej dzielnicy. Od 1986 r. jestem członkiem Rady Dzielnicy, a od trzech lat – jej przewodniczącym. Daje mi to szczególny wgląd na sytuację, zarówno na przestrzeni czasu, jak i obecnie. Poprzez moją kandydaturę chciałbym także wpłynąć na poprawę sytuacji w polskim środowisku i naszych lokalnych organizacjach.

– Od kiedy mieszkasz na Greenpoincie?

– Od wczesnych lat 90., choć związany z tą dzielnicą jestem od 1982 r., kiedy to zostałem zatrudniony w Centrum Polsko-Słowiańskim w programie pomocy emigrantom i uchodźcom politycznym. Był to okres bardzo trudny dla naszej społeczności, a ja świeżo po powrocie z rocznego stypendium na  Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie i bezpośrednim kontakcie z ruchem Solidarność walczącym o wyzwolenie Polski. Postanowiłem wówczas znaleźć zajęcie związane z pomocą moim rodakom.

– Jest to trochę jakby rodzinna tradycja?

– Można by tak powiedzieć. Chociaż moi rodzice włożyli niewspółmiernie większy wkład. Obydwoje wywiezieni przez sowietów na Syberię przeszli gehennę głodu i niewolniczej pracy. Po sformowaniu 2. Korpusu udało im się opuścić gułag. Poznali się, będąc już żołnierzami polskiego wojska, pokochali i ślub wzięli w polskim kościele w Jerozolimie. Oboje walczyli w 2. Korpusie do końca wojny, a ja urodziłem się w okolicach Londynu w polskim obozie rozwiązującym wojsko po działaniach wojennych.  Do Stanów Zjednoczonych przyjechałem z rodzicami jako dziecko. Tu ukończyłem uniwersytet i poznałem Jolę, moją żonę.

– No właśnie, jak żona podchodzi do Twojej kandydatury? Przecież wiąże się to z kolejnym zajęciem i czasem, który będziesz musiał poświęcić jako wolontariusz.

– Jola jest – tak jak ja – od lat związana z polskim środowiskiem i pracą społeczną. Pracowała w programie pozaszkolnym, który kiedyś funkcjonował przy Centrum, a później uczyła przez wiele lat polskich emigrantów języka angielskiego. Wspiera mnie bardzo i wie, że jeśli zostanę wybrany, zrobię wszystko, aby pomóc naszej społeczności. Mam więc w niej niezastąpione wsparcie i pomoc.

– Nie boisz się, że nie będziesz miał czasu dla siebie? Na swoje hobby czy prywatne zainteresowania?

– Oczywiście, zaangażowanie w pracę społeczną wiąże się z wieloma wyzwaniami i chronicznym brakiem czasu. Staram się jednak znaleźć go dla siebie i dla mojej rodziny, a nawet udało mi się ostatnio przetłumaczyć na angielski sporą część wierszy mojego ojca pisanych podczas działań wojennych 2. Korpusu. Chciałbym też wziąć się za napisanie wspomnień i urzeczywistnienie paru innych literackich pomysłów, ale chyba na razie będę musiał jeszcze z tym zaczekać. Praca społeczna jest bardzo ważnym elementem mojego życia, tym bardziej że w naszym polskim środowisku jest jeszcze wiele do zrobienia.

–  Czym zajmuje się lub raczej powinien zajmować się przewodniczący dystryktu?

– Jest to stanowisko społeczne, nieodpłatne i nieposiadające żadnego budżetu. Uformowane zostało, aby ułatwić łączność między mieszkańcami dzielnicy i ich politycznymi reprezentantami, zarówno miejskimi, jak i stanowymi. Jest to stanowisko stanowe i piastują je tradycyjnie dwie osoby, kobieta i mężczyzna. Ze mną kandyduje Linda Minucci, która jest także bardzo przychylna polskim sprawom. Jako przewodniczący kontaktowałbym się w sprawach dzielnicy z miejskim radnym Stevenem Levinem i członkiem Stanowej Rady Joe Lentolem, miałbym także wpływ na wiele decyzji dotyczących dzielnicy, jak chociażby wybór sędziów, kontrola procesu wyborów czy dostęp do funduszy i grantów, które jakoś dziwnie w ostatnich latach omijają Greenpoint i należałoby to koniecznie zmienić. Chciałbym także pomóc rozwiązać od lat nabrzmiałe problemy naszych polskich organizacji i jako przewodniczący dystryktu miałbym na to wpływ.

– Twoja kampania wyborcza nabiera rozpędu. Masz spore poparcie wśród społeczności włoskiej, irlandzkiej, latynoskiej a nawet części konserwatywnych Żydów. Jak wygląda na dzień dzisiejszy poparcie Polaków?

– Muszę z zadowoleniem stwierdzić, że zaczyna powoli nabierać kształtu. Razem z kampanią wyborczą prowadzimy rejestrację nowych wyborców i mamy już ponad sześćdziesiąt formularzy wypełnionych przez Polaków chcących głosować po raz pierwszy w życiu tylko dlatego, że startuję w wyborach jako ich reprezentant. Przekonanie naszych rodaków do wzięcia udziału w wyborach nie jest łatwą sprawą.  Tradycyjnie nie jesteśmy zaangażowani w życie polityczne, ale na szczęście zaczyna się to zmieniać.

– Głosować na Ciebie mogą tylko członkowie Partii Demokratycznej.

– Tak. Partia Demokratyczna jest w Nowym Jorku od lat partią dominującą i jej reprezentanci decydują o wszystkich ważnych sprawach, zwłaszcza na szczeblu lokalnym. Członkostwo w niej nie zamyka jednak możliwości głosowania na swojego kandydata w wyborach prezydenckich, nawet jeśli chcemy popierać republikanina. Głosując w prawyborach Partii Demokratycznej mamy natomiast wpływ na nasze władze lokalne. Stworzenie silnej grupy polskich wyborców, z którymi te władze będą się liczyć, jest jednym z moich głównych celów.

– Czy uważasz, że głos Polaków może coś zmienić w tych wyborach?

– Są to wybory bardzo trudne i każdy głos może mieć duże znaczenie. Polski głos będzie miał dodatkowo wpływ na to, jak postrzegać nas będą w przyszłych wyborach i czy politykom zacznie zależeć na wyborcach z polskim rodowodem. Niestety, jest niewielka, polskojęzyczna grupa wspierająca mojego kontrkandydata, są to jednak osoby znane w świecie polonijnym z wieloletniej działalności na szkodę naszej grupy etnicznej. Nie powinno więc dziwić, że i tym razem polska sprawa nie leży im na sercu.

– W jaki sposób można pomóc w Twojej kampanii wyborczej?

– Potrzebujemy jak najwięcej chętnych do pomocy. Niekoniecznie trzeba być mieszkańcem Greenpointu, aby pomóc w kampanii. Na Greenpoincie mamy nasze organizacje i ich dobra współpraca z lokalnymi władzami powinna leżeć w interesie nas wszystkich bez względu na to, gdzie mieszkamy. Jeśli ktoś dysponuje czasem i chciałby pomóc w mojej kampanii lub chce wspomóc kampanię finansowo, proszę kontaktować się z Jolą pod telefonem (917) 697-5486. Jola także pomoże Państwu w rejestracji do wyborów i wypełnieniu formularza, z którym możemy nawet przyjść do waszego domu.  Każda donacja bez względu na sumę lub choćby jednorazowe uczestnictwo pomoże nam w kampanii.

– Co chciałbyś na koniec powiedzieć czytelnikom Gwiazdy Polarnej?

– Chciałbym przede wszystkim prosić o zaangażowanie w tegoroczne wybory (wstępne odbędą się 13 września br.), rejestrowanie się, aby móc w nich udział i oczywiście głosowanie na mnie.